Wyspy polskiej udręki

0

„28-letnia Polka w siódmym miesiącu ciąży urodziła dziecko w toalecie magazynu Sports Direct, w którym pracowała” – głosiły nagłówki brytyjskich gazet przed trzema laty. Historia kobiety z Shirebrook stała się swoistym symbolem wykorzystywania Polaków na Wyspach.

Imigrantka chciała porzucić własne dziecko! – grzmiał w typowym dla siebie tonie ”Daily Mirror”. W sukurs jednowymiarowej ocenie jej postawy przybywały inne tabloidy. Jak dowiodło później policyjne dochodzenie, kobieta bała się prosić o wolne w obawie przed utratą pracy. Po aresztowaniu wyznała, że w magazynie regularnie miały miejsce nadużycia i łamanie praw pracowników. Policja wszczęła śledztwo.

Mleko się rozlało

W Shirebrook dochodziło do całego szeregu machinacji – włącznie z molestowaniem seksualnym, nękaniem czy karaniem chociażby za zbyt długie przebywanie w toalecie. Opracowano tam też specjalny system nagan. Zatrudnieni dostawali kary za spóźnienia, prowadzenie rozmów podczas wykonywania pracy, a nawet wzięcie chorobowego.

Wydarzenia z Shirebrook zapoczątkowały złą passę Mike’a Ashleya, założyciela firmy, a jednocześnie właściciela piłkarskiego klubu Newcastle United. W ciągu roku wartość akcji Sports Direct spadła niemal o 40 proc., a sam Ashley znalazł się na cenzurowanym.

To, co miało miejsce w Sports Direct jest tylko wierzchołkiem góry lodowej, na której często tkwią  imigranci znad Wisły. Pod koniec 2013 r. policja w Glasgow uwolniła 12 Polaków trzymanych w niewoli i zmuszanych do katorżniczej pracy. W połowie 2016 r. służby działające w regionie West Midlands na zachodzie Anglii natrafiły na ślad 11 Polaków pracujących w sortowni śmieci za głodową stawkę 10 funtów dziennie. Mężczyźni spędzali w miejscu pracy po kilkanaście godzin. Dochodzenie dowiodło, że utrudniano im kontakt z otoczeniem, a niektórzy z nich regularnie sypiali na kartonach w jednej z sortowni. „Jednocześnie osoby, które wykorzystywały tych ludzi i ich słabości związane z alkoholem, prowadziły luksusowe życie, jeżdżąc po okolicy drogimi samochodami” – podkreślał prowadzący śledztwo Colin Mattison.

Poczucie wstydu i nieświadomość

Brytyjskie służby szacują, że w samej Wielkiej Brytanii ofiar współczesnego niewolnictwa może być nawet 13 tys. Rząd stara się ukrócić ten proceder. Rzecz w tym, że poszkodowani często nie są nawet świadomi tego, w jaki sposób  odbiera się ich prawa.

Wiele spośród osób, które padają ofiarą niewolnictwa, nie zna języka angielskiego lub posługuje się nim w sposób niewystarczający do tego, by skutecznie zawalczyć o swoje. Boją się, że policja nie zrozumie ich problemu, a ci którzy ich niewolą, zemszczą się za jakiekolwiek próby nawiązania kontaktu zewnętrznego.

Znane są również przypadki bezdomnych z Warszawy, dla których mieszkanie w przyczepie w Anglii i kilkunastogodzinna harówka za kilka funtów była opcją lepszą, niż zamarznięcie zimą na ulicy w Polsce.

Wreszcie – zdarza się również, że rodacy, którzy przyjechali na Wyspy, zwyczajnie wstydzą się powrotu do Polski. Wyjazd za granicę – zamiast drogą do sukcesu – okazał się być ich życiową porażką. Dla wszelkiego typu wyzyskiwaczy nic zaś nie stanowi lepszej pożywki od poczucia wstydu i słabości takich osób.

Sami sobie winni?

Polacy od początku masowej obecności na Wyspach dali się poznać jako pracownicy wyjątkowo solidni, nie bojący się fizycznego wysiłku, potrafiący sprostać wielu  niedogodnościom.

„Prawda jest taka, że gdybyśmy sami nie narzucili sobie na głowy tempa niemożliwego do utrzymania, nikt by od nas nie wymagał rzeczy nieosiągalnych” – mówi Daria, pracownica jednej z brytyjskich przetwórni drobiu. „Przez trzy lata pracowałam w tych zakładach. Polacy zawsze wybijali się przed szereg. Wyrabialiśmy 150-200 proc. normy. Nikt nic z tego nie miał, ale chodziło o pokazanie się superwizorom i innym Polakom.”

Faktem jest, że każdy medal ma dwie strony. Zdarza się, że nieprzyzwyczajeni do takiego wysiłku miejscowi zawistnym okiem spoglądają w naszą stronę. To zaś w oczywisty sposób budzi konflikty, w których – chociażby ze względu na językowe i kulturowe braki – z reguły stoimy na gorszych pozycjach.

Inna rzecz, że w wiele procederów dotyczących handlu żywym towarem czy wykorzystywania w pracy zamieszane są osoby polskiego pochodzenia. I tu jak bumerang wraca do nas magazyn Sports Direct w Shirebrook. Pod koniec stycznia br. bracia Erwin i Krystian Markowscy zostali skazani na 6 lat więzienia za sprowadzanie Polaków do określanej jako „niewolnicza” pracy w magazynach firmy.  Markowscy pozorując pomoc w założeniu konta, odbierali nowoprzybyłym dokumenty, ograniczali im kontakt ze światem zewnętrznym i grozili, że jeśli ich przypadkiem zainteresuje się policja, to właśnie poszkodowani odpowiedzą za podjęcie nielegalnej pracy.

Gdzie szukać pomocy?

Wyrwanie się ze spirali strachu i uzależnienia od osób, które wykorzystują naszą słabość, nie jest zadaniem łatwym. Trudne jest to szczególnie dla tych, którzy znaleźli się w obcym sobie kraju, często nie znając języka lub też znając tylko jego podstawy. Zdobycie się na odwagę jest jednak w takich sytuacjach kluczowe i stanowi nieraz jedyną możliwość wyrwania się z nich. Pomóc może zgłoszenie się pod nr 101 lub anonimowo do Crimestoppers pod 0800 555 111.

Krzysztof Mielnik-Kośmiderski