“Frankenstein” nie jest historią wyssaną z palca?

0
Frankenstein by A. Duarte (CC BY-SA 2.0)

Słynna, wydana 190 lat temu, powieść Mary Shelley o potworze, tak jak i on sam, pozszywana została ze strzępów. Tyle, że nie ludzkich ciał, ale prawdziwych historii i tajemnic. Ich ślady prowadzą przez angielskie salony, niemieckie zamki i śląskie cmentarze. Wśród burz, popiołów, płonących stosów i przecinających niebo błyskawic. Kiedy autorka zaczynała pracę nad swym dziełem, miała zaledwie dziewiętnaście lat. Skąd wzięła się jej wena? Co najbardziej ją zainspirowało? Czy Mary poznała pierwowzór swego bohatera?

Frankenstein, czyli nowoczesny Prometeusz” – taki jest pełny tytuł dzieła Shelley. Prometeusz od razu kojarzy się nam z ogniem. I faktycznie, książka nigdy by nie powstała, gdyby nie żar. Buntowniczej miłości i szalejącego wulkanu.

Wszystko zaczęło się od związku osiemnastowiecznej feministki Mary Wollstonecraft oraz filozofa rewolucjonisty Williama Godwina. W 1797 r. urodziła im się córka. Niestety, jedenaście dni później matka zmarła wskutek komplikacji poporodowych. Ale osieroconej córce pozostało po niej nie tylko imię. Jak się okazało, Mary Godwin (późniejsza Shelley) odziedziczyła po matce liczne talenty i zainteresowania.

Mary Godwin miała za nic konwenanse. W wieku 17 lat uciekła z już żonatym i „dzieciatym” poetą Percym Shelleyem. Wyjechali w podróż po Europie. Zwiedzali Francję, Szwajcarię, Niemcy i Holandię. Efektem eskapady było nieślubne dziecko. W 1816 r. para buntowników powtórzyła wspólny wyjazd na kontynent, tym razem wpadając z wizytą do szwajcarskiej willi poznanego właśnie króla poetów – lorda Byrona.

Było lato. A raczej, powinno być. Jednak rok 1816 wszedł do historii jako jeden z najbardziej niezwykłych. Nazwano go „rokiem bez lata”. Dlaczego? Przyczyną była eksplozja wulkanu Tambora w kwietniu 1815 r. w dalekiej – wydawałoby się – Indonezji.
W eksplozji Tambory zginęło sto tysięcy okolicznych mieszkańców. Zabił ich ogień, popiół i fale tsunami, powstałego po wstrząsach. Ale to nie wszystko. Efekty kataklizmu dotknęły całą planetę. W ziemskiej atmosferze pełno było wulkanicznych pyłów, utrudniających promieniom słońca dotarcie do powierzchni ziemi. Nic dziwnego, że na półkuli północnej jeszcze wiosną 1816 r. zdarzały się mrozy, a latem padał śnieg. Europę dotknęła klęska nieurodzaju, szerzyły się głód i choroby. Także w Szwajcarii, gdzie w należącej do Byrona willi bawiła artystyczna bohema, w tym Mary Shelley i jej kochanek. Pogodowe anomalie, szalejące temperatury i dni bez słońca zafascynowały artystów na całym kontynencie.
W 1816 r. w willi Diodati nad Jeziorem Genewskim artyści też nie tracili czasu. Byron pewnego wieczora zaproponował gościom konkurs na najbardziej przerażające opowiadanie. Tak narodził się „Frankenstein” Mary Shelley, wydany w całości w 1818 r. Jednak zakazana miłość i mroczny „rok bez lata” to za mało, żeby wytłumaczyć fenomen zaskakującego, ponadczasowego dzieła dziewiętnastolatki. Autorka twierdziła, że pomysł na powieść przyszedł jej we śnie o szalonym naukowcu, który tchnął życie w martwą materię. Nie wyjawiła jednak, że zawarła w niej także to, co sama przeszła, przeczytała i usłyszała. W tym tajemnicę prawdziwego Frankensteina.

Powieściowe monstrum powstało z pozszywanych kawałków zwłok. Czy to w ogóle możliwe? Czy można w jakikolwiek sposób „poskładać” nowe ciało ze szczątków innych ludzi? Lub choćby przeszczepić większą ilość organów umierającemu człowiekowi?

