„Będę robić NIC, NIC będę robić…”

0

Zwykle jest taki jeden dzień w tygodniu, kiedy na kilka godzin zostaję SAMA  w domu. Młodociana w szkole, mąż w pracy, koty na dworze, a szczurki w klatce. Cisza i spokój.

Przez cały tydzień robię szeroko zakrojone plany, jak wykorzystam te kilka godzin tylko dla siebie, tylko na przyjemności i „nicnierobienie”. Jako, że dniem mojej wolności jest czwartek, to zwykle już środa – jako przedwstęp tych wspaniałości – staje się dniem podwyższonej dawki optymizmu i lepszego humoru.

Widzę więc siebie:

  • leżącą w kąpieli, w wannie z pianką (zamiast standardowego, szybkiego prysznica),
  • co najmniej dwadzieścia minut (zamiast wyścigu z czasem, żeby jeszcze chwilę pożyć w domu po pracy),
  • w środku dnia (zamiast po powrocie z pracy wieczorem),
  • z maseczką na twarzy, której szarości lub zieleni nikt poza mną nie zobaczy (i twarzy, i maseczki z resztą), a lepiej będzie działać w parującej kąpieli (maseczka, nie twarz),
  • świecami zapalonymi i ustawionymi dookoła wanny, jak w każdej pysznej reklamie płynów do kąpieli(zamiast standardowego światła, które pojawia się tak zwyczajnie – wystarczy tylko pociągnąć za sznurek),
  • jedzącą zdrowe, z pietyzmem i starannością przygotowane śniadanie (zamiast tylko porannej kawy przed wyjściem do pracy),
  • wałęsającą się po domu kilka dobrych godzin w szlafroku i piżamie (bez potrzeby ekspresowego wskakiwania w ciuchy, żeby do pracy…),
  • czytającą niespiesznie porywającą książkę, lub oglądającą dobry film, w towarzystwie smacznej kawy lub herbaty (bez obawy, że przecież i tak zaraz usnę, bo jest wieczór, a ja po całym dniu w pracy i tak za moment zamknę oczy – nie, żeby specjalnie, właściwie to same się tak jakoś zamykają te oczy – i usnę już w połowie ratowania świata lub romansu, a oglądanie od połowy to już nie to samo),

Dużo by gadać, mogłabym się bardzo rozpisać, co ja tam widzę w mojej głowie. Prawda jest taka, że te sześć godzin musiałoby być gumowe, żeby na niewielki procent wszystkich tych przyjemności wystarczyło czasu. Natomiast bardziej chciałabym się dzisiaj skupić na tym, jak wygląda rzeczywistość i podzielić się z Państwem moimi w tym temacie przemyśleniami. Otóż… z grubsza rzecz ujmując, szara rzeczywistość mojego czwartkowego lenistwa wygląda następująco:

  • budzę się o zwykłej porze, bo organizm jest przyzwyczajony do jednostajnego cyklu. Na nic się zdają ciche poszeptywania mnie do siebie „Pośpij jeszcze trochę”, „Jeszcze się nie obudziłaś, tylko Ci się wydaje”
  • skoro i tak już nie śpię, to najpierw wszystko zrobię – szybciutko – a jak tylko skończę, wezmę się za „nicnierobienie”,
  • jak już porobię jakieś prania, zmywania, sprzątania i takie tam, to stwierdzam, że szybko muszę zjeść śniadanie. To może chociaż wtedy coś obejrzę,
  • wyszukuję sobie jakiś film i próbuję zjeść i odpocząć.

