Gdybym nie była mamą

0
Przypomina mi się czasem moment, w którym Młodociana pojawiła się w naszym życiu. Bardzo ciężki poród i horror w jednym z polskich szpitali był dla mnie – pierworódki szokiem. Na szczęście córeczka urodziła się zdrowa i dwa dni później mogliśmy cieszyć oczy Jej widokiem w domowych pieleszach.

Skłamałabym jednak, gdybym napisała, że zaraz po tym, jak zobaczyłam dziecko, wszystko poszło w zapomnienie. Nie poszło i to, co działo się przez ponad trzydzieści godzin na porodówce pamiętam, jakby to było wczoraj. Ogromne zmęczenie, emocje, zablokowane chyba w wyniku długotrwałego stresu i strachu nie dawały o sobie znać. Gdzie ta miłość matczyna? – pytałam siebie samą. Chciałam bardzo, żeby w naszym życiu pojawiło się dziecko, oczekiwałam z wytęsknieniem na dzień, w którym będę mogła trzymać Ją w ramionach. Pomijam już fakt, że przez cały okres ciąży miałam wrażenie, że maleństwo, które rozwija się pod moim sercem, w zasadzie chyba jest w innej galaktyce, czasie i przestrzeni. A brzuch mi rośnie, bo tak musi być.

Kilka dni później, po powrocie ze szpitala, po kolejnym karmieniu popatrzyłam na Młodocianą, spróbowałam wyobrazić sobie życie bez Niej i … już nie mogłam. To chyba wtedy po raz pierwszy poczułam ten ogrom bezwarunkowej, wielkiej, nieskończonej matczynej miłości. Mimo całego przerażenie, strachu, że nie dam sobie rady, że teraz to już na zawsze, nieodwołalnie i bez przerwy, poczułam, że JESTEM MAMĄ.

Trzy miesiące później mój mąż wyjechał za granicę. Dołączyłyśmy do Niego, kiedy Młodociana miała dziesięć miesięcy. Wszystko poszło zgodnie z planem, jaki powstał w momencie, kiedy córka była jeszcze „kosmitką” w moim rosnącym brzuchu. Wiedzieliśmy, że w rodzinnym kraju nie damy rady się utrzymać, zapewnić przyzwoitego (nie mylić z luksusowym) życia nowej istocie, którą powołaliśmy do życia. Wyjechaliśmy z odpowiedzialności. Razem z nami w drogę wyruszyła spora część przyjaciół i znajomych. Dla nas to właśnie dziecko było motywacją, żeby  się odważyć. Mimo starannego planowania, strach jest zawsze obecny: przed nieznanym, barierą językową, przed świadomością, że nie będzie do czego wracać, nawet jeśli to „coś” było bardzo słabo opłacaną pracą…

Gdybym nie była mamą, nadal byłabym tchórzem, schowanym wśród swoich kompleksów, nie umiejącym walczyć o swoją godność i wartość. Pomiatanym przez szefową, wyższych rangą pracowników, w firmie, gdzie awansowali „krewni i znajomi królika”, a reszta (w tym ja) za najniższą krajową pracowała kilka razy więcej i ciężej. Odwrotnie proporcjonalnie do wynagrodzenia. Miałam dwadzieścia kilka lat i problemy zdrowotne, które dość szybko minęły, kiedy po ciąży odeszłam z pracy. Jedyne, czego żałuję, to, że nie odeszłam wcześniej. Dziś znam swoją wartość, kompleksów już nie mam. Wiem, że zmieniło się to w dużej mierze dlatego, że zostałam mamą. Za to nigdy wystarczająco mocno nie podziękuję Młodocianej, bo chyba nie ma takich słów, które wyraziłyby to, co czuję. Mogę Ją tylko kochać.

Nasz wyjazd z kraju miał być zapewnieniem córeczce lepszej przyszłości. Nie chcieliśmy, żeby musiała przechodzić drogę, którą my znaliśmy aż za dobrze. W gronie naszych przyjaciół, bliższych i dalszych znajomych, na palcach jednej ręki policzyć można było osoby, które sobie i szczęśliwemu zbiegowi okoliczności zawdzięczały pracę zgodną z wykształceniem. A większość znajomych co najmniej magistra przed nazwiskiem ma.