Już od stuleci próbowano transplantacji, ale próby takie skazane były na niepowodzenie. Przełom nastąpił dopiero w XX w. – Transplantacja zaczęła żyć nowym życiem, gdy wymyślono leki immunosupresyjne, przeciwdziałające odrzutowi przeszczepianych organów. Jednak nawet teraz medycyna ma swoje ograniczenia, zarówno etyczne, jak i techniczne. – Są oczywiście przeszczepy wielonarządowe, ale wówczas organy bierze się od jednego dawcy, aby zmniejszyć ryzyko odrzutu. To, że można przyszyć komuś kończynę, nie znaczy jednak, że można przeszczepić cztery kończyny.
Tym bardziej za życia Mary Shelley coś takiego było technicznie niewykonalne. Co nie znaczy, że ówcześni szaleni naukowcy nie mogli o tym marzyć. Jak jednak ożywić martwe ciało? Wbrew pozorom, w samej książce nie ma o tym ani słowa. Wiktor Frankenstein, twórca monstrum, nie wyjawia na kartach powieści swej tajemniczej metody. Całe szczęście, wystarczy zajrzeć do przedmowy autorki do wydania z 1831 r. Wspomina w niej o eksperymentach przyrodnika i poety Erazma Darwina (dziadka sławnego Karola), o których dyskutowało towarzystwo w willi Diodati. Umieścił on rzekomo w słoju kawałek makaronu wermiszel i ożywił go przy pomocy jakichś „niezwykłych metod”. Jakich? Shelley sugeruje, że chodziło o „galwanizm”, czyli energię elektryczną. „Może także martwe ciała da się ożywić?” – zastanawiała się autorka w przedmowie.

Mary śniła o swej martwej córeczce, która ożywa, rozcierana i ogrzewana przy ogniu. Jednak rzeczywistość nie była tak piękna. Stawała się koszmarna. Zaś w umyśle Mary konsolidowała się wizja ciała, przywracanego do życia przez genialnego naukowca.

Był ktoś, kto zasłynął z dokonania czegoś podobnego – angielski naukowiec Andrew Crosse. Oddziałując elektrycznością na mieszankę krzemianu potasu, chlorowodoru i tlenku żelaza, zobaczył, jak „znikąd” pojawiły się w niej roztocza. Jakby powołał nowe życie z martwej materii! Choć wyniki tych badań zakwestionowano, Crosse wydawałby się idealnym kandydatem na pierwowzór Wiktora Frankensteina. Cały szkopuł w tym, że odkrycia dokonał prawie 20 lat po publikacji powieści Mary Shelley. Ale i wykreślić go z listy „podejrzanych” nie jest łatwo. W 1815 r. Crosse mieszkał niedaleko Mary i Percy’ego.
Ale na pewno nie brakowało jej innych inspiracji. Również pozanaukowych. Uwielbiała bowiem słuchać opowieści z dreszczykiem. Wiadomo, że w willi Diodati Shelleyowie i reszta towarzystwa ubarwiali sobie wieczory czytaniem niemieckich historyjek o duchach. Skoro całe towarzystwo było tak zainteresowane środkowoeuropejskimi legendami, może dotarła też do ich uszu ciekawa historia, która miała miejsce 200 lat wcześniej w Ząbkowicach Śląskich? Miasto to nosiło wówczas nazwę… Frankenstein.

Nazwisko twórcy monstrum – Wiktora Frankensteina – oraz jego bezimienne stworzenie z czasem stopiły się w świadomości czytelników w jedno. Pozostaje jednak elektryzujące pytanie. Czy Mary Shelley wybrała nazwisko bohatera przez czysty przypadek? Polski ślad prowadzi do Ząbkowic Śląskich. Do 1945 r. nazywały się one Frankenstein. Było to nawiązanie do nazw dwóch sąsiednich miejscowości: Frankenberg i Loewenstein. Na początku XVII w. doszło w mieście do nie lada afery. W 1606 r. w mieście wybuchła epidemia dżumy, która wybiła ponad dwa tysiące osób. Władze przeprowadziły śledztwo, w którego wyniku aresztowano przestępczą szajkę, złożoną w większości z grabarzy. Wykopywali oni zwłoki i preparowali z nich „zatruty proszek”. Następnie posypywali nim drzwi, kołatki i progi domów, powodując rozprzestrzenianie się zarazy.
Potencjalne związki śląskiego grodu z powieścią Shelley zauważono już dawno temu. Stanisław Grochociński, znawca dziejów miasta i przewodnik, przytacza na to dowód. – W okresie dwudziestolecia międzywojennego nakręcono na miejscowym zamku film o Frankensteinie – przekazuje zaskakującą informację. Jak się okazuje, w owym czasie mieszkańcy opowiadali o terroryzującej miasto przerażającej kreaturze, czyhającej na ludzi. Czy była ona tylko efektem kręconego na zamku horroru? – Przypuszczam, że legenda krążyła już wcześniej i była znana twórcom filmu – mówi Stanisław Grochociński.

