Nie ma świąt bez wielkiego żarcia

0
Boże Narodzenie fotografie designed by Freepik

Choinka i kolędy, opłatek i życzenia – to pierwsze skojarzenia, jakie przychodzą nam do głowy na myśl o zbliżających się świętach. No i jeszcze coś. Wielkie żarcie. Bez niego – jak się wydaje – Boże Narodzenie się nie liczy. A po wielkim żarciu nieuchronnie nastąpi równie wielkie wyrzucanie na śmietnik. Bo przecież w ciągu kilkudziesięciu godzin nikt nie zje tego wszystkiego, co kupowano i przygotowywano przez wiele dni. A przecież terminy ważności gonią. To swoiste błędne koło. Dlatego być może warto spróbować odejść od akurat tego aspektu świątecznej tradycji. I to nie tylko w trosce o własny żołądek. 

Marnotrawstwo na co dzień i od święta

Oczywiście żywność marnujemy nie tylko od święta. Czynimy to na co dzień i to w olbrzymich ilościach. Z szacunków Organizacji Narodów Zjednoczonych wynika, że tylko sami Europejczycy każdego roku wyrzucają aż 100 milionów ton jedzenia. W Wielkiej Brytanii – jeśli wierzyć wyliczeniom Stuarta Tristrama, aktywisty i autora głośnej książki „Waste: Uncovering Global Food Scandal” („Marnowanie: Odkrywanie światowego skandalu żywieniowego”) – co roku na śmietnik trafia około 2,6 miliarda kromek chleba, 775 milionów bułek i około miliarda pomidorów, czyli tyle ile wystarczyłoby do wykarmienia ok. 30 milionów głodujących.

To marnotrawstwo nie pojawiło się nagle. Pracowaliśmy na nie latami. Już w 2007 r. dane zebrane przez brytyjski Waste & Resources Action Programme pokazywały, że większość z 8,3 mln ton „odpadków żywnościowych”, jakie powstawały w gospodarstwach domowych na Wyspach stanowiły odpady zaklasyfikowane jako „do uniknięcia” (64 proc.) oraz „możliwe do uniknięcia” (18 proc.). Mówiąc wprost, nie było powodów, aby te produkty wyrzucać do śmieci. Mniej więcej w tym samym czasie badania przeprowadzone na zlecenie Federacji Polskich Banków Żywności wykazały, że w Polsce rocznie wyrzucane jest ok. 9 mln ton jedzenia.

Jaki wkład w te liczby ma tradycja wypełnionego po brzegi bożonarodzeniowego stołu? Dokładnych wyliczeń na ten temat nie ma. Dobrze znane jednak każdemu z nas obrazki śmietników, na których tuż po świętach nagle masowo pojawiają się duże ilości jedzenia każą przypuszczać, że ów wkład jest znaczny (z kolei raporty pogotowia ratunkowego z tego okresu pokazują, że to, co zdołamy zjeść niekoniecznie wychodzi na zdrowie naszym żołądkom).

– Boże Narodzenie to dla nas czas spędzony przy suto zastawionym stole. To piękne, bo wspólne jedzenie na pewno jednoczy. W ten sposób „pracujemy” na nasze relacje rodzinne. Ale jest i druga strona medalu. Świąteczny stół bywa suto zastawiony aż do przesady – potwierdza dr Aleksandra Drzał – Sierocka, kulturo znawczyni i współkierownik podyplomowych Food Studies na Uniwersytecie SWPS. Jej zdaniem przeładowanie świątecznego stołu nie wynika ze złej woli.

– Przeciwnie, to raczej efekt zapobiegliwości. Gospodarz nie jest w stanie przewidzieć jak głodni będą goście, czasem też nie do końca wie, ilu ich ostatecznie przyjedzie, więc stara przygotować do wspólnego jedzenia tak, aby nikomu nie zabrakło – mówi dr Aleksandra Drzał – Sierocka.

Nie chodź głodny na zakupy. Nie traktuj terminu przydatności jak świętości

Na szczęście jest też „promyk nadziei”. Dr Ariel Modrzyk, socjolog jedzenia z Instytutu Socjologii Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu w swej publikacji „Społeczeństwo marnotrawców” wskazuje na nowe trendy pojawiające wśród przygotowujących się do Bożego Narodzenia rodaków. Jeden z nich można streścić w sformułowaniu „lepiej mniej niż za dużo”, będącym wyraźnym zakwestionowaniem dominującego od lat hasła „lepiej więcej niż za mało”, które w gruncie rzeczy przesądzało o świątecznym obżarstwie (i pośrednio) marnotrawstwie. Drugi ze wskazanych przez dr Modrzyka trendów można podsumować w trzech słowach: „mało, a różnorodnie”. Jego rosnąca popularność jest efektem zmieniających się gustów i poszukiwaniem (także w święta) nowych doznań kulinarnych, co rzecz jasna wymaga pewnej konfrontacji z tradycyjnym modelem świątecznego stołu (np. z zestawem 12 wigilijnych potraw).

O pozytywnych zmianach mówi również dr Aleksandra Drzał – Sierocka. Zwraca uwagę, że pojawia się coraz więcej rozwiązań, które pozwalają przeciwdziałać marnowaniu się żywności. Umożliwiają to rozmaite organizacje pomocowe, które proponują mieszkańcom, że odbiorą to, co im po świętach zostało na stołach i nadaje się do spożycia, by następnie przekazać to osobom potrzebującym.

