Z ziemi szkockiej do Szkocji? Jaka przyszłość Szkotów w koronie?

0

Choć od referendum minęło już kilka miesięcy, na linii Londyn – Edynburg wciąż iskrzy. Politycy z Westminster uznali, że szkockie „Nie” dla rozwodu z koroną powinno zamknąć listę roszczeń regionu. Szkoci natomiast domagają się spełnienia obietnic sprzed plebiscytu z jeszcze większą determinacją.

Obiecanki cacanki, a głupiemu…

Jeszcze przed referendum niepodległościowym strach ogarnął polityków w Londynie. Wizja wolnej Szkocji w Wielkiej Brytanii przerażała wszystkich. W akcie desperacji, tuż przed głosowaniem Szkotów, trzech ówczesnych najważniejszych polityków w Wielkiej Brytanii – premier David Cameron, jego zastępca Nick Clegg i lider opozycji Ed Miliband pojechali do Edynburga. Liderzy najważniejszych partii w kraju chcieli przekonać Szkotów do tego, że lepiej będzie im w Zjednoczonym Królestwie. Z czym przyjechali do Szkocji? Otóż wszyscy obiecywali, że jeżeli region zostanie w koronie, to jego parlament będzie miał więcej władzy. Obiecywali też, że więcej pieniędzy ze szkockich surowców wróci do szkockich rodzin. Szkoci w to nie wierzyli. Uważali, że te obietnice to przysłowiowe ”too little to late”, czyli za mało i za późno.
„Bolesny rozwód”, „Rozejście dróg na zawsze”, „Nieodwracalna zmiana”. Ostatnie przed referendum przemówienie premiera Wielkiej Brytanii było bardzo emocjonalne. David Cameron nie tylko namawiał mieszkańców regionu do pozostania w koronie, ale i ocalenia Zjednoczonego Królestwa.

Co obiecał? Przede wszystkim decentralizację. Edynburg ma być bardziej niezależny od Londynu. Szkoci będą mogli bardziej decydować w sprawie swojej edukacji, ustanawiać wysokość podatków, a być może także zasiłków. Szkocji z kolei najbardziej zależało, aby zysk ze szkockich surowców trafiał w większej części do regionu.

Szkockie trzęsienie ziemi

„Zamiast spełnionych obietnic, Szkoci zobaczyli plecy polityków z Londynu” – twierdzili członkowie Szkockiej Partii Narodowej SNP. Liderzy największych ugrupowań: Partii Konserwatywnej, Partii Pracy, Partii Liberalnych Demokratów, a także UKIP zapomnieli o Szkocji. Na brytyjskiej scenie politycznej pojawił się nowy lider – Nicola Sturgeon z SNP. Po referendum i po rezygnacji Alexa Salmonda, Sturgeon została premierem Szkocji. Nie dość, że jak lwica broniła interesów Szkocji, to była na tyle przekonywująca, że razem ze swoim ugrupowaniem zmiotła praktycznie z powierzchni Szkocji dominujących do tej pory w regionie laburzystów.

Szkocka Partia Narodowa (SNP) zdobyła w majowych wyborach do parlamentu Wielkiej Brytanii 56 z 59 miejsc, o które toczyła się walka w Szkocji. Westminster był zaskoczony tym wynikiem, nikogo on jednak nie dziwił w Szkocji. Zwycięstwo SNP w regionie było ewidentnym rewanżem po referendum niepodległościowym we wrześniu zeszłego roku, gdy przeciwko odłączeniu się od Zjednoczonego Królestwa zagłosowało ponad 55 proc. Szkotów. „Wiedzieliśmy, że tak będzie” – stwierdził w wypowiedzi dla portalu Londynek.net James Stewart, sklepikarz z Glasgow. „Ci, co choć trochę wierzyli politykom z Londynu bardzo szybko zobaczyli, że obietnice dla Szkotów to była tylko przedwyborcza zagrywka. Po wyborach znowu zapomniano o Szkotach” – dodał Stewart.

O co spór z Londynem?

Londyn i Edynburg mają różne pomysły na członkostwo w Unii Europejskiej. Brytyjczycy chcą z niej uciekać, a Szkoci nie. Premier Wielkiej Brytanii David Cameron jeszcze przed wyborami obiecywał referendum w tej sprawie, które może być przeprowadzone nawet w przyszłym roku. Po wyborach datę jednak co chwilę przyśpiesza, wcześniej zapowiadał, że powszechne głosowanie w tej sprawie odbędzie się dp końca 2017 roku. Szkocja z kolei chce zostać w strukturach Zjednoczonej Europy do tego stopnia, że grozi koronie, iż jej wyjście z Unii oznacza rozwód Szkocji z Wielką Brytanią. Kością niezgody między Wielką Brytanią a Szkocją są również surowce. Zjednoczone Królestwo to największy producent ropy w Unii Europejskiej. Jej pokłady w 90 proc. znajdują się na terenie Szkocji (Morze Północne). Szkoci chcą, aby większość zysków z produkcji ropy wracała do regionu, a nie do Londynu.

Szkocja twierdzi, że ropa z regionu jest warta 1,5 biliona funtów i że starczy jej co najmniej do 2050 roku. Szkotów nie zadowala też projekt ustawy dewolucyjnej, mającej zwiększyć niezależność Szkocji w ramach Zjednoczonego Królestwa.

Choć szkocki parlament ma uzyskać prawo ustalania stawek podatku dochodowego, Londyn nie chce mu dać możliwości wyznaczania wysokości kwoty wolnej od podatku. Westminster ma decydować też w kwestii stawek ubezpieczenia socjalnego.
Dla Szkotów to za mało. „Projekt ten nie sprzyja postępowi w procesie dewolucji uprawnień, które są konieczne dla stworzenia systemu socjalnego spełniającego oczekiwania Szkocji” – podsumowała propozycje Londynu premier Szkocji Nicola Sturgeon.
Szkoci konsekwentnie zaczynają dbać o własne interesy, co może odbić się nawet na samej królowej Elżbiecie II. Do wymienionych problemów między Szkocją a resztą korony dochodzi jeszcze jeden – z brytyjska monarchinią. Szkoci chcą ograniczyć pieniądze, jakie region przekazuje na wydatki królowej – podawał dziennik „The Telegraph”. Jeśli Szkoci przeforsują ten plan, Elżbieta II może stracić około 2 mln funtów. Nicola Sturgeon planu nie potwierdziła i publicznie o nim nie mówi, ale w kuluarach szkockiego parlamentu pojawiają się głosy, że te pieniądze można lepiej wykorzystać w regionie niż na dworskie zbytki.

Robić swoje

Szkoci politykom z Westminster nie wierzyli przed referendum, bo żaden w swojej kampanii wyborczej nie uwzględnił wcześniej interesów Szkocji. Szkoci są nieustępliwi wobec Zjednoczonego Królestwa, co zapowiadali jeszcze przed referendum. Niektórzy obrażają się za to na Szkotów, ale jak podkreślają szkoccy dziennikarze, „w przeciwieństwie do panów z Westminster, Szkoci swoich obietnic dotrzymują, a taki styl polityki w Londynie może się nie podobać”
 

londynek-logo Źródło: Londynek.net.