Za kulisami igrzysk, czyli doping, afery i wielka polityka

0
Figure Skating Queen YUNA KIM by QUEEN YUNA, (CC BY-ND 2.0)

W koreańskim Pjongczangu sportowcy rozpoczynają właśnie walkę o medale XIII Zimowych Igrzysk Olimpijskich. Nie ma wśród nich reprezentantów Rosji, którą wykluczono z imprezy po ujawnieniu skali oszust dopingowych, jakich tamtejsi zawodnicy i działacze dopuścili się w ostatnich latach (zwłaszcza w trakcie igrzysk w Soczi).

Z pewnością ten skandal nie przysłuży się ruchowi olimpijskiemu. Choć z drugiej strony może nie ma się o co oburzać? Zaglądanie za kulisy igrzysk już dawno przestało być sympatycznym zajęciem. Prócz afer dopingowych często można tam znaleźć wielki biznes i politykę. Nieraz zresztą te elementy są ze sobą ściśle powiązane.

Klasyfikacja medalowa niczym PKB. Magia cyfr działa

Pierwszych sportowców zaczęto łapać na dopingu podczas olimpiad w latach 60-tych i 70-tych minionego wieku. Zaskoczenia raczej nie było. Już wcześniej podejrzewano, że sukcesy pewnych zawodników wynikają z czegoś więcej niźli tylko ciężkiego treningu. Gdy na igrzyskach w Montrealu (1976 r. ) pływaczki z NRD (Niemiec Wschodnich) zgarnęły 10 z 12 możliwych do zdobycia w zawodach pływackich złotych medali część obserwatorów zwróciła uwagę na fakt, że wiele z nich mówi tubalnym, zgoła mało męskim głosem. A że tego typu objawy występują przy zażywaniu sterydów anabolicznych, więc wszystko zaczęło układać się w logiczną całość. Zapytany o to trener NRD-owskich pływaczek nie zamierzał się jednak tłumaczyć.

– Przyjechaliśmy tu pływać, a nie śpiewać – stwierdził (kilkanaście lat później grupa NRD-owskich trenerów wydała jednak wspólne oświadczenie, w którym przyznali, że pływacy z tego kraju regularnie przyjmowali środki dopingujące).

To, że szprycowanie zawodników odbywało się pod okiem reprezentacyjnych trenerów i lekarzy wynikało (i nadal wynika) z tego, że sport już dawno przestał być indywidualną sprawą samych sportowców. Stał się sprawą państwową. Olimpijska klasyfikacja medalowa stała się swego rodzaju odpowiednikiem wskaźnika PKB w gospodarce, pokazującym siłę i znaczenie ujętych w tym zestawieniu państw. Co prawda Międzynarodowy Komitet Olimpijski już w 1952 r. wydał rezolucję stwierdzają, że  igrzyska „nie są, i nie mogą zostać, zawodami pomiędzy narodami, co byłoby całkowicie sprzeczne z duchem ruchu olimpijskiego i z pewnością doprowadziłoby do katastrofy”, ale tak wtedy, jak i dziś nikt się tym specjalnie nie przejmuje. Władze każdego z krajowych komitetów olimpijskich chcą wykazać się przed rządami swych krajów jak najwyższą lokatą reprezentacji w medalowej klasyfikacji igrzysk.

