Patron zakochanych na celowniku złodziei. Nie on pierwszy…

0

Kto nam ukradł świętego Walentego? To pytanie od kilku miesięcy zadają sobie księża i wierni z Rud, maleńkiej miejscowości na Górnym Śląsku.

W nocy z 3 na 4 października ubiegłego roku z tamtejszej bazyliki nieznani sprawcy ukradli relikwie patrona zakochanych. Po co im były szczątki zamordowanego w III wieku naszej ery biskupa? Czy wiedzieli, co zabierają? A może właśnie była to kradzież na zlecenie? A jeśli tak, to komu mogło dziś – w niemal całkowicie zlaicyzowanym XXI stuleciu – zależeć na doczesnych szczątkach świętego? Na te pytania policja nie znalazła odpowiedzi, a bezradna prokuratura kilka tygodni temu umorzyła postępowanie. Własne śledztwo prowadził ks. Rafał Wyleżoł, proboszcz parafii w Rudach, przez media okrzyknięty już lokalnym „ojcem Mateuszem”, ale i ono nie przyniosło rozwiązania tej zagadki. Gdybyśmy żyli tysiąc lat temu, w epoce bez internetowych baz danych, wszechobecnych kamer monitoringu i zaawansowanych technik śledczych – pewnie wszystko byłoby łatwiejsze. Wtedy dokładnie wiadomo było w jakim celu zdobywa się – legalnie, bądź nie – relikwie świętych.

Ukryli świętego między wieprzowiną

Najsłynniejszymi złodziejami relikwii w dziejach są zapewne wenecjanie. Patronem słynnego włoskiego miasta na wodzie jest św. Marek. Jego imię nosi centralny plac miasta i tamtejsza katedra, kryjąca szczątki ewangelisty. Symbol św. Marka – skrzydlaty lew przytrzymujący łapą otwarty Nowy Testament – znalazł się nawet w herbie republiki weneckiej.
Nie zawsze jednak ta było. Choć wedle legendy św. Marek za życia, w trakcie swych podróży, miał zatrzymać się w weneckiej lagunie, to tak naprawdę jego związki z tym miejscem rozpoczęły się dopiero w pierwszej połowie IX wieku, czyli ponad 750 lat po jego śmierci w egipskiej Aleksandrii. Wówczas to w zyskującym coraz bardziej na znaczeniu mieście ktoś wpadł na pomysł, że Wenecji potrzebny jest porządny symbol. Najlepiej ktoś znany. A kto może być bardziej znany niż autor ewangelii, towarzysz wędrówek św. Pawła, ktoś kto – jak chce chrześcijańska tradycja – miał być świadkiem ostatniej wieczerzy? Po jego szczątki do Aleksandrii wyprawiło się (zapewne z błogosławieństwem władz miasta) dwóch weneckich kupców – Bon da Malamocco i Rustico da Torcello. Na miejscu wykradli, względnie wyłudzili, czy odkupili od egipskich kapłanów strzegących grobowca ciało świętego, niepostrzeżenie wnieśli je na statek (podobno, by zniechęcić muzułmańskich urzędników do wnikliwej kontroli przykryli szczątki wieprzowina, czyli mięsem z „nieczystego” zwierza) i przewieźli do Włoch. Dziś ta historia brzmi niczym średniowieczna wersja przygód Indiana Jonesa, ale wtedy sprawa traktowano szalenie poważnie.

Trzy głowy św. Wojciecha

Równie poważną sprawą było pod koniec X wieku znalezienie patrona dla rodzącego się państwa polskiego. Dziś, mówiąc cynicznie, można stwierdzić, że los nam sprzyjał biskupa praskiego Wojciecha. Jego misja w pogańskich Prusach okazała się tyleż krótka, co tragiczna. Panujący w Polsce Bolesław Chrobry miał jednak wyczucie i kiedy pojawiła się szansa wykupienia ciała duchownego (jak chce tradycja – za równowartość jego wagi w srebrze) nie wahał się długo. Dopiero co schrystianizowana Polska zyskała swego pierwszego męczennika za wiarę. Historycy Kościoła nie mają wątpliwości, że posiadanie takiego atutu ułatwiło Chrobremu starania o założenie w Gnieźnie niezależnej od niemieckiego zwierzchnictwa metropolii, a później także o królewską koronę.

W gnieźnieńskiej katedrze szczątki św. Wojciecha nie przeleżały jednak nawet pół wieku. Wykradli je w 1038 roku wojowie czeskiego księcia Brzetysława, który wtedy spustoszył Polskę. Podobnie jak w przypadku Wenecjan i św. Marka, tak też w tym przypadku rabusie dokładnie wiedzieli kogo i po co kradną (można wręcz spotkać się z opiniami, że zasadniczym celem najazdu było właśnie „pozyskanie” szczątków biskupa). Wywiezione z Gniezna ciało świętego trafiło do katedry na praskich Hradczanach dając początek kultowi św. Wojciecha w Czechach.

