JESTEM SYBIRACZKĄ…

0

Panią Marcelinę Owsianik, poznałam przypadkiem, kiedy odwiedzała swoją rodzinę w Szkocji, a historia, jaką mi opowiedziała, szczerze mnie poruszyła.

Pani Marcelina , to wysoka, smukła kobieta, z jej postawy wyziera konsekwencja i siła. Ale kiedy zaczyna opowiadać o zsyłce, twarz jej się zmienia, wraca pamięcią do tamtych wydarzeń, a pamięta wszystko bardzo dobrze…Tak wspomina losy swojej rodziny, wywiezionej w 1940 roku na Syberię.

PODOLE
Korzenie nasze są na Podbeskidziu, ale moja rodzina nie zagrzała tam miejsca. W okresie międzywojennym, kiedy powstawała nowa Polska, moi dziadkowie zdecydowali, tak patriotycznie,żeby ziemie kolonizować, dlatego wyjechali na Podole. Za zaoszczędzone pieniądze kupili spory kawałek ziemi. Dużo rodzin z naszych okolic, przeniosło się właśnie na Podole, tworząc tam całkiem nową miejscowość.- Podśniatynkę ( od nazwy dworu Śniatyń, który to Księżna Łęcka chciała koniecznie odbudować)
Od podstaw pozakładali gospodarstwa, ciężko pracowali, ale ziemia tam była dobra i żyzna.
W Podśniatynce stworzyli swój mały raj, odnaleźli miejsce na ziemi. Gospodarstwa kwitły ( mój dziadek kochał konie, i tam właśnie je hodował). To była piękna wieś…
Aż tu któregoś lutowego dnia, do mojego dziadka przyszedł znajomy Rosjanin, prosił, żeby zabierał rodzinę i uciekał. Ale dziadkowi w głowie się nie mieściło, co mogą mu zrobić, jest przecież na swojej ziemi, nie posłuchał i został…
Potem nastąpił potop… „Dziesiąty luty będziem pamiętali, / przyszli Sowieci, gdyśmy jeszcze spali. / I nasze dzieci na sanie wsadzili. / Wszystkich nas z Polski na Sybir gonili…”
Tak to moja rodzina, jak wiele innych, została uznana przez władze radzieckie za bogaczy, a takich trzeba wywieźć. To był pamiętny dzień, łomot kolby walącej do drzwi, strzały, płacz i krzyki.
Wywieźli wtedy całe Podole, ludzie dostali godzinę na spakowanie dorobku życia…
Dziadek do końca swoich dni nie mógł sobie wybaczyć, że wtedy tego sąsiada nie posłuchał.

ZESŁANIE
Moja mama ( Maria Czulak, z d. Byrska) była już wtedy w 7 miesiącu ciąży. Zapakowano wszystkich do wagonów towarowych, po jakieś 50 osób do każdego. W wagonach nie było nic, tylko otwór w podłodze , służący za ubikację. Jechaliśmy dwa miesiące, w koszmarnych warunkach, w zimnie, które trudno sobie wyobrazić. Umieralność była ogromna, dzieci umierały z wycieńczenia, zimna. Nasz transport jechał bardzo daleko, bo aż nad Bajkał, zatrzymał się w głębokiej Tajdze: Irkuckaja Oblasc- tak nazywał się ten okręg. Po dotarciu na miejsce, umieszczono zesłańców w takim obozie, po innych więźniach. Dwa lata tam żyliśmy, w okropnych warunkach, w brudzie, pośród pluskiew i wszy. Ja urodziłam się w kwietniu, tuż po przybyciu do obozu. Mama opowiadała, że kładła mnie w jakimś korycie, i okrywała gazą, bo niczego innego nie miała, a po wygaszeniu palenisk , w nocy spadał na ludzi deszcz pluskiew, i było potwornie zimno. W tych barakach , układano nas rodzinami, i było tak mało miejsca, że podczas snu, trzeba było przekręcać się na komendę, wszyscy razem. Tata ( Tadeusz Czulak) leżał gdzieś w nogach, żeby mama miała więcej miejsca. Ludzie umierali na potęgę, wynosiło się te ciała na zewnątrz, a jak ktoś chciał wyjść za potrzebą, to musiał przeskakiwać przez nieboszczyków, jak przez pniaki…Jak tam przyjechaliśmy, byliśmy zupełnie nie przygotowanie na takie warunki, Rosjanie śmiali się z naszych skórkowych , cienkich butów. Człowiek musiał się uodpornić na wiele rzeczy, dla obecnych pokoleń niewyobrażalnych. Tak było dopóki nie zaczęły się rozmowy władz, i nie staliśmy się sojusznikami, dopiero wtedy mogliśmy sobie zbudować takie baraki wielorodzinne, ze wspólną sienią, tam przynajmniej było czysto i sucho. Chyba było takich budynków 3 albo 4 na cała osadę.