Wyjazd z kraju dał nam lepsze życie. Myśląc o dziecku, sobie samym również poprawiliśmy warunki życia. Bez strachu, co następnego dnia „wrzucę do garnka”, mogłam zostać z Młodocianą w domu kilka lat, zanim poszła do szkoły. Nie opływaliśmy w luksusy, żyliśmy oszczędnie z jednej pensji męża, ale w końcu żyliśmy normalnie. Dla mnie były to cudowne lata, które spędziłam z dzieckiem w domu, z nadzieją, że wkład pracy, ten codzienny w Jej wychowanie będzie procentował. I całą sobą czuję, że te pięć wspólnych lat spacerów, czytania bajek, nauki, zabawy było potrzebne i Młodocianej, i mnie również. Gdybym nie była mamą, pewnie nie miałabym świadomości, jak wiele mnie omija. Zapewne nadal trzymałabym się „w miarę pewnej” posady, zarabiając wyłącznie na rachunki…

Gdybym nie była mamą, wątpię, by aż tak bardzo poruszało mnie nieszczęście innych dzieci. Wiedza, że nie wszystkie doświadczają radosnego, pełnego miłości dzieciństwa to jedno. Wiem jednak, że obudziła się we mnie dużo większa wrażliwość, świadomość i przekonanie, że codziennie powinnam dziękować Sile Wyższej, że mam zdrowe, mądre dziecko, które kiedyś będzie zupełnie samodzielne. Nie każdy rodzic ma takie szczęście. Widzę więcej, niż wtedy, gdy nie byłam odpowiedzialna za inną istotę, mogłam swobodnie dysponować swoim czasem i panikować, czy aby wysoka gorączka u Młodocianej nie jest przypadkiem objawem jakiejś śmiertelnej, nieuleczalnej choroby. Głęboko współczuję wszystkim, którzy w szpitalach i klinikach spędzają czas przy swoim maleństwie, z nadzieją, że stanie się cud. Nie jestem w stanie postawić się w sytuacji żadnego z tych rodziców, ale gdybym nie była mamą, nie dotknąłby mnie nawet cień tego strachu.

Gdybym nie była mamą, zapewne mój naturalny, ludzki egoizm wielokrotnie przegrałby walkę z mniej wygodnym altruizmem. Dzieci są najlepszymi nauczycielami. Potrafią wydobyć z czeluści naszych dusz to, co w nas najlepsze. O ile oczywiście chcemy. Wybór mamy zawsze. Przesiedzieć przed telewizorem ten czas, kiedy rośnie w naszym domu człowiek, czy aktywnie uczestniczyć w tym, co zdarza się nam tylko raz. Nawet jeśli mamy więcej, niż jedną pociechę, to każda z nich jest odrębną jednostką, oddzielną historią, niepowtarzalną i jedyną, każdy moment jest czymś, do czego już nie będzie powrotu. Odkładanie „na później” budowania więzi z dzieckiem sprawdza się tylko w filmach. Jednym z najpiękniejszych momentów każdego mojego poranka jest chwila, w której wchodzę do pokoju Młodocianej i jeszcze przez kilka sekund mogę popatrzeć na Jej pogrążoną we śnie twarz. Czułość, to najlepsze słowo, które odzwierciedla moje emocje w tych chwilach. Tego też nauczyła mnie moja córka.

Gdybym nie była mamą, pewnie nigdy nie spotkałabym się z moim wewnętrznym dzieckiem. Dorosłość wymusza na nas zachowanie powagi, odpowiedzialności, rozsądku, hamuje spontaniczność. Dzięki Młodocianej nauczyłam się bezkarnie wygłupiać. Dobra zabawa z dzieckiem ma miejsce wtedy, gdy zrzucamy maskę dorosłego i na nowo stajemy się dziećmi, przez chwilę patrzymy na świat ich oczyma, potrafimy „sięgnąć” do dziecka w nas samych. Nasze pociechy wyczuwają takie momenty i ludzi, którzy taką umiejętność posiadają (wrodzoną, bądź wyuczoną). Najlepszym kompanem zabaw często jest wujek, ciocia, znajomi, którzy potrafią zachowywać się jak dzieci. To takich dorosłych dzieci wyczekują, uwielbiają i ciągną do zabawy.

Im dłużej piszę ten artykuł, tym większe odnoszę wrażenie, że to, co już napisałam jest tak naprawdę wierzchołkiem góry lodowej. Poprzestanę więc na stwierdzeniu, że gdybym nie była mamą, byłabym zupełnie kimś innym. Macierzyństwo zmieniło mnie w lepszego człowieka, scaliło naszą rodzinę, dało mi siłę do realizacji rzeczy pozornie niewykonalnych, stało się motywacją do poprawy jakości życia, a nade wszystko pozwoliło mi poczuć jak to jest, kiedy obdarza się kogoś miłością bez granic. Pozwala nieustanie przeżywać cud codzienności. Warto sobie czasem przypomnieć o tym wszystkim, zwłaszcza wtedy, gdy własna pociecha doprowadza do skraju odporności nerwowej.

Autor tekstu: Iza Mikos