– Widać, że jest wola przeciwdziałania marnowaniu żywności – ocenia dr Drzał – Sierocka. Podkreśla przy tym jednak, że aby naprawdę myśleć o skutecznym ograniczeniu skali tego zjawiska trzeba działać w tym kierunku na co dzień, a nie tylko od święta.

– To, czy marnotrawimy jedzenie to konsekwencja szeregu nawyków dnia codziennego, m.in. racjonalnego planowania zakupów, czy nie chodzenia na zakupy, kiedy jesteśmy głodni, bo wtedy na pewno kupimy więcej aniżeli nam potrzeba – podpowiada. Radzi też, by nieco mniejszą wagę przywiązywać do umieszczanych na produktach spożywczych „oficjalnych” terminów ich ważności. Zwłaszcza, że niektóre produkty np. ryż czy produkty mączne tak naprawdę nie mają daty przydatności do spożycia. Jest tylko jeden problem.

– Niestety w większości nie potrafimy już na oko czy węch oceniać czy dany produkt jest zdatny do spożycia. Dlatego tu potrzebna jest zarówno edukacja, jak też działania systemowe, np. likwidacja daty przydatności do spożycia niektórych produktów – stwierdza dr Drzał – Sierocka.

Rekordowa produkcja, rekordowe marnotrawstwo i setki miliony głodujących

Wbrew temu, co mogłoby się wydawać wśród marnujących żywność wcale nie dominują bogaci. Także osoby z niższymi dochodami mają swoje na sumieniu.

– Taniego jedzenia jest dużo w promocji, więc kupuje się go więcej. A zatem, również więcej wyrzuca. Z kolei ludzie, którzy poważnie traktują ideę „Zero Waste” to często osoby z wyższymi dochodami. Najważniejsze jest bowiem nie to, ile mamy w portfelu, ale ile mamy w głowie na ten temat – wyjaśnia dr Drzał – Sierocka.

Dla tego zaś, co mamy w głowie kluczową sprawą powinno być uświadomienie sobie, że konsekwencje świątecznego (a także codziennego) obżarstwa i marnowania żywności mają swój wymiar „makro” i „mikro”. Uderzają w nasze portfele (bo kupujemy, a potem wrzucamy) i żołądki (bo przeładowujemy je ponad ich możliwości), ale też mają skutki wykraczające dalece poza nasze zdrowie czy finanse.

Kupując więcej żywności aniżeli potrzebujemy napędzamy ogólnoświatowy mechanizm jej produkcji. Mechanizm energochłonny, zużywający zasoby naturalne naszej planety (np. wodę), przyczyniający się do wycinki obszarów zielonych i generujący duże ilości gazów cieplarnianych (głównie metanu). Przy tym wszystkim zaś mechanizm już dziś rozrośnięty ponad miarę i nijak nie odpowiadający faktycznym potrzebom współczesnego świata. Jak bowiem zauważa Stuart Tristram produkcja żywności w większość krajów Europy i Ameryki Północnej stanowi od 150 do 200 procent rzeczywistego zapotrzebowania tych państwach. Innymi słowy, produkowanego tam jedzenia jest zbyt wiele jak na liczbę żołądków, które mogłyby się zająć jego trawieniem. W tej sytuacji zmarnowania części tych produktów nie sposób uniknąć. Oczywiście im wyższa nadwyżka, tym większa też skala marnotrawstwa. Co ciekawe, nadprodukcja nie jest domeną bogatych krajów Północy. Pod tym względem niewiele im ustępuje borykająca się ze skutkami gospodarczego kryzysu Grecja (190 proc. zapotrzebowania), Egipt (180 proc.), czy Brazylia (170 proc.).

– Nigdy dotąd nie mieliśmy tak olbrzymich nadwyżek żywności – ocenia Stuart Tristram. To zaś oznacza, że najprawdopodobniej nigdy też nie marnowaliśmy jej na taką skalę, aczkolwiek słowo „my” w tym przypadku nie do końca precyzyjnie oddaje rzeczywistość. Wyrzucanie jedzenia praktykują bowiem ci, których stać na taki „luksus”. W tym samym czasie bowiem, gdy u nas tony żywności lądują na śmietnikach, ponad 800 milionów ludzi na całym świecie (według ostatnich danych ONZ) cierpi głód. A zatem mamy problem nie tylko z nadprodukcją, ale też z dystrybucją tego, co już wyprodukowane zostało.

– Zabieramy ze sklepowych półek jedzenie, na które liczą głodujący ludzie. Wyniszczamy naszą ziemię, by uprawiać żywność, której nikt nie je – komentuje Stuart Tristram.

Jak jednak przełamać to błędne koło? Zdaniem brytyjskiego aktywisty wszystko zależy od nas, konsumentów i obywateli.

– Jeśli marnowanie jedzenia na wielką skalę będzie społecznie nieakceptowalne, jeśli będziemy robić wokół tego szum, zażądamy od korporacji i władz, by położyły kres marnowaniu żywności. możemy doprowadzić do zmian – przekonuje Tristram.

Krzysztof Kruk