Za, a nawet przeciw, czyli Wyspiarze w Zjednoczonej Europie

0
brexit, cameron, wielka brytanaia, ue, za i przeciw,
brexit, cameron, wielka brytanaia, ue, za i przeciw,

Najbliższe trzy miesiące zadecydują o przyszłości Wielkiej Brytanii. Tyle czasu ma premier David Cameron i zwolennicy pozostania w strukturach Unii Europejskiej na przekonanie mieszkańców Wyspy do tego, by 23 czerwca powiedzieli „nie” Brexitowi.

Z polskiej perspektywy cała ta sytuacja może się wydawać niezrozumiała, by nie powiedzieć zgoła absurdalna. Przy wszystkich naszych zastrzeżeniach względem Wspólnoty, żartów na temat unijnych biurokratów określających krzywiznę banana i całkiem poważnego sprzeciwu wobec niektórych kierunków prowadzonej przez Brukselę polityki pomysł opuszczenia Unii w polskiej debacie publicznej jest praktycznie nieobecny.

Entuzjazm, który nam towarzyszył w maju 2004 roku już dawno gdzieś uleciał, ale wciąż towarzyszy nam przekonanie, że wówczas dokonał się pewien akt dziejowej sprawiedliwości. Ot, po prostu należało się nam i głupio byłoby teraz chcieć to przekreślić. A poza tym – i to jest jeszcze bardziej istotne – chłodna kalkulacja i zwykła interesowność (powiedzmy sobie wprost: w Unii najbardziej lubimy dotacje) każą nam trwać pod parasolem Brukseli.

Dlaczego w sens takiego trwania wątpią Brytyjczycy? Błędem byłoby rozpatrywanie antyunijnych tendencji na Wyspach w kategorii nieracjonalnego, emocjonalnego focha, urażonej dumy, czy dziecięcego „nie, bo nie”. Po prostu Wyspiarze nigdy nie byli wielkimi entuzjastami Unii. Oni nie mieli kompleksu ponad 40 lat za żelazną kurtyną. Oni nie musieli nikomu udowadniać, że są w Europie. Po co więc wstępowali do Wspólnoty?

Zapytaliśmy o to prof. Pawła Hanczewskiego, historyka z Wydziału Politologii i Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, który specjalizuje się w dziejach Wielkiej Brytanii.

Po co Brytyjczycy wstąpili do Unii? I jakie nastroje temu towarzyszyły?
– Dla Brytyjczyków EWG (Europejska Wspólnota Gospodarcza, pod taką nazwą funkcjonowała do roku 1992) wydawała się szansą na pokonanie ówczesnych problemów gospodarczych. Z jednej strony liczyli, że gospodarka skorzysta na otwarciu się na konkurencję, z drugiej natomiast, że uda się dzięki temu utrzymać model Wielkiej Brytanii jako „państwa dobrobytu”. I o nic innego im nie chodziło. A już tym bardziej o jakąś polityczną integrację z krajami kontynentalnej Europy. Premier Edward Heath zapewniał Brytyjczyków, że ten krok nie ma nic wspólnego z polityką.

Dodajmy, że Edward Heath to nie pierwszy premier, który usiłował wprowadzić Wielką Brytanię do Unii Europejskiej.
– Tak, takie próby trwały od początku lat 60-tych. Zostały podjęte przez rząd konserwatystów, przy sprzeciwie Partii Pracy, ale wobec sprzeciwu Francji rządzonej przez generała de Gaulle’a nic z tego nie wyszło.

Czemu de Gaulle zawetował wejście Wielkiej Brytanii do EWG?
– Uznał, że Wielka Brytania będzie we Wspólnocie „konie trojańskim” Stanów Zjednoczonych. Zresztą problemy gospodarcze Wielkiej Brytanii też nie przemawiały na jej korzyść.

Po zmianie opcji rządzącej Brytyjczycy spróbowali raz jeszcze.
– Kolejną próbę wprowadzenia Wielkiej Brytanii do EWG podjął labourzystowski premier Harold Wilson, choć trzeba pamiętać, że podjął negocjacje wbrew dużej części swojego gabinetu. Przy czym jego motywacje były dokładnie takie same jak w przypadku rządu konserwatystów. Miał nadzieję, że akces do EWG poprawi sytuację gospodarczą Wielkiej Brytanii. Także ta próba napotkała na veto Francji i ostatecznie dopiero trzecia tura negocjacji doprowadziła do tego, że w styczniu 1972 roku podpisano traktat akcesyjny. Rok później Wielka Brytania stała się członkiem EWG.

Francja już nie miała siły blokować Brytyjczyków?
– To była zupełnie inna sytuacja. We Francji prezydentem nie był już de Gaulle, a sama Francja utraciła w ramach EWG dominującą pozycję względem Niemieckiej Republiki Federalnej.

Czy wejście do UE spełniło nadzieje Brytyjczyków?
– Mieli pecha, bo akurat w 1973 roku rozpoczął się światowy kryzys paliwowy. Ceny ropy w ciągu kilku miesięcy poszły w górę o 400 procent. Towarzyszył temu wzrost inflacji i recesja na olbrzymią skalę. Szybko się więc okazało, że członkostwo w EWG nie jest przepisem na sukces. W takiej właśnie atmosferze odbyło się referendum dotyczące brytyjskiego członkostwa we Wspólnocie.