Do czego może nawiązywać słowo „frankenstein”, jeśli nie do jakiejś nazwy własnej? Po niemiecku znaczy ono „kamień Franków” czy też „kamień Frankonii”. Jeśli przyjąć, że Shelley lubiła bawić się rebusami, można się zastanawiać, na ile niemieckie „frankenstein” mogło się jej kojarzyć z francuskim „franc-macon”, czyli „wolnomularz”. Wszak Wiktor Frankenstein to wolnomyśliciel, rewolucjonista mieszkający w Szwajcarii, czyli na styku Niemiec i Francji. Na dodatek studiował na uniwersytecie w Ingolstadt, gdzie w 1776 r. powstał radykalny Zakon Iluminatów, założony przez profesora Adama Weishaupta. Co więcej, ulubioną lekturą Percy’ego Shelleya była „Historya Jakobinizmu” francuskiego jezuity Augustina Barruela. Wiele miejsca poświęcono w niej właśnie. To dzieło absolutnie niezwykłe. Mając je przed oczami, człowiek już rozumie, jakim cudem mogły powstać najdziwaczniejsze historie spiskowe, łączące masonów, templariuszy, Żydów, okultystów etc.

Barruel pisze o „potworze”, powołanym do życia przez iluminatów z Ingolstadt. To oczywiście metafora rewolucyjnych i krwawych przemian w Europie. Może była to też inspiracja dla Mary Shelley? Ingolstadt, oświecenie, rewolucja, wolna myśl – to wszystko do siebie pasuje. Nawet jeśli odrzucimy podobieństwo słowa „frankenstein” do „franc-macon”, mamy inny, podobny punkt zaczepienia. Nazwisko bohatera Shelley może nawiązywać do Benjamina Franklina – osiemnastowiecznego amerykańskiego polityka (znanego ze studolarówek), badacza zjawisk elektrycznych, wynalazcy piorunochronu i wolnomularza! Czyżby więc nazwisko Frankensteina miało być ukłonem w stronę masonerii? To podejrzenie, które nie jest pozbawione podstaw.

Czy wyczerpaliśmy już wszystkie opcje? Nie. Pozostał nam jeszcze zamek Frankenstein. Nie na Śląsku, lecz niedaleko granicy francusko- -niemieckiej. Wiadomo, że we wrześniu 1814 r. Mary i Percy zapuścili się w swych podróżach na północ od Mannheim. Mogli zobaczyć z daleka, a może nawet odwiedzić, zamek w pobliżu miasta Darmstadt. A także usłyszeć historię jego najsławniejszego mieszkańca. W zamku Frankenstein urodził się w 1673 r. Johann Konrad Dippel – alchemik, marzący o odkryciu kamienia filozoficznego oraz eliksiru życia. Podobne cele stawiał sobie w książce Wiktor Frankenstein. Obaj studiowali prace Paracelsusa. Dippel eksperymentował z mieszankami krwi i kości, mówiono też o jego badaniach na zwłokach.

Podobnie było z Wiktorem Frankensteinem. Niemiecki alchemik twierdził, że znalazł eliksir życia, ale nigdy nie ujawnił jego formuły – podobnie jak bohater Mary Shelley swojej tajemnicy. Dippel zmarł w 1734 r., być może po przedawkowaniu magicznego środka. Wiktor Frankenstein także stał się ofiarą swego odkrycia. Wreszcie, prawdziwy alchemik często podpisywał się jako „Dippel z Frankensteina”!
Jeśli więc Frankenstein to faktycznie nazwisko z kluczem, to w największej mierze jego pierwowzorem może być Johann Konrad Dippel – rzekomy odkrywca eliksiru życia, typ faustowski, alchemik z zamku Frankenstein i niedoszły „nowy Prometeusz”.

Mary Shelley zmarła, prawdopodobnie na raka, w 1851 r. Przy jej boku nie było Percy’ego. 29 lat wcześniej utonął u wybrzeży Włoch.
„Gdybym tylko mogła napisać opowiadanie, które przestraszy czytelników tak bardzo jak mnie ów sen tamtej nocy!” – wspominała Mary Shelley swoje myśli, towarzyszące początkowi prac nad „Frankensteinem”. Przez ostatnich 200 lat pomagali jej w tym kolejni autorzy, twórcy filmów i spektakli. Ich strach jednocześnie obrazował i napędzał społeczne lęki przed „niekontrolowanym” rozwojem nauki. Kiedy w 1967 r. południowoafrykański kardiochirurg Christiaan Barnard dokonał pierwszej transplantacji serca, jego przeciwnicy zaczęli porównywać go do Frankensteina, kradnącego organy umarłych, aby ożywić inny organizm.
Transplantolodzy, genetycy i inni badacze uspokajają nas, że nauka zna swoje granice.

Źródło: Focus.pl