Szkot Emigrant

0

Wątek imigracyjny bywa gorącym tematem. Dla jednych zjawisko to jest pozytywnym elementem nowoczesnej, zjednoczonej Europy, dla innych zagrożeniem integralności, suwerenności, niepodległości. Obecnie to Szkocja przyjmuje imigrantów, ale niegdyś wyglądało to zupełnie inaczej…

Na przestrzeni ubiegłych kilku wieków, ponad cztery miliony Brytyjczyków postanowiło przepłynąć ocean i osiedlić się na stałe w Ameryce Północnej. Według ostatnich statystyk 27 milionów Amerykanów ma po części szkockie korzenie. Biorąc pod uwagę populację całych Stanów Zjednoczonych to może niewiele, pamiętajmy jednak, że obecnie Szkocja ma około 5 milionów obywateli. Te dane są wystarczającym pretekstem, aby wybrać się dzisiaj w historyczno-emigracyjną eskapadę.

Aspekt ekonomiczny był głównym czynnikiem motywującym do wyruszenia w daleką podróż przez ocean. Bywali jednak i tacy, którzy nie mieli wyboru, ktoś za nich zdecydował i wskazał nowy adres zamieszkania. Mam na myśli drobnych przestępców skazanych na wygnanie. Ciekawy rodzaj kary. Jedni oszczędzają, marzą o nowym życiu gdzieś daleko, inni jadą tam za karę na koszt państwa.

Taki proces miał miejsce w XVII i XVIII wieku. Tysiące kryminalistów dzięki temu mogło ułożyć sobie życie od nowa. Czy tego chcieli? Pewnie nie wszyscy. Zachęcam do lektury „Directory of Scots Banished to the American Plantations” – listy więźniów skazanych na banicję. Wróćmy jednak do emigracji świadomej i dobrowolnej. Był to proces długotrwały i męczący. Sama podróż na trasie Glasgow – Nowy Jork, w XIX wieku trwała kilka tygodni. Łatwo sobie więc wyobrazić, że jeśli ktoś decydował się na emigrację, to raczej na stałe. Nikt o zdrowych zmysłach nie wybierał się w miesięczny rejs z myślą o przygodzie z możliwością zarobienia paru dolarów.

Poza tym, taki potencjalny przybysz nie miał wcale pewności, że służby imigracyjne łaskawie zaproszą go do nowej ojczyzny i będzie on sobie mógł wkrótce wywiesić przed nowym domem amerykańską flagę. Nie było wtedy wiz i paszportów, wystarczyło znaleźć się na liście pasażerów, aby legalnie marzyć o lepszym życiu. Gwarancji na przyjęcie z otwartymi rękami nie mógł jednak mieć nikt.

Ellis Island – brama Nowego Jorku, pełniła funkcję ambasady, posterunku straży granicznej i punktu medycznego. To tutaj przypływały wszystkie statki z Europy. Każdego z pasażerów badał lekarz i stwierdzał, czy jest na tyle zdrowy, aby mógł pozostać i pracować w Ameryce. Jeśli przeszedł pomyślnie test, płynął dalej do Nowego Jorku, jeśli nie, wracał do Europy. Znacząca większość spełniała normy zdrowotne i zostawała.

Nie będzie odkrywczym stwierdzenie, że właściwie całe Stany Zjednoczone zamieszkują imigranci. Na dowód pozwólcie, że podam kilka liczb. Otóż, w 1690 roku w USA żyło 250 tysięcy mieszkańców, w roku 1754 już ponad dwa i pół miliona. Ci ludzie musieli przecież skądś przyjechać. Siła prokreacji nie jest aż tak wielka. Skupmy się jednak na Szkotach i zobaczmy dokąd się wybierali. Czy mieli ulubione miasta? Szkoci wybierali konkretne rejony Ameryki. Śmiem twierdzić, że bardzo często wcale nie decydował o tym przypadek.

W połowie XIX wieku w Highlands z racji kryzysu miał miejsce masowy proces migracji ludności. Problem w tym, że właściwie jedynym wyborem była przeprowadzka na południe kraju do rejonów zurbanizowanych. Dla ludzi utrzymujących się na co dzień z rolnictwa, to raczej mało radosna perspektywa. Dlatego też spora grupa Szkotów postanowiła wyjechać do Kanady, która pod względem krajoznawczym przypominała ich ukochaną ojczyznę. I tak około 60 procent populacji emigracji brytyjskiej zamieszkało wyspy oraz półwysep na wschodnim wybrzeżu Kanady o nazwie – i to nie może być przypadek – Nova Scotia. Sprawdźcie zresztą jak wygląda flaga i herb tego regionu.

Innym popularnym kierunkiem imigracyjnym – tym razem w Stanach Zjednoczonych – była Północna Karolina. W pierwszej połowie XVIII wieku gubernatorem był tam Gabriel Johnston, Szkot, który zachęcał swoich rodaków, aby osiedlili się na jego terenie, oferując w zamian kilkuletnie zwolnienie z płacenia podatków. Nie wiem, na ile ta zachęta była skuteczna, ale faktem jest, że środowisko imigracyjne w tym stanie po dziś dzień jest bardzo liczne i zintegrowane.

Brytyjczycy, w tym Szkoci są najliczniejszą nacją, która swego czasu zasiedliła Amerykę Północną. W sumie trudno się temu dziwić, bariera językowa ich nie dotyczy, pod względem kulturowym też nie ma większych różnic. Poza tym Szkoci nigdy nie bali się podejmować ryzyka związanego z przesiedleniem. Wprawdzie często musieli opuszczać domostwa wbrew własnej woli, ale może dzięki temu mają jakieś genetycznie uwarunkowane skłonności do adaptacji w nowych warunkach.

Zdaję sobie sprawę, że ostatnie zdanie zabrzmiało jak żywcem wyjęte z wypracowania studenta historii, ale pozwólcie, że poprę je dowodem. Ze statystyk z 1851 roku wynika, że tylko 46 procent mieszkańców dziesięciu największych miast Szkocji urodziło się w danym mieście. Wniosek z tego, że ponad połowa w taki czy inny sposób przybyła z innej części kraju w poszukiwaniu lepszego życia. Skoro więc Szkoci bez problemu od wieków przeprowadzają się z miejsca na miejsce, nie ma się co dziwić, że znajdują się tacy, którzy podejmują większe ryzyko i wyprawiają się za ocean. Przy okazji – łatwość w zmianie miejsca zamieszkania, to kolejna cecha wspólna, która łączy Polaków i Szkotów. 

Autor tekstu: Adam Kurp