Taka kolejność może się wydawać zupełnie bez sensu. W przypadku Polski najpierw odbyło się referendum, a potem dopiero wstępowaliśmy do Unii, a tutaj najpierw kraj dokonuje akcesu do EWG, a potem dopiero społeczeństwo dostaje szansę wyrażenia swojego zdania? Wygląda to tak jakby rząd podjął decyzję o wstąpieniu do EWG nie mając do tego społecznego mandatu.
– To wynika z tego, że Brytyjczycy generalnie bardzo niechętnie sięgają po taki instrument jak referendum. Wychodzą z założenia, że to parlament sprawuje władzę i nic nie powinno ograniczać parlamentu. Warto pamiętać, że referendum unijne z roku 1975 było pierwszym w całej historii Wielkiej Brytanii.

Po co więc było je w ogóle organizować?
– Rząd Harolda Wilsona wykorzystał je jako instrument nacisku EWG, aby więcej dostać od Wspólnoty. Czyli zachował się dokładnie tak jak teraz zachowuje się premier Cameron.

Co chciał wtedy ugrać brytyjski rząd?
– Poszło o pieniądze. Wielka Brytania była w EWG drugim płatnikiem, ale dostawała w zamian bardzo mało, bo w tym czasie pieniądze z EWG szły w dużej mierze na politykę rolną, z czego akurat korzystały inne kraje Wspólnoty. Brytyjczycy zaczęli więc negocjować z EW podnosząc argument: płacimy tak dużo, a dostajemy tak mało.

Poskutkowało?
– Tak. Pojawiły się zmiany w dystrybucji pieniędzy w EGW i Wielka Brytania stała się największym – zaraz za Włochami – beneficjentem ówczesnego odpowiednika dzisiejszego Funduszu Rozwoju Regionalnego. A wówczas premier Wilson mógł, podobnie jak to teraz czyni Cameron, namawiać Brytyjczyków do głosowania na „tak” mówiąc: uzyskaliśmy lepsze warunki.

Brytyjczycy dali się przekonać?
Tak. Zdecydowana większość – ponad 67,23 procent głosujących – opowiedziała się za obecnością Wielkiej Brytanii w EWG. Jedynie na Szetlandach i Hybrydach wygrali przeciwnicy akcesji.

Brytyjczycy powiedzieli więc „tak” EWG, ale wydaje się, że w praktyce nie chcieli funkcjonować na takich samych zasadach jak pozostałe kraje Wspólnoty.
Cały czas szło głównie o pieniądze. Odkąd w 1979 premierem została Margaret Thatcher, to ciągle walczyła z EWG o pieniądze aż w końcu udało się jej wywalczyć tzw. rabat brytyjski (upust w składce płaconej do budżetu Wspólnoty – przyp. red.), który funkcjonuje aż do dziś. W drugiej połowie lat 80-tych do spornych kwestii finansowych doszła jeszcze sprawa, którą można umownie określić jako „jaka powinna być Europa”. To był wyraz obawy przed integracją polityczną w ramach EWG. Brytyjczycy zadawali sobie zadawać pytanie, czy w imię członkostwa w EWG warto rezygnować z systemu politycznego, który funkcjonuje u nich od setek lat, a którego podstawową zasadą jest zasada suwerenności parlamentu.

Uznali, że Wspólnota wtrąca się im w wewnętrzne sprawy kraju?
W połowie lat 80-tych premier Thatcher przeprowadziła radykalną restrukturyzację brytyjskiego górnictwa. Aby to jednak mogło się stać musiała najpierw wygrać ze związkami zawodowymi, które ogłosiły strajk. I kiedy już miała to za sobą, na zjazd brytyjskich związków zawodowych przyjechał Jacques Delors (przez trzy kadencje pełnił funkcję przewodniczącego Komisji Europejskiej – przyp. red.) i ogłosił, że Komisja zmusi Wielką Brytanię do przyjęcia bardziej prospołecznego prawodawstwa. Premier Thatcher po prostu się wściekła. Nie po to z takim trudem forsowała swoje reformy, by teraz EWG je odkręcała. Najpełniej dała wyraz swym przekonaniom w słynnym przemówieniu, jakie wygłosiła we wrześniu 1988 roku w Brugii zdecydowanie przeciwstawiając się wizji Europy kierowanej przez „eurokratów”. Pewne jego elementy zostały później na stałe przejęte przez eurosceptyków.

Tymczasem następca Margaret Thatcher – premier John Major – doprowadził do ratyfikacji przez Wielką Brytanię traktatu z Maastricht, który uważany jest za jeden z kluczowych kroków na drodze do politycznej integracji Europy.
Owszem, ale przypominam, że ratyfikację w parlamencie uzyskał dopiero przy drugim podejściu, kiedy połączył to głosowanie z głosowaniem votum zaufania dla rządu. Pierwszego dnia parlament odrzucił bowiem wniosek o ratyfikację traktatu.

Spoglądając na historię brytyjskiego członkostwa w Unii, czy wcześniej EWG, można więc stwierdzić, że poczynania premiera Camerona nie są niczym nadzwyczajnym.
Brytyjczycy zawsze mieli bardzo pragmatyczne podejście do tej sprawy. Oni nie urządzali marszów Schumana (francuski polityk Robert Schuman uważany jest za jednego z głównych twórców zjednoczonej Europy), ale siadali do stołu i mówili: jest interes do zrobienia. Oni mają bardzo racjonalne powody, by z dystansem patrzeć na Unię Europejską. My oczywiście nie musimy tych argumentów podzielać, ale musimy zrozumieć, że nie jest to jakaś ślepa, nieracjonalna niechęć.