Polak bez (prawa) wyboru?

0
Polish Flag People Silhouette Flag Flags National by adamtepl (CC0 1.0)

21 października Polacy w kraju wybiorą swoich radnych, wójtów, burmistrzów i prezydentów miast. Polacy mieszkający w Wielkiej Brytanii w tych wyborach nie wezmą udziału. Oni swą szansę zadecydowania o kształcie lokalnych władz mieli w maju. Na ile ją wykorzystali? I na ile w ogóle są zainteresowani tym, kto i w jaki sposób zarządza ich „małą ojczyzną”?

Nie kandydujemy i nie głosujemy

Tegoroczny wynik Polaków w brytyjskich wyborach lokalnych to 14 mandatów. Z ponad 4400, które były do wzięcia. Jak na blisko 800 tysięcy rodaków, którzy (według oficjalnych danych GUS) zamieszkują dziś Zjednoczone Królestwo, to rezultat niezbyt spektakularny.

Trudno jednak było spodziewać się czegoś innego. Jak donosiły media na ponad 16 tysięcy zarejestrowanych kandydatów do rad zaledwie 118 pochodziło z Polski lub miało polskie korzenie. Chętnych do reprezentowania polskiej społeczności na Wyspach w tamtejszych władzach lokalnych było zatem niewielu. Z tych, którzy się zdecydowali blisko 50 poszło do wyborów pod szyldem Dumy Polskiej, pierwszej polskiej partii w UK i… wszyscy oni przepadli. Mandaty zdobyli tylko ci Polacy, którzy kandydowali z list Partii Pracy (6),  Partii Konserwatywnej (5) i Liberalnych Demokratów (3).

– Mogli oni zdobyć niektórych Polaków ze względu na swoje pochodzenie, ale to był pewnie ułamek ogółu zdobytych przez nich głosów – ocenia dr Ben Stanley, politolog Uniwersytetu Sussex i Uniwersytetu SWPS. Jak dodaje w brytyjskich realiach odwoływanie się wyłącznie do pochodzenia wyborców to chybiona strategia. Stąd też potencjalni kandydaci, jeśli marzą o zdobyciu mandatu, raczej powinni startować pod szyldem którejś z dużych, brytyjskich partii.

A zatem do poprawy jest strategia wyborcza. A frekwencja? Pełnych informacji na ten temat nie ma, choć szczątkowe dane z poprzednich edycji wyborów lokalnych wskazują, że udział w nich niezbyt interesuje zamieszkałych na Wyspach Polaków. Jak na łamach Biuletynu Migracyjnego Uniwersytetu Warszawskiego donosiła Małgorzata Radomska w 2012 r. tylko 1/5 uprawnionych Polaków wzięło udział w wyborach na urząd burmistrza Londynu, przy średniej (skądinąd też marnej) frekwencji wynoszącej 39 proc. Dwa lata później polscy kandydaci przepadli w wyborach do rad dzielnicowych w Anglii oraz Irlandii Północnej (na ok. 40 startujących działaczy polonijnych tylko urodzonej w Londynie Joannie Dąbrowskiej udało się wywalczyć mandat radnej dzielnicy Ealing). W tym kontekście tegoroczne 14 mandatów wygląda nawet nieźle. Podobnie jak nieźle wyglądała nasza piłkarska reprezentacja w eliminacjach do Mistrzostw Świata na tle takich rywali jak Armenia, bądź Czarnogóra, a czym zakończył się start na samych mistrzostwach wszyscy dobrze wiemy.

Od radnego po burmistrza Londynu, czyli lekcja dla Polaków

Z zazdrością i podziwem możemy spoglądać na Pakistańczyków, którzy od 2016 r. mają „swojego” burmistrza Londynu. Termin „swój” jest tu oczywiście pewnym nadużyciem. Sadiq Khan – bo o nim tu mowa – jest obywatelem brytyjskim, reprezentującym jedną z dwóch najbardziej znaczących partii tamtejszej sceny politycznej, wybranym na urząd burmistrza nie tylko głosami swoich rodaków (poparło go 1,3 mln londyńczyków, co jest rekordowym wynikiem w całej historii wyborów na to stanowisko). W wielokulturowym Zjednoczonego Królestwa jego triumf nie powinien stanowić żadnej sensacji. Tymczasem media poświeciły temu wydarzeniu sporo miejsca zwracając uwagę, że Khan jest pierwszym muzułmańskim burmistrzem Londynu, że jego rodzice przyjechali tu zaledwie pół wieku wcześniej, a on sam wychowywał się w zdominowanej przez imigrantów dzielnicy Tooting na południowych krańcach angielskiej stolicy. Przypomniały również, że – i to powinno być cenną wskazówką dla Polaków na Wyspach – Khan swój marsz do londyńskiego rozpoczął blisko ćwierć wieku od temu wyboru na radnego. Funkcję tę pełnił w sumie przez 12 lat, by następnie w połowie pierwszej dekady XXI wieku „awansować” na deputowanego w Izbie Gmin, a po kolejnych kilku latach objąć stanowisko ministra transportu w gabinecie Gordona Browna. Pierwszym krokiem jednak – podkreślmy – był start w wyborach do samorządu lokalnego. Od tego zresztą swoje kariery rozpoczynało wielu polityków, nie tylko tych na Wyspach. Kto z tej „trampoliny” nie chce skorzystać, sam skazuje się na nieobecność w życiu publicznym. A nieobecni – jak głosi stare porzekadło – nie mają racji.