Nie oznaczało to jednak bynajmniej końca kultu tej postaci w Polsce zwłaszcza, że w 1127 roku w Gnieźnie odnaleziono jakoby… głowę praskiego biskupa. Jakim cudem ostała się w Polsce? Tłumaczono to różnie. Wedle jednej wersji Czesi się pomylili i zamiast Wojciecha ukradli szczątki jego przyrodniego brata, biskupa gnieźnieńskiego Gaudentego, inna hipoteza głosi, że owszem – ukradli to, co trzeba, ale jedynie z ołtarza, a tymczasem cenne szczątki zostały zaraz po śmierci świętego podzielone i część z nich (m.in. głowa) ukryto w innych relikwiarzach. Oczywiście współcześni sceptycy są zdania, że całe to cudowne odnalezienie było jedną wielką „lipą”, sprokurowaną dla obudowania nadszarpniętej pozycji Polski.

Jakkolwiek by nie było faktem jest, że przez kolejne stulecia zarówno Praga, jak i Gniezno były formalnie posiadaczami głowy św. Wojciecha (pod koniec XV wieku czaszka praskiego biskupa pojawiła się też w kościele pod jego wezwaniem w Akwizgranie, aczkolwiek późniejsze badania wykazały, że pochodzi ona z tegoż właśnie XV stulecia, więc nijak nie może należeć do patrona Polski). Ów dziwny stan utrzymywał się do 11 lipca 1923 roku, kiedy to nieznani sprawcy ukradli z gnieźnieńskiej katedry relikwiarz z głową św. Wojciecha. Tym razem nie czekano na cud – prymas Polski, August Hlond zwrócił się do papieża Piusa XI o przekazanie Polsce części relikwii, ofiarowanych przed wiekami przez Chrobrego cesarzowi Ottonowi III (było to ramię męczennika), a ten przychylił się do tej prośby i tym sposobem w jakiejś mierze zrekompensowano stratę.

Św. Walenty najpierw trafił do Polski. Dopiero potem na Wyspy

No dobrze, a święty Walenty? W jakim sposób szczątki ściętego niedaleko Rzymu biskupa zawędrowały do Polski (poza Rudami relikwie znajdują się też w Lublinie, czy Chełmnie na Kujawach), Ukrainy, Irlandii (podobno znajdują się w Kościele Karmelitów przy Whitefriar Street w Dublinie), a nawet (tak, tak, szanowni Państwo) do Glasgow?

Zacznijmy może od Polski. O znajdujące się tutaj szczątki świętego nikt wojen nie toczył wojen. Nic nie wiadomo też o specjalnych misjach poszukiwawczych. Wydaje się raczej, że trafiły nad Wisłę jako swego rodzaju „podarunki”, fundowane przez lepiej uposażone, mające bogatszą tradycję i „zasoby” ośrodki kościelne z południa Europy. Niekoniecznie zresztą odbiorcami tych relikwii byli od razu duchowni. Zdarzało się, że w ich posiadanie wchodziły osoby prywatne. W Chełmnie, będącym jednym z polskich ośrodków kultu św. Walentego relikwie biskupa – męczennika podarowała kościołowi na początku XVII stulecia Jadwiga Marianna Działyńska z Czarnkowa (starościna bratiańska i jasieniecka) w podzięce za „doznaną pomoc w chorobie córki”.

W tym samym XVII stuleciu relikwiarze ze szczątkami św. Walentego pojawiły się w kościele św. Floriana w Krakowie, a także Jarosławiu (obecne województwo podkarpackie). W tym drugim przypadku ich sprowadzenie ma być zasługą ówczesnej właścicielki miasta – księżnej Anny Ostrogskiej. Niestety nie wiadomo kiedy i w jakich okolicznościach relikwie świętego znalazły się w Rudach na Śląsku – pewnym można być jednak tego, że w ich pozyskaniu kluczową rolę odegrali cystersi z tamtejszego opactwa i że sprowadzając szczątki biskupa nie chodziło im bynajmniej o patrona zakochanych (choć Kościół ogłosił go nim w roku 1496). Na terenie Polski, Niemiec, czy Śląska biskup był wtedy jeszcze przede wszystkim patronem… obłąkanych, cierpiących na padaczkę, nerwicę i wszelkiej maści problemy psychiczne.

Tak starej metryki nie mają szkockie relikwie św. Walentego. Przedramię biskupa trafiło bowiem do Glasgow dopiero w 1868 roku, przekazane tam przez bogatą rodzinę z Francji. Początkowo znajdowało się w kościele św. Franciszka, nie wywołując jakiegoś większego poruszenia i dopiero w 1993 zostało przeniesione w obecne miejsce (do kościoła błogosławionego Jana Dunsa Szkota). Wraz z przenosinami relikwie zyskały do tego stopnia na popularności, że władze miasta postanowiły wykorzystać sprawę marketingowo reklamując Glasgow jako „miasto miłości”, zaś w mediach rozpoczęły się… szkocko – irlandzkie przepychanki o to, czyje szczątki św. Walentego są bardziej prawdziwe: te z kościoła w Glasgow, czy może z Kościoła Karmelitów przy Whitefriar Street w Dublinie (miał je tam ofiarować w pierwszej połowie XIX stulecia papież Grzegorz VI). Jak można podejrzewać w owym sporze mniej chodziło o ustalenie faktycznego stanu posiadania obu świątyni, a bardziej o podebranie Irlandczykom części turystów, którzy 14 lutego tradycyjnie przyjeżdżają oddać hołd patronowi zakochanych. Szczęśliwie skończyło się wówczas na wymianie historycznych (albo raczej publicystycznych) argumentów. Nikt nie zamierzał iść w ślady księcia Brzetysława.

Autor tekstu: Krzysztof Kruk