Hitler, Stalin i olimpijskie medale

Politycy szybko zorientowali się, że zarówno sprawna organizacja igrzysk, jak i sportowe sukcesy na nich osiągnięte są świetnym sposobem na zaprezentowanie światu swej potęgi. Pierwszym zresztą, który wcielił ten pomysł w życie był Adolf Hitler. Zorganizowane w 1936 r. igrzyska w Berlinie miały być (i były) organizacyjnym i sportowym sukcesem gospodarzy. Niemcy wygrali klasyfikację medalową, a goście zachwycali się wybudowanymi na tę okazję obiektami i technologicznymi nowinkami, co samo w sobie nie jest zarzutem. Niesmak mogła natomiast budzić otoczka, w jakiej odbywała się ta impreza. Wszechobecne flagi ze swastykami, masowe „sieg heil” po każdym sukcesie niemieckiego sportowca i wybiórcze gratulacje składane zwycięzcom przez fuhrera zamieniły sportowe widowiska w partyjny, nazistowski show. Aby im zresztą tego show nikt nie „ukradł” Niemcy zadbali o to, by ich zawodnicy w okresie poprzedzającym igrzyska mogli skoncentrować się  wyłącznie na treningach, co w czasach, gdy igrzyska były jeszcze zmaganiem amatorów, wcale nie było oczywistością. Jak stwierdził Hitler stworzenie „nowej elity sportowych wojowników” miało wzmocnić cały naród fizycznie i duchowo „w porównaniu z miękkimi i dekadenckimi zachodnimi demokracjami”.

„Lekcja” z Berlina była kontynuowana w okresie „zimnej wojny”, gdy ideologiczna walka między mocarstwami przeniosła się na olimpijskie stadiony. Kibiców oficjalnie nadal mamiono hasłami o tym, że liczy się sam udział, a nie zwycięstwo, ale faktycznie rzecz miała się dokładnie na odwrót.

– Kiedy zdecydowaliśmy się brać udział w międzynarodowych zawodach, byliśmy zmuszeni do zagwarantowania zwycięstw, inaczej „wolna” burżuazyjna prasa obrzuciłaby błotem cały nasz naród i naszych sportowców… Żeby uzyskać zgodę na wyjazd na międzynarodowe zawody, musiałem wysłać specjalną notę do Stalina, gwarantując zwycięstwo – wspominał później Nikołaj Romanow, przewodniczący Wszechzwiązkowego Komitetu ds. Kultury Fizycznej i Sportu Związku Radzieckiego.

Bijatyka, przesłuchanie, epitety – tak też kończyły się olimpijskie porażki

Konsekwencją takiego podejścia musiała stać się „hodowla mistrzów”. Bo skoro sportowy sukces ma być sposobem na pokazanie światu własnej potęgi, to metody jakimi ów sukces zostanie osiągnięty stają się sprawą wtórną. Zwycięzców wszak nikt nie sądzi. Gorzej z przegranymi. Po przegranej piłkarskiej drużyny ZSRR z ekipą Jugosławii w ćwierćfinale olimpijskiego turnieju w Helsinkach (1952 r.) trener Rosjan został w trybie pilnym wezwany do Moskwy, gdzie podczas nocnego przesłuchania musiał tłumaczyć się z przyczyn tej porażki. Dla radzieckich towarzyszy przegrana z reprezentacją kraju rządzonego przez skonfliktowanego ze Stalinem marszałka Tito była niewybaczalnym ciosem.

– Lepiej byłoby dla nas przegrać całe Igrzyska niż ulec Jugosławii – miał usłyszeć szkoleniowiec. Za porażkę odpowiedzieli też sami zawodnicy, z których większość na co dzień grała w zespole CSKA Moskwa. Drużynę tę rozwiązano, gdyż – jak uzasadniono – zawodnicy „przegrywając mecz z odrażającą kliką Tito pohańbili nie tylko siebie, ale także cały naród radziecki”.

Podobnych pojedynków „z drugim dnem” było na olimpiadach sporo. Zarówno w konfrontacji wschodu z zachodem (jak w 1972, gdy w olimpijskim finale w Monachium koszykarska drużyna Związku Radzieckiego pokonała USA, bądź gdy na zimowych igrzyskach w Lake Placid amerykańscy hokeiści pokonali w półfinale ZSRR), jak też w ramach oficjalnie „bratniego” obozu socjalistycznego (swoje do udowodnienia mieli na igrzyskach w 1968 r. zawodnicy Czechosłowacji po tym jak wojska Układu Warszawskiego dokonały interwencji w ich kraju). Aby była pełna jasność – propagandowym wydźwiękiem takich meczów zainteresowani byli nie tylko działacze partyjni po wschodniej stronie „żelaznej kurtyny”. Po zwycięskim meczu w Lake Placid amerykańskich hokeistów zaprosił na spotkanie prezydent USA Jimmy Carter, nazywając ich górnolotnie „współczesnymi amerykańskimi bohaterami”.

