Magazyn Square

„W dzień gorącego lata”

„W dzień gorącego lata”

„W dzień gorącego lata”
Czerwiec 30
14:37 2017

„Potrzebuję tekstu” – usłyszałam od Naczelnej.

Nic dziwnego, nic nowego, poza tym, że ogarnęła mnie niemoc twórcza. Nijak nie mogłam wykrzesać z siebie pomysłu na artykuł. Głowę mam już na wakacjach, mentalnie mnie już tu nie ma. Błądzę myślami po kaszubskich lasach, wdycham zapachy tamtejszych pól i łąk. Stąd myśl, że pisząc artykuł na ten temat, jeszcze bardziej mogę zanurzyć się w lecie, w dodatku całkiem bezkarnie, w ramach zobowiązań, niniejszym więc przekuwam tę myśl w czyn.

Choć lato przychodzi do nas co roku, chyba nikomu innemu tak bardzo nie kojarzy się ono z przejściowym rajem jak dzieciom. Perspektywa odpoczynku od żmudnych i męczących obowiązków szkolnych, nieograniczona swoboda i słoneczna pogoda od zawsze dla każdego ucznia są wytęsknionym, wyczekanym i zasłużonym prezentem. Dla mnie – tej sprzed wielu lat – również tak było. Pojawianie się lata zauważałam zwykle nie po odrywanych kolejno kartkach z kalendarza, a po… zapachu. Ten specyficzny, nie do podrobienia, oszałamiający swoją wielobarwnością aromat rozkwitających drzew, krzewów, kwiatów od dziecka i już na zawsze będzie dla mnie jednym z najmilszych wspomnień. Ta woń opowiadała o ciężkiej pracy otaczającej mnie przyrody, jej pędzie do bujnego dorastania, dojrzewania, wydawania plonów. Był to niezbity dowód na to, że i w te wakacje pojadę do dziadków na wieś, w której czas zatrzymał się w miejscu.

W czasach mojego dzieciństwa (które zapewne teraz mocno idealizuję) najbardziej wyczekiwałam pory żniw. Tylko mnie jako najstarszej wnuczce w rodzinie dziadek pozwalał kierować Baśką – gospodarskim koniem. Zwożenie siana, snopków zboża, nawlekanie i suszenie tytoniu, pielenie w polu i ogrodzie, „podbieranie” za kosą, to wszystko były prace wykonywane ręcznie. Wstawaliśmy, skoro świt: dzieci, ciocie, wujkowie, stryjkowie, aby już około piątej rano być w polu. W południe pracować nie było można ze względu na panujący upał (Wyżyna Lubelska to jeden z najcieplejszych rejonów Polski). Zjeżdżaliśmy wtedy na obiad, by po kilku godzinach znów wrócić do dalszej pracy. Wracaliśmy brudni, odrapani, zmęczeni i głodni, by zaraz po kolacji zalec w łóżkach i wszystko to powtarzać przez kolejne dni. Nikomu nie groziła bezsenność. Usypialiśmy, zanim głowa opadła na poduszkę. Takiego zmęczenia i satysfakcji z pracy nie zaznałam już nigdy później.

Nigdzie już nie smakowały mi tak owoce i warzywa, bo te, które jedliśmy pochodziły z sadu i warzywniaka dziadków. Bez posmaku chemii, oprysków, pestycydów. Można się było nasycić samym zapachem, nie mówiąc już o tym, że dostępne były na wyciągnięcie ręki. Wystarczyło przejść się za dom, a po chwili wracało się z koszem pełnym witamin.

Wnucząt dziadkowie mieli dużo. Nie przypominam sobie jednak, by mieli z nami jakieś problemy wychowawcze. Byliśmy zbyt zmęczeni, by je stwarzać. Karnie stawaliśmy w rządku, z przygotowanymi kubkami, do których babcia wlewała mleko od krowy. Nikt nie miał alergii, jedliśmy wszystko co było podane na stół. Ja osobiście byłam wielokrotną zwyciężczynią w konkursie na największą ilość zjedzonych pierogów z truskawkami. I żadne z nas – wnucząt – nie miało problemów z otyłością.