ŻYCIE W TAJDZE
Powiedzieć, że było ciężko, to banał, ale trudno wyrazić słowami zbiorową tragedie, kiedy to dzień po dniu trzeba było walczyć z zimnem, chorobami, głodem…Tyfus i malaria zbierały obfite żniwo. W adaptacji do nowych warunków dużo pomogli nam miejscowi. Oni nas uczyli jak przetrwać, jak wyrwać Tajdze kawałek ziemi pod uprawę ziemniaków. Chętnie się z nami wymieniali, nasze kobiety potrafiły pięknie szyć i haftować, a Rosjanki lubiły się ładnie ubierać, więc jak się zrobiło im sweterek, czy wyhaftowało bluzkę, to przynosiły mleko czy inne produkty. Moja mama zawsze podkreślała, że ludzie, to ludzie, a ta wściekła polityka tylko ich dzieli. Po urodzeniu brata, mama bardzo cierpiała, wypadały jej włosy i zęby, ból był straszny, znikąd pomocy, dopiero rosyjska babuszka przygotowała wywar z ziół i pomogła mamie.
Na zsyłce każdy musiał pracować, kto nie pracuje, ten nie je, taka była zasada. Mężczyźni i kobiety pracowali przy wyrębie drzew, to była ciężka i wycieńczająca praca. Moja mama była zwolniona z wyrębu, bo miała małe dzieci, ale za to miała obowiązki w obozie: zajmowała się łaźnią, musiała ciągle nosić ogromne ilości wody z oddalonej o około 1,5 km rzeki, tak aby zapełnić ogromne kadzie. Pamiętam , jak nas tam zaganiali, do tej Bani czyli łaźni, wszystkich razem. Każdy miał swój cebrzyk, i były dwie kadzie z zimna wodą, mydła nie było, zamiast niego, wzajemnie szorowano się wiechciem, gotowano również ług z węgla drzewnego, i tym się myło, lub prało. Mama odpowiedzialna była tez za gotowanie dla tych co wracali z lasu, to były czasy, kiedy każde ziarenko kaszy było policzone. Raz na tydzień dostawaliśmy też przydział chleba, ale ten chleb w niczym nie przypominał dzisiejszego pieczywa, była to taka czarna breja, łączona z ziemniakami, jak się go wyjęło ze skóry, to się rozpadał. Mimo to, ten chleb był bardzo pożądany. Pamiętam, że mama zawijała ten chleb w taki kawałek płótna, który miała jeszcze z Polski, a my z bratem biegaliśmy i ciągle wołaliśmy: chlebusia i chlebusia, wtedy mama pokazywała nam pustą ściereczkę i mówiła , że już nie ma…
Kiedy dorośli pracowali, dzieci musiały radzić sobie same, starsze opiekowały się młodszymi…Z tamtego czasu pamiętam dotkliwe zimno, i moją chorobę.
Trzy razy chorowałam na malarię, ledwo przeżyłam, dobrze pamiętam, choć miałam niewiele ponad trzy latka. Pod wpływem dużej gorączki, na środku sieni, widziałam ogromną, rozrastającą się mysz, byłam przerażona. Mama mnie wtedy kąpała w zimnej wodzie i wmuszała we mnie chininę. Zapamiętałam obraz mojego taty, który wtedy szedł przyłączyć się do armii Berlinga. Stał tak przy drzwiach, w kufajce i uszatce, ponieważ nie chciałam połknąć lekarstwa, pogroził mi palcem i powiedział , że mam słuchać mamy. Na Syberii widziałam go po raz ostatni. On poszedł z Kościuszkowcami, a my zostaliśmy sami z mamą i dziadkami, którzy zresztą oboje tam umarli. Z tatą spotkaliśmy się dopiero w 46 roku, jak nastąpiła repatriacja. Ale wtedy to już był inny człowiek, wojna go zmieniła jak wszystkich, został poważnie ranny w nogę, potem już do końca życia chodził przy pomocy laski.