Polityczne starcia na olimpiadach nie zawsze zresztą ograniczały się do boju o medale. Czasem bój o medale był tylko okazję do… boju na pięści. Tak stało się w półfinałowym spotkaniu w piłce wodnej na olimpiadzie w Melbourne (1956 r.). Naprzeciwko siebie stanęły tam reprezentacje Węgier i ZSRR. Wiadomo było, że to będzie mecz z podtekstem. Armia Czerwona dopiero co zakończyła  interwencję na Węgrzech. W walkach zginęło ok. 2500 Węgrów, wielu trafiło do więzień i poddanych zostało represjom. Trudno się dziwić, że w tej sytuacji pokonanie radzieckiej drużyny było dla węgierskich zawodników sprawą honoru. I pokonali. Rosjanom tymczasem pod koniec meczu zaczęły puszczać nerwy. Ich brutalne zagrania rozwścieczyły widownię, która i bez tego trzymała z Węgrami. Skończyło się na tym, że aby uniknąć linczu ze strony publiczności rosyjska ekipa przerwała dalszą grę i w policyjnej eskorcie opuściła pływalnię.

Tym drużynom dziękujemy, czyli kto i za co wyleciał z igrzysk?

Tematem na osobną powieść jest to jak za kulisami igrzysk decydowano o tym, kto może, a kto nie może na nich w ogóle wystąpić. Decyzję o wykluczeniu Rosji z tegorocznej zimowej olimpiady trudno uznać za bezprecedensową. Bezprecedensowe jest co najwyżej jej uzasadnienie (doping) i fakt, że dotknęła ona tak liczącego się w polityce międzynarodowej gracza.

Po zakończeniu I wojny światowej z igrzysk „karnie” wykluczone zostały na pewien czas Niemcy (aż na dwie olimpiady), Austria, Węgry, Turcja i Bułgaria, czyli państwa, które miały pecha znaleźć się w obozie pokonanych. Historia powtórzyła się w 1948 r. w Londynie, gdy w rywalizacji o medale zabrakło reprezentantów Niemiec i Japonii. Koszmar II wojny światowej był jeszcze zbyt świeży, by przejść do porządku nad obecnością obu tych drużyn.

Przed rozpoczęciem zimowej olimpiady w Innsbrucku, a następnie letniej w Tokio (1964) MKOL wykluczył udziału w imprezie Republikę Południowej Afryki, uzasadniając to prowadzoną w tym kraju rasistowską polityką apartheidu. Osiem lat później niemal tuż przed samym rozpoczęciem IO w Monachium wycofano zaproszenie dla Rodezji, ustępując w ten sposób pod presją koalicji państw afrykańskich, które zagroziły bojkotem igrzysk jeśli pojawi się tam reprezentacja kraju, w którym funkcjonuje segregacja rasowa.

W bliższych nam czasach „szlaban” na udział w igrzyskach dostali w 1992 Serbowie i Czarnogórcy. W tym przypadku był to efekt sankcji nałożonych przez ONZ po wybuchu wojny w byłej Jugosławii (ponurym symbolem tamtej tragedii stał się fakt, że olimpijski stadion z zimowych igrzysk w Sarajewie spełniał w czasie wojny funkcję cmentarza). Serbowie i Czarnogórcy mogli w Barcelonie wystąpić jedynie pod flagą olimpijską i bez jakichkolwiek narodowych emblematów na strojach. W razie zwycięstwa dekoracja miała odbywać się przy dźwiękach hymnu olimpijskiego. Czyli dokładnie tak jak w Pjongczangu będzie miało miejsce w przypadku sportowców z Rosji.

Przygotowując materiał korzystałem z książki W.A. Minkiewicza „Olimpijska gorączka” oraz M.M.Kobiereckiego „Sportowa wojna światowa”