Znacie? Znacie. A Wasze dzieci? Hmm…

0

Abecadło z pieca spadło,


O ziemię się hukło,


Rozsypało się po kątach,

Strasznie się potłukło:


I — zgubiło kropeczkę,

H — złamało kładeczkę,

B — zbiło sobie brzuszki,

A — zwichnęło nóżki,


O — jak balon pękło,
aż się P przelękło.


T — daszek zgubiło,


L — do U wskoczyło,


S — się wyprostowało,

R — prawą nogę złamało,


W — stanęło do góry dnem
i udaje, że jest M.

(Julian Tuwim)

To jeden z ulubionych wierszyków mojej córki z lat wczesnego dzieciństwa. Czytany najpierw z barwną intonacją głosu, na wesoło, wiersz Tuwima szybko zainteresował ją również jako linijki tekstu na papierze. Z początku poznała pojedyncze literki, potem wychodziłyśmy dużo wcześniej do przedszkola, żeby Młodociana mogła przystanąć przy każdej tabliczce z napisem ulicy i ćwiczyć nowonabyte umiejętności. Po pewnym czasie – z moją niewielką pomocą – zaczęła łączyć literki w wyrazy, a następnie całe słowa w zdania. Samodzielnie odczytywała „to, co z wielkiej litery”, zwykle tytuły książek i rozdziałów. Resztę czytałam jej ja, bądź mąż. Z takimi umiejętnościami ruszyła do pierwszej klasy, w wieku niecałych pięciu lat.

Z angielskim nie było problemów, dość szybko zaczęła czytać płynnie. Gorzej z naszym ojczystym językiem. Zrobił się nagle trudny, zwłaszcza sz, rz, cz, ch i jeszcze ś, ć, ź, ż, a już najgorzej dż, lub nie daj Boże dź. Zaczęłam patrzeć z niepokojem na pokaźną biblioteczkę mojej córki – efekt mojego zaangażowania w jej edukację, będący jednocześnie dalekim echem ogromnego braku z mojego dzieciństwa. Wynagrodziłam to samej sobie w życiu dorosłym inwestując właśnie w naszą piękną, Literaturę Piękną dla dzieci. WSZYSTKO w języku polskim, całe serie. „Muminki”, „Ania z Zielonego Wzgórza”, „Dzieci z Bullerbyn” w pierwszych wydaniach, „Baśnie” Chansa Christiana Andersena z ilustracjami Szancera. Cały ten dorobek, gromadzony właśnie dla niej i po to, aby zrealizować moją ambicję, dla tego, aby córka kiedyś tak jak ja, umiała „zaczytać się” w książce… Teraz do wyrzucenia, oddania? NIGDY!

Rozpoczęłam cichą i systematyczną krucjatę z brakiem jej chęci do czytania w rodzimym języku. Przy pierwszej nadarzającej się okazji wzięłam córkę do „Empiku” i dałam czas wolny na rozejrzenie się po dziale książek dla dzieci. Dostała instrukcję, żeby wszystkie książki, które się jej spodobają odkładała na stojący w pobliżu stolik. Z rosnącym zdumieniem podglądałam zza winkla… co się dzieje! Ogarnął ją istny szał zakupowy. Sztapelka rosła, a ja nie mogłam nacieszyć oczu widokiem. Zdawałam sobie sprawę, że będę zmuszona odsiać później te wartościowe pozycje od śmietnika literatury, ale… najważniejsze, że pomysł chwycił. Po powrocie do domu córka zdecydowanie chętniej sięgała po kupione wówczas książki – sama je przecież wybrała.

Któregoś dnia włączyłam córcefilm „Mała Księżniczka”. Wspomnę tylko, że podstawa scenariusza, czyli powieść autorstwa Frances Hodgson, od dawna stała na półce w domu. Córka wpadła w zachwyt, tym większy, że główna bohaterka jest jej imienniczką. Przeczytałyśmy również książkę. Mimo że obejrzenie filmu zdradziło zakończenie historii. To samo zadziałało przy „Ani z Zielonego Wzgórza”. Była bardzo ciekawa dalszych losów bohaterki, a zekranizowano przecież tylko początek historii. „Harry’ego Pottera” zaczęłyśmy przywozić z Polski w trakcie wakacji. Po jednej części co roku. Młodociana dorastała razem z głównym bohaterem. Z kolei „Alicja w Krainie Czarów” pojawiła się w naszym domu w formie słuchowiska, następnie jako książka. Jeszcze później obejrzałyśmy dwie ekranizacje. „Czarnoksiężnik z Krainy Oz” to jedna z tegorocznych zdobyczy książkowych. Jesteśmy w trakcie czytania. Na tym nie koniec.

Jednym z najmilszych dla mnie powrotów do literatury z dzieciństwa okazały się „Muminki”. Ze wstydem przyznaję, że dopiero teraz, gdy sięgnęłam po nie na nowo, już w dorosłym życiu, dotarło wreszcie do mnie, że Tove Jansson to nie autor (o czym byłam przekonana do niedawna), lecz autorka. Młoda bardzo lubi dowiedzieć się czegoś o autorach książek czytanych aktualnie, więc przy okazji ja się również rozwijam. Poszukując informacji i grzebiąc w różnych życiorysach. Nie ukrywam, że powrót do lektur z dzieciństwa jest dla mnie samej ogromną przyjemnością. Często po latach znajduję w nich drugie dno i inne przesłania, niż wtedy, kiedy byłam dzieckiem. Zdarza mi się stosować dość prostą metodę, która skutecznie wyostrza zainteresowanie dalszą treścią książki. Kończę czytać w najciekawszym momencie. I na ogół bywa tak, że sama nie pamiętam co było dalej, więc wyczekuję kolejnego wieczoru równie niecierpliwie, co moja córka.

A kiedy jest już w łóżku i czyta sobie sama przed snem (tak, tak, udało się nam dobrnąć do tego etapu), to ja zabieram się za swoje książki. No cóż, przykład idzie z góry. Dziecko, które widzi czytających rodziców uznaje to za coś naturalnego. I jak kiedyś zgrabnie ujął obserwację mój mąż, „nie da się zignorować prawie tysiąca książek w domu” (zwłaszcza, że nie mamy telewizora w domu). Dziś pochwaliła mi się, że wczoraj wieczorem przeczytała SAMA sześć stron książki po polsku. „No może pięć, mamo, bo na jednej był obrazek, więc się nie liczy”.

Zapytacie zapewne, czemu tak bardzo upieram się, żeby moje dziecko czytało po polsku. Przecież w szkole i ze swoimi znajomymi rozmawia po angielsku. Otóż nie chcę, aby wskutek emigracji zubożała o znajomość języka, który jest dla niej naturalny i łatwo dostępny – to po pierwsze. Po drugie, nasz język rodzimy jest zdecydowanie bardziej rozbudowany niż angielski. Bogaty w słownictwo i jednocześnie subtelnie skomplikowany, przez co barwniej opisuje świat. A co za tym idzie, lepiej rozwija słownictwo i wyobraźnię. Wielokrotnie bywałam świadkiem, kiedy moja córka stwarzała świat do zabawy dla całej grupy dzieci, czerpiąc motywy z książek, łącząc je i przetwarzając na własne potrzeby. A kolor naszego języka ma więcej barw, więc barwy dziecięcego świata w języku polskim nabierają zupełnie innych kolorów. Takie jest moje doświadczenie. Państwa również zachęcam do tej podróży.

Autor tekstu: Izabela Mikos