Przetrwanie zawdzięczamy mojej mamie, to była niesamowita osoba, radziła sobie w tych warunkach z tym co miała. Na przykład liczyła ziemniaki, dzieliła je, i nie wzięła ani jednego więcej na dany dzień, bo musiało jej wystarczyć. Ta trauma jednak zebrała swoje żniwo. Mama jak mnie urodziła miała 22 lata, była bardzo młodziutka, wróciła do Polski, mając 28 lat. Mimo bagażu doświadczeń, dała radę, opiekowała się nie tylko nami, ale pomagała jak mogła jeszcze innym. Pobyt na Syberii odcisnął na niej piętno. Stała się bardzo surowa i twarda, to odbiło się na jej osobowości, charakterze. Na jej przytulenie, trzeba było sobie zasłużyć, to ojciec bywał bardziej wylewny, żartowaliśmy, ze mimo,że on miał stopień oficerski, to mama w domu była generałem. Wiem jednak, że nie miała wyboru , musiała zbudować wokół siebie mur , aby przetrwać.
Ale pamiętam też, jak wieczorami, kiedy było ciemno i zimno, opowiadała nam różne książki, Pana Tadeusza, Quo Vadis…. a potrafiła pięknie opowiadać, uczyła nas też wierszyków i piosenek. Ja szczególnie szybko chłonęłam wiedzę, niestety nie tylko tę dobrą, nauczyłam się też przeklinać po rosyjsku, akcent miałam nienaganny, Rosjanie to wykorzystywali, karząc mi powtarzać, a od mamy dostawałam lanie.

Zimy w tajdze były wyjątkowo długie i mroźne. Trzeba było szczególnie uważać , kiedy po zimie wybuchało nagle krótkie lato. Robiło się ciepło i duszno, co powodowało zatrzęsienie insektów przenoszących choroby, oraz gadów, przed którymi ciągle nas ostrzegano. Jadowite żmije pojawiały się znikąd w ogromnych ilościach. Do dziś się ich panicznie boję.
Aby zimą nie głodować, zbieraliśmy owoce lasu, dzikie borówki, jagody czy maliny, grzyby, wszystko co się dało. Często można było natknąć się na świeże ślady niedźwiedzia, który też wyszedł na łowy, wtedy jedynym ratunkiem była ucieczka.
Kiedy zaczęły przychodzić dary z Ameryki, było nam już trochę łatwiej. Wtedy mogliśmy dostać nawet cukierka. Pośród darów był też prawdziwy skarb, czyli mleko w proszku, ja czasem marudziłam mamie, że nie chcę mleka od krowy, tylko od Ameryki, bo takie słodkie i pyszne.
Nauczyliśmy się przetrwać w tajdze, ale nadal byliśmy w niewoli, a droga do wolności wcale nie była łatwa. O tę wolność ciągle walczyliśmy, trzeba było chodzić, prosić, nękać,żeby nas wypuścili.
Tata opowiadał, że nie bardzo wierzył w to czy wrócimy, czy nas wypuszczą.
Wreszcie, na wiosnę 46 roku, mogliśmy wracać do Polski, zostawiając za sobą mnóstwo grobów…

