Fabryka Kurczaków

0

Fabryka kurczaków

Kryminaliści, złodzieje, narkomani, byli więźniowie, w tym grypsujący, ukrywający się przed organami ścigania mężczyźni, kibole, nastoletnie matki kilkorga dzieci. A z drugiej strony rodzice odkładający dzieciom na studia, młodzi studenci opłacający czesne, a także „zwyczajni ludzie”. W całej tej mieszance brakuje tylko jednorożców i krasnali ogrodowych.

A pomiędzy tym wszystkim stoję ja. Co tam robię? Pracuję jak wszyscy, a przy okazji dobrze się bawię.

Fabryka Kurczaków na obrzeżach komercyjnej stolicy Szkocji, Glasgow, to świetny przekrój imigracyjnego społeczeństwa Polaków. Obserwowanie zachowań i zwyczajów ludzkich smakuje dużo lepiej, kiedy ten przekrój wymieszany jest ze Szkotami, których w fabryce jest mniej więcej tyle samo, co byłych mieszkańców kraju nad Wisłą.

Pierwsze dni pracy fizycznej były dla mnie, świeżego imigranta, który wcześniej pracował tylko za biurkiem, katorgą każda minuta ciągnęła się godzinami, a na plecach czułem każdy kręg.

Powtarzałem sobie: „Po to tu przyjechałeś, do cholery, masz się męczyć”.

Już pierwszego dnia poznałem dziewczynę, której jedno zdanie zapamiętam do końca życia; oto ono: „Ale ja nigdy nie miałam kontaktu z językiem”. To odpowiedź na moje pytanie, dlaczego po 3 latach mieszkania w kraju anglojęzycznym nadal nie zna języka angielskiego. Później czas jakoś zleciał przy przerzucaniu martwych kurczaków na taśmę.

Każdego dnia po powrocie do domu sprawdzałem w internecie, czy nie znajdzie się dla mnie jakaś inna praca. Miałem dosyć ciągłego gadania o kurczakach i wypłatach. Chciałem posłuchać trochę o Freudzie, czy chociaż o Tuwimie. Jednak los znów zdecydował za mnie. Nie znalazłem żadnej innej pracy, mimo kilkunastu wysłanych życiorysów.

Zdałem sobie sprawę, że na taśmie co chwilę poznaję kogoś nowego, kogoś kto ma coś bardziej lub mniej ciekawego do powiedzenia. A tu ktoś twierdził, że był gangsterem, inny jeździł na ustawki z Ruchem Chorzów, jedna nawet przekonywała mnie, że można ćpać heroinę codziennie latami i nie być uzależnionym (ponoć w Glasgow jest 120 takich osób!).

Większość, oczywiście, to bardziej przyziemne przypadki: „Też byłam kiedyś w Paryżu”, „U nas w Łodzi to żylibyśmy w nędzy”, „W Chełmnie raczej nie mam żadnych perspektyw”.

Oczywiście, są też przypadki bardziej spektakularne: „Ja uczyłem się jeździć w kradzionych samochodach”, „Jak Boga kocham, 120 km/h w 7 osób w maluchu!”.

Poznałem kilka lat temu pewnego Anglika, który od 24 lat jest w podróży. W tym czasie zwiedził ponad 100 krajów i imał się 150 różnych prac. Myślałem wtedy, że to nie lada wyczyn, i że raczej mało kto by się na coś podobnego odważył. W fabryce kurczaków poznałem kobietę, która przerzuca kurczaki na taśmę od 27 lat (słowem: dwudziestu siedmiu lat). To dopiero jest nie lada wyczyn.

Nie wyobrażam sobie pracy, którą miałbym wykonywać przez tak długi czas. Przerażające jest natomiast to, że wiele osób wręcz o tym marzy. Słowo „kontrakt” (odpowiednik polskiego „etatu”) jest tutaj czymś, co można spokojnie porównać do złowienia złotej rybki.

„Chłopie, masz kontrakt i spokojnie dadzą ci samochód na kredyt”. Super! I co? Będę nim dojeżdżał do fabryki kurczaków resztę życia? Idę o zakład, że większość ludzi w tej fabryce podpisałaby swoją krwią cyrograf z samym diabłem, gdyby miało im to zapewnić tam pracę przez następnych 27 lat.

To nic złego, rzecz jasna. Wpadasz na produkcję, odbębniasz swoje i wracasz do domu. Włączasz telewizor, puszczasz latawca z synem, idziesz spać. Rano wstajesz, wsiadasz w Audi A4 w skórze, jedziesz do pracy. Raz w roku wakacje na Malcie (jeden pan strasznie chwalił tamtejsze toalety. Tak jak za PRL chwalili toalety we Włoszech). I w ten sposób oczekujesz swojej emerytury. Łatwo, lekko i przyjemnie. Ale też nudno.

Pytałem wielu kontraktowców, jakie mają zainteresowania. Nie skłamałbym prawie w ogóle mówiąc, że 95% nie ma żadnych.

W tym wypadku 27 lat z martwymi kurczakami to chyba nie jest zła opcja. Ale serio, czy to życie, czy po prostu umieranie?

Ja jednak w fabryce jeszcze zostanę. Mam swoje plany i nic nie stanie mi na przeszkodzie w ich realizacji. Kurczaki to środek, nie cel.

A o Freudzie poczytam sobie w domu. Albo w lesie.

Autor Tekstu: Mateusz Chamuczyński