Dzisiaj dla przykładu odgrzebałam „Chicago”. Jem, oglądam, zachwycam się i gdzieś tam z tyłu głowy słyszę głosy „Okna trzeba umyć, takie już brudne”, „A w sumie mogłabym oglądać i prasować, przynajmniej coś bym zrobiła pożytecznego”, „Trzeba było nałożyć maseczkę i oglądać. Już mi tyle czasu upłynęło, że nie dam rady z tą długą kąpielą”, „No dobra, to zatrzymaj film i idź nałożyć maseczkę. Jak wrócisz, to wyciągnij deskę i poprasujesz”. Słyszę głosy, mało tego, słucham ich. Wstaję, nakładam maseczkę, wyciągam deskę i prasuję, oglądając i się zachwycając. Ale one nie milkną… „Jak już skończę oglądać, to muszę jeszcze odkurzyć. Ale już chyba nie zdążę, zanim Młodociana wróci, to najpierw zrobię Jej obiad, a potem odkurzę”, „Zapomniałaś jeszcze kwiaty podlać”, „Trzeba jeszcze popatrzeć w ten stos papierów, może tam jest coś ważnego”. A film leci.jGdybym tylko dała radę te głosy w mojej głowie jakoś zamknąć… Zamorduję je i też zatańczę tango.

Skąd one się w ogóle wzięły, te głosy? Słyszę je od zawsze, tylko się ukrywam, że nic mi nie jest. Przecież wiem, od bardzo dawna wiem, że to rodzinna, kobieca dolegliwość. Patrząc na zachowanie mojej ukochanej (Ś.P) Babci, oraz na to, że moja mama robi dokładnie to samo, nie widzę innej możliwości. One też musiały słyszeć te głosy w głowie. Nie pamiętam, żeby któraś z Nich odpoczywała dla samej przyjemności odpoczynku (krótkie przerwy na papierosa się nie liczą). Wiecznie było coś do zrobienia w domu, poza domem i przy dzieciach. Przejęłam to, przyswoiłam i traktuję jako oczywistość. Obowiązkowość zawsze była moją mocną stroną. Przestrzegam terminów płacenia rachunków, organizuję czas sobie i innym lepiej niż niejedna wysoko wykwalifikowana asystentka Prezydenta, logistykę mam w małym palcu, dotrzymuję umów, nie spóźniam się. Gdybym jednak chciała kiedykolwiek startować w konkursie na umiejętność zadbania o siebie, przegrałabym w przedbiegach.

Nie chcę przekazywać takiego modelu kobiety mojej córce. Chciałabym, żeby częściej widziała mnie wypoczętą, zrelaksowaną i uczyła się ode mnie umiejętności zadbania o czas wolny. To ciągłe robienie czegoś wynika chyba dość często u kobiet z potrzeby bycia widocznym, ważnym dla partnerów, dzieci. Wydaje mi się, że same sobie narzucamy tak wiele, żeby móc pokazać, że jesteśmy potrzebne, niezastąpione, poświęcamy się, zapominając o sobie i czasie dla siebie. To przecież nic złego, usiąść i odpocząć, bez wyrzutów sumienia, że się coś zaniedbało, że można było w tym czasie zrobić tyle rzeczy… Uczę się tego już od kilku lat. Wiem, że jest lepiej, chociaż wciąż jeszcze daleko mi do równowagi. Głosy w głowie są silne i przekonujące, niełatwo je uciszyć, oszukać. Udaję czasem, że ich nie słyszę. A jeśli nie wychodzi, to zawsze jest kolejny czwartek i znów próbuję na nowo nic nie musieć. Wiem, że nikt ode mnie nie wymaga tego, co robię, nikt mnie nie będzie rozliczał z tego, co zrobiłam, a czego nie.

Przypomniała mi się piosenka Kasi Klich, którą dość dawno temu słychać było w wielu polskich rozgłośniach radiowych. Polecam posłuchać, jest kwintesencją tego, nad czym dzisiaj się tutaj tak obszernie rozpisałam. Ja zaś kończę artykuł i idę zmyć maseczkę, o której całkowicie zapomniałam, spiesząc się, aby na czas wysłać te do Państwa skierowane słowa. Młodociana wraca za godzinę. Może jednak się ta kąpiel uda