DROGA DO OJCZYZNY
Do stacji było 160 km przez Tajgę. Najpierw zapakowali nas na wozy, a potem, w połowie drogi zrobili nam kwarantannę. Nadal było potwornie zimno, stłuczono nas w barakach, warunków higienicznych nie było żadnych. Za wszelka cenę , chcieliśmy przeżyć, nie wszystkim się udało.
Potem przyjechały takie ciężarówki, my z bratem potwornie się ich baliśmy, bo po raz pierwszy widzieliśmy samochody, przerażał nas huk silników.
Wieziono nas kolumną kilkunastu samochodów, na ostatnim odcinku drogi trzeba było przeprawić się przez rzekę, mostu nie było, a tu lód już się topił. Wszyscy musieli wysiąść z samochodów i iść piechotą. Zostali tylko kierowcy, którzy stali na stopniach ciężarówek, gotowi w każdej chwili zeskoczyć, gdyby lód się załamał. Pamiętam wtedy odwagę mojej mamy. Nie mieliśmy butów, tylko takie zawijańce wokół kostek, zrobione ze starych beretów, i mama powiedziała, nie możemy iść, otuliła nas wtedy przy sobie i wsiadła na ciężarówkę, powiedziała: przejedziemy albo nie przejedziemy, niech będzie co los da. I przejechaliśmy, ale nigdy nie zapomnę przeraźliwego trzasku lodu pod kołami samochodu.
Do Polski wracaliśmy około półtora miesiąca , też w okropnych warunkach. Najgorzej wspominam drogę przez Ural. W każdym wagonie był mały piecyk , żeby choć trochę się ogrzać, kiedy jechaliśmy przez tunele Uralu , trzeba było wszystko wygasić. Siedzieliśmy w całkowitej ciemności na małej przestrzeni, a tunele ciągnęły się w nieskończoność. Z tamtej podróży została mi klaustrofobia. W czasie drogi, żywiliśmy się tym, co sami przygotowaliśmy w ciągu dwóch lat. Jak tylko była jakakolwiek nadzieja na powrót do kraju, wszyscy magazynowali zapasy. Kiedy transport zatrzymywał się na stacjach, miejscowa ludność częstowała nas zupą, tylko jak nakarmić 1,5 km transport ? Przystanki były tak krótkie, że mało kto zdążył zjeść.
Podczas podróży widziałam skutki wojny. Jeden szczegół utkwił mi w pamięci, wzdłuż torów, na bardzo długim odcinku złomowano samoloty, było ich mnóstwo, raził ich srebrny kolor odbijający się od słońca. Jechaliśmy tunelami tych samolotów.
Warunki w wagonach były straszne, potrafili nas wieźć dwie doby i się nie zatrzymać, a kiedy już transport się zatrzymywał na krótki postój, to każdy, kto tylko mógł wychodził się załatwić, lub zwyczajnie przewietrzyć. Właśnie wtedy przeżyłam ogromną traumę. Moja mama wyszła z innymi, a że była młodą kobietą, nie chcąc narazić się na szydzenie i zaczepki Rosjan, poszła załatwić swoja potrzebę gdzieś dalej w las. Nagle pociąg bez zwyczajowych gwizdów ostrzegawczych, ruszył. Wszyscy zaczęli biec do wagonów, my byliśmy gdzieś pośrodku całego transportu, a mama miała najdalej, aby do nas dotrzeć, i naprawdę wykazała się niesamowita logiką, bo nie starała się dogonić naszego wagonu( wtedy na pewno nie zdążyłaby) tylko biegła na wprost, żeby dogonić pociąg, tym sposobem udało jej się dotrzeć do jednego z ostatnich wagonów, gdzie ludzie zwyczajnie ja wciągnęli. Pamiętam, że bardzo się o nią bałam, i bardzo płakałam, ale ciocia powiedziała mi, że mamie udało się i jest w pociągu. Na kolejnym postoju do nas przyszła. Tak wyglądała ta nasza wyczekiwana podróż do ojczyzny, czasem wydawało mi się, że nie dojedziemy, że coś nas zatrzyma, szczególnie wtedy , kiedy umarła moja 8 letnia kuzynka. Biedna dziewczynka przetrwała Syberię, ale nie doczekała powrotu do kraju. Takich ludzi było wielu.
Jak już dotarliśmy do Polski, przeżyliśmy szok, bo rodacy potraktowali nas jak obcych, mówili: po co te ruskie tu przyjechali. Rzeczywiście byliśmy obdarci i wychudzeni, wyglądaliśmy koszmarnie. A to już był rok 46, ludzie zdążyli odetchnąć po wojnie, już nie było głodu, były kartki, ale niczego nie brakowało, dlatego widok tylu obdartusów mógł szokować.
Z transportu, w Poznaniu odebrała nas ciotka, bo ojciec był jeszcze leczony w Otwocku.
U cioci mieszkaliśmy dwa miesiące. Był to dla mnie okres zupełni zaskakujący, wszystko było dla mnie nowe, wychowywałam się w dziczy, więc np. piętrowy dom widziałam pierwszy raz.
Potem ojciec dostał przydział do sztabu w Krośnie nad Odrą, i tam nas zabrał , było to w maju 46 roku. Życie w Krośnie, po wegetacji w tajdze, to był dla nas istny luksus.
Miasto po jednej stronie Odry, było kompletnie zniszczone, ale po drugiej stronie rzeki, zachowało się na tyle, że można było tam otworzyć sklepiki, piekarnię . Mieszkaliśmy tam do końca 48 roku, później przenieśliśmy się do Zielonej Góry, i tam zapuściliśmy korzenie, mając nadzieje, że to co było, już się nie powtórzy….

EPILOG
Losy i wspomnienia sybiraków zależą od tego , gdzie kto został zesłany, czy do Kazachstanu, czy do gułagów, czy tak jak my, daleko do Tajgi. Jeśli ktoś chciałaby dowiedzieć się więcej na ten temat, poznać inne sybirackie historie, odsyłam do książki : „Syberiada” . Jej autorem jest mój wuj- Zbyszek Domino, a opisane losy, to autentyczne przeżycia naszych rodzin.

Wspomnienia spisała: Anna Skórkiewicz