Nie głosujemy, bo przyjechaliśmy tu zarabiać?

Dlaczego Polacy słabo angażują się w wybory do brytyjskich władz lokalnych? Być może mają ich przesyt – zastanawia się jeden z pytanych przez nas o to politologów, wskazując na skomplikowany system brytyjskich władz lokalnych, w których do urn chodzi się praktycznie co roku.  A to może znużyć nawet największych wielbicieli demokracji.

W cytowanym już Biuletynie Migracyjnym UW Małgorzata Radomska wylicza kilka innych powodów. Po pierwsze – jak twierdzi – mieszkający na Wyspach Polacy nie utożsamiają się jeszcze ze swoją nową ojczyzną, traktując nadal swój pobyt w niej jako tymczasowy i mający głównie ekonomiczne podłoże (czytaj: przyjechaliśmy tu zarabiać pieniądze i nie interesuje nas, gdzie sobie Anglicy wybudują parking, czy przedszkole). Jej zdaniem Polakom w UK brakuje też wiedzy na temat brytyjskiego systemu politycznego. Nie znają działających tu partii, ich przywódców oraz programów, więc trudno oczekiwać, że będą w stanie angażować się w tutejsze wybory. Powód trzeci – polityczne rozdrobnienie wyspiarskiej Polonii, co sprawa, że głosy rozpraszają się między różnych kandydatów, zamiast „pracować” na rzecz kilku liderów. No i wreszcie „klasyka gatunku” – brak obywatelskiej postawy i wiary w to, że oddany głos może cokolwiek zmienić. Brzmi znajomo? Oczywiście. Ten argument od lat można usłyszeć w odpowiedzi na pytanie o przyczyny niskiego  zainteresowania wyborami w Polsce (cztery lata temu przy okazji wyborów samorządowych do urn poszła mniej niż połowa uprawnionych, w słynnym referendum dotyczącym wejścia Polski do UE swój głos oddało niewiele więcej, bo 58 proc. mających takie prawo). A skoro ów mechanizm działa w Polsce, to nie należy spodziewać się, że automatycznie przestanie działać po jej opuszczeniu. Choć bierność – i tu, i tam – nie popłaca.

– Jest bardzo  ważne, by imigranci mieli świadomość, że przysługuje im prawo głosowania w wyborach samorządowych i że to od nich w dużym stopniu zależy, czy w lokalnej bibliotece będą polskie książki, jak będą zarządzane szkoły, w których uczą się ich dzieci, czy lokalny szpital będzie miał porodówkę, jak będzie wyglądał recycling – mówił w 2010 r. Bassam Mahfouz, kandydat na posła w Izbie Gmin (cytat za „Nic o nas bez nas. Partycypacja obywatelska Polaków w Wielkiej Brytanii”).

Ostatnie wybory faktycznie mogły być ostatnimi…

Od tamtego czasu słowa te nie straciły nic ze swej aktualności. Co więcej, jak zwrócił uwagę Wiktor Moszczyński, wieloletni działacz polonijny w UK, w kontekście mającego rozpocząć się za kilka miesięcy Brexitu rola władz lokalnych może okazać się jeszcze w istotniejsza. W skierowanym do Marka Lloyda, dyrektora generalnego Stowarzyszenia Samorządów Lokalnych liście podkreśla on, że znaczącą rolę w procesie rejestracji trzech milionów obywateli Wspólnoty, chcących pozostać w UK mogą odegrać właśnie lokalne samorządy. Jak argumentuje Moszyński operacji tej w krótkim czasie nie będzie w stanie przeprowadzić sam Home Office, natomiast samorząd – utrzymując dane na temat rejestrów wyborczych, podatników gminnych, rejestrów urodzeń, zgonów i małżeństw, rejestrów usług socjalnych i dzienników szkolnych – jest idealnie przygotowany do udzielania informacji istotnych dla przeprowadzenia procedury rejestracji.

Czy w kolejnych wyborach lokalnych Polacy na Wyspach zwiększą swój stan posiadania w radach? Odpowiedź na to pytanie niestety nie zależy już tylko od nich samych. Wciąż bowiem nie wiadomo jak wielu z nich zachowa po Brexicie prawo głosu. Do tej pory mieli prawo wyboru lokalnych władz jako obywatele Wspólnoty, ale…

– Po wyjściu Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej trudno je będzie zachować – prognozuje dr Ben Stanley

Prawo głosu zachowają rzecz jasna ci z Polaków, którzy będą mogli wykazać się brytyjskim obywatelstwem. Tyle, że stanowią oni mniejszość wśród tamtejszej Polonii. A to oznacza, że dla większości rodaków ostatnie wybory lokalne faktycznie mogły być ostatnie.

Krzysztof Kruk