Wygrali, choć dwa razy przegrali, czyli jak nas Szkoci nauczyli zarabiania pieniędzy

0

Nie, nie chciałem znów pisać o piłce nożnej. Cóż jednak poradzić, gdy piłka sama leci pod nogi (albo raczej na klawiaturę komputera). A wszystko za sprawą nieszczęsnego dwumeczu Legia Warszawa – Celtic Glasgow, który dał krwistą pożywkę krajowym mediom, w samym środku sezonu ogórkowego.

Fakty wszyscy znamy, więc nie ma sensu ich raz jeszcze powtarzać. Tak samo jak nie ma sensu przekonywać, że owe feralne kilka minut zagrane w Glasgow przez Bartosza Bereszyńskiego w niczym nie wypaczyło wyniku tej konfrontacji. Znacznie ciekawsza od samych faktów były reakcje, jakie one wywołały.

Jeśli ktoś naiwnie spodziewał się, że w chwili próby wszyscy kibice piłkarscy w Polsce – niczym John Kennedy, który przed laty w Berlinie krzyknął „Jestem Berlińczykiem” – jednym głosem zawołają „wszyscy jesteśmy legionistami”, to się grubo przeliczył. Chętnych do bronienia przegranej sprawy aż tak wielu nie było. Wielu natomiast (co szczególnie widoczne było poza stolicą) skorzystało z okazji, by dokopać Legii, z lubością powtarzając takie słowa jak amatorszczyzna, bałagan i brak profesjonalizmu. Można oczywiście stwierdzić, że stołeczny klub zrobił w przeszłości wiele, aby sobie na taką niechęć zasłużyć. Można, siląc się na jakąś socjologiczną refleksję stwierdzić, że po prostu płaci cenę za swoją warszawskość. Trudno nie zgodzić się również z tezą, że mistrz Polski na własne życzenie podłożył się mistrzowi Szkocji. To wszystko prawda, ale mimo wszystko nie sposób było nie westchnąć i nie zadumać się nad zawiłościami naszej polskiej natury.

A jak po tej całej awanturze jawią nam się sami Szkoci? Gdyby podobny numer wywinął nam np. Spartak Moskwa to sprawa byłaby dużo prostsza – po mięsie, jabłkach i papryce byłby to kolejny dowód na mściwość zranionego w swej dumie rosyjskiego imperium. Ba, gdyby zrobili to nam Niemcy lub Anglicy, to też dałoby się to jakoś wytłumaczyć – wszak pamiętamy jeszcze słynny „mecz na wodzie”, który w 1974 roku zamknął nam drogę do finału Mistrzostw Świata w Niemczech i kontrowersyjny rzut karny, jaki przeciwko biało – czerwonym podyktował na Euro 2008 angielski sędzia Howard Webb. Dopisalibyśmy incydent z walkowerem do listy przewinień i systematycznie przypominali przez kolejne 50 lat.

Ze Szkotami jednak mamy problem. Ani oni nam, ani my im nie zaleźliśmy nigdy za skórę. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że relacje były całkiem poprawne, w czym spory udział mieli polscy piłkarze występujący w szkockiej lidze. Dziekanowski, Wdowczyk, Szamotulski, no i wreszcie Boruc – te nazwiska miały naprawdę niezłą renomę w piłkarskim światku Szkocji. A kluby, dla których grali, zawsze mogły liczyć na życzliwe spojrzenie polskich kibiców i komentatorów sportowych. Jednym słowem było miło i przyjemnie. Tymczasem teraz… taka awaria.

Dlaczego nam to uczyniliście? Gdzie wasz honor szkockich górali? – płaczliwie pytali naiwni. Co bardziej zdesperowani – niczym Dariusz Mioduski, współwłaściciel Legii – apelowali do Celtiku, by wrócić jeszcze na kilka minut na boisko i tam sprawę załatwić honorowo. I co wam z tego przyjdzie, przecież byliście słabsi od Legii, więc nie macie żadnych szans w kolejnej rundzie eliminacji do Ligi Mistrzów – złośliwie dodawali ci, którzy swój żal starali się doprawić odrobiną chłodnej analizy aktualnych możliwości „Celtów”. Dlaczego, dlaczego, dlaczego? For money – chciałoby się odpowiedzieć słowami Leo Beenhakkera ze słynnej reklamy przed niesławnymi Mistrzostwami Świata w Korei i Japonii. Honorowo, czy nie, ale faktem jest, że 8,6 milionów euro, które UEFA płaci za awans do fazy grupowej Ligi Mistrzów (a gdzie tam premie za same mecze) skasował Celtic, choć w uczciwej walce na boisku wywalczyli je piłkarze Legii. I tym oto sposobem, na naszych oczach, zmaterializował się najbardziej banalny, wyświechtany i zapewne (jak zawsze w takich przypadkach) niesprawiedliwy stereotyp na temat Szkotów – ten mówiący o ich skąpstwie i pazerności. A z drugiej strony, czy ktoś na ich miejscu nie zrobiłby tego samego? 

Autor tekstu: Krzysztof Kruk