Pociąg pancerny, ku chwale ojczyzny

0

Wrzesień, rocznica najazdu Niemiec na Polskę i początek II wojny światowej. Każdy też zapewne słyszał o bohaterskiej obronie Westerplatte, czy naszych lotnikach z dywizjonu 303. Mamy jednak w historii naszej wojskowości karty równie chlubne, co nieodkryte. O żołnierzach pociągów pancernych.

Po klęsce Francji, latem 1940 roku, polscy żołnierze chcąc dalej walczyć musieli szukać nowego schronienia. Dla większości wybór był oczywisty – Wielka Brytania. Kilkanaście tysięcy Polaków przedostało się na Wyspy, większość z nich przybyła do Szkocji. I to właśnie oni wraz z muskularnymi pociągami będą bohaterami tego artykułu. We wrześniu 1940 roku powstają plany, aby obsługą pancernych składów kolejowych zajęli się polscy żołnierze. Tak też się stało. Wszystkie z dwunastu funkcjonujących w brytyjskiej armii składów obsługiwali nasi rodacy. Dlaczego? Brytyjczycy po prostu nie wiedzieli, co z naszymi żołnierzami zrobić. Część z nich została wprawdzie wcielona do jednostek liniowych, jak choćby dywizjony myśliwskie, ale co z resztą, jak wykorzystać drzemiący w podłamanych moralnie żołnierzach potencjał? Sporą grupę wojskowych, ze względu na wiek lub stan zdrowia zwolniono ze służby czynnej. Inni zostali skierowani do prac fortyfikacyjnych u wybrzeży Szkocji, między innymi w zatoce Firth of Forth. Pozostałym zaproponowano służbę w czterech dywizjonach pociągów pancernych. I tu pojawił się kolejny dylemat, nowo powstałe stanowiska przeznaczone były raczej dla szeregowych żołnierzy, a większość ówczesnej kadry stacjonującej w Szkocji stanowili oficerowie i podoficerowie. No cóż, służba nie drużba, ambicje trzeba było schować w kieszeń, zakryć pagony, podwinąć rękawy i… na tory.

No właśnie, co z tym bojem, czy pociągi sprawdziły się w walce? Nie bardzo, ale to nie ich wina. Po prostu spodziewany niemiecki desant od strony morza nigdy nie nadszedł. A trzeba przyznać szczerze, że pancerne kolosy czekały zmobilizowane i gotowe odeprzeć atak w każdej chwili. „Załoga, podzielona na dwa rzuty, czuwała, zdolna na wypadek alarmu obsadzić pociąg w czasie kilku minut i stanąć do walki. Byliśmy dumni, że podczas najazdu będziemy pierwszemi oddziałami polskiemi – poza marynarką i lotnictwem – które wejdą do akcji” – oto słowa jednego z żołnierzy wchodzącego w skład dywizjonu pociągów pancernych (pisownia oryginalna). Ale żeby nie było tak wzniośle i pompatycznie przytoczę również, bo tak mi moja z lekka sarkastyczna natura podpowiada, inny cytat: „Ten pociąg pancerny dziś porównuję do czołgów, jakie ś.p. kwatermistrz 10. Pułku Ułanów, mjr Włodzimierz Łączyński w Białymstoku wybudować nakazał. Taki „czołg” z dykty brali na plecy ułani z plutonu kolarzy i wozili się na rowerach. Fajnie to wyglądało i nawet konie z uznaniem patrzyły. Tylko… nam to służyło do ćwiczeń” (pisownia oryginalna). Dowcipna to, przyznacie, opinia innego żołnierza. Komentować nie zamierzam, za to odeślę do portalu: nowahistoria.interia.pl, z którego oba cytowane teksty pochodzą. Tam też znajdziecie więcej oryginalnych, ciekawych cytatów.

No ale dość tych uszczypliwości i niepotrzebnych domysłów. Przygotowując się do pisania tego artykułu natknąłem się na forum historyczne, na którym uczestnicy, zapaleni fanatycy historii, dyskutowali, czy pociągi pancerne miały w ogóle jakikolwiek sens. Jedni twierdzili, że ociężałe, przypięte do torów kolosy, stanowiły łatwy cel. Ponadto, ich zdaniem, był to sprzęt przestarzały, który może sprawdził się w I wojnie światowej, ale nie miał racji bytu kilkadziesiąt lat później w czasach czołgów i samolotów. Drudzy przekonywali jednak, że owszem, technologicznie te maszyny szczytów techniki nie reprezentowały, na pierwszą linię frontu się nie nadawały i z pewnością wojny nimi się nie wygra, ale miały sporo innych zalet. Na przykład dużą siłę rażenia. Ich załoga, dysponująca zapasowym taborem, mogła w krótkim czasie naprawić zniszczone tory. Ponadto taki pociąg zabierał na swój pokład inną broń, choćby lekkie czołgi, czy drezyny. Zwolennicy pancernych kolosów przypominali również, że w kampanii wrześniowej kilkakrotnie pociągi pokrzyżowały szyki Niemcom, na przykład w bitwie pod Mokrą lub w starciach nad Bzurą. I choć w Wielkiej Brytanii nie odegrały znaczącej roli, to śmiem twierdzić, że były do takowej solidnie przygotowywane. A że wróg nie zdecydował się zaatakować od strony morza, to już kolej historii. Warto jednak o nich pamiętać i jeśli kiedykolwiek zdarzy wam się przejeżdżać w pobliżu wioski Crawford (zjazd nr 14 z M74), to pomyślcie przez chwilę o polskich żołnierzach, którzy tam stacjonowali.

Niniejszy historyczny, trochę patriotyczny artykuł postanowiłem zakończyć niepatriotycznie i bardzo współcześnie. Niepatriotycznie, bo o Rosji wspomnieć zamierzam i niehistorycznie, bo o jej zamiarach przywrócenia do życia pancernych pociągów napiszę. Spokojnie, nie chodzi o embargo na polskie jabłka. Chodzi o ochronę szlaków kolejowych na Kaukazie Północnym. Tamtejsze tory coraz częściej stają się celem ataków terrorystycznych. A cysternami przewozi się tam między innymi paliwo lotnicze. Łatwo sobie wyobrazić skutki eksplozji takiego transportu. Pancerne pociągi na zagrożonych trasach mogłyby pełnić rolę konwojów, w których skład wchodzi specjalna jednostka saperska. Wszystko wskazuje więc na to, że po latach spędzonych na bocznicach, przynajmniej niektóre pociągi do powrócą do łask.

Autor tekstu: Adam Kurp