Nigdy nie byłam na koloniach. Rzadko takie rarytasy przytrafiały się dzieciom mieszkającym na wsi. Była to jednak bardzo popularna forma wypoczynku wakacyjnego dla dzieci. Podobnie jak dziś, w tamtych czasach rodzice pracujący jakoś musieli sobie radzić z problemem wakacyjnej opieki nad swoimi latoroślami. Kolonie, obozy harcerskie, żeglarskie, wędrowne, funkcjonowały pełną parą. Czasy bez telefonów komórkowych, internetu i innych cudów techniki, sprawiały, że z takich wyjazdów często na pamiątkę pozostawały listy pisane z kolonii przez stęsknione (lub nie) dzieciaki. Często o treści „kochane pieniążki przyślijcie rodzice”. Uczyły te wyjazdy przede wszystkim samodzielności i zaradności. Socjalizowały, bo jakoś trzeba sobie było poradzić w grupie rówieśniczej bez natychmiastowej interwencji ze strony nadopiekuńczych rodziców. Produkowały nowe, chwilowe przyjaźnie i morze wspomnień. Czy to już przeszłość, która funkcjonuje tylko w pamięci mojego pokolenia i w albumach wypełnionych starymi fotografiami?

Otóż nie. Kolonie i obozy wszelkiego rodzaju funkcjonują do dziś w naszym kraju ojczystym. Jeśli macie Państwo kłopot z opieką nad potomstwem, a jest ono wystarczająco duże, żeby poradzić sobie z daleka od rodziców, to zachęcam do skorzystania z licznych ofert polskich organizatorów takich atrakcji. Ja sama już dwukrotnie wywiozłam moją Młodocianą po raz pierwszy na obóz konny, zaś rok temu „przypięłam” ją do obozu harcerskiego, wraz z jej najlepszą przyjaciółką z Polski. Każdy z nich był inny, diametralnie różne warunki pobytu, zupełnie odrębna formuła i stopień samodzielności dziecka, co nie zmienia faktu, że obydwa wyjazdy moja córka wspomina bardzo dobrze. Warto skorzystać z opinii przyjaciół i znajomych, którzy gdzieś już swoje pociechy wysyłali, zwiększa to prawdopodobieństwo „trafienia w dziesiątkę” zarówno co do formuły obozu, jak i naszych oczekiwań względem opieki nad dzieckiem. Nie do przecenienia jest również (jeśli oczywiście możemy sobie na to pozwolić) uzyskany w ten sposób czas wolny, który nam rodzicom słusznie się należy.

Taka forma spędzania wakacji wydaje mi się dużo ciekawsza niż zapełnianie wakacyjnego czasu dziecka kolejną grą, tabletem czy laptopem. To wręcz doskonała okazja, by oderwać nasze pociechy od cudów techniki na rzecz cudów natury. Istnieje szansa, że może chociaż na ten krótki czas pobędą tu i teraz, w realnej rzeczywistości, zauważą otaczającą nas przyrodę, drugiego człowieka, inną formę zabawy, niż tę wirtualną.

Wiem, że również w Wielkiej Brytanii istnieją tego typu inicjatywy. Warto poszukać „u wujka Google” tego typu rozwiązań na czas letni dla naszych dzieci. Nawet jeśli nie przypominają one już kolonii z naszego dzieciństwa, to w dalszym ciągu jest to niezła alternatywa dla zabieganych, zapracowanych rodziców, w przypadku, kiedy nie można poratować się dziadkami w Polsce lub całą rodziną spędzić dłuższego urlopu.

Gdyby można było podróżować w czasie, marzyłoby mi się przeniesienie się z moją Młodocianą choć na jeden dzień do moich wakacji, które Państwu opisałam. Nie jest to jednak możliwe, więc jedyne, co mogę zrobić, to opowiadać jej o tym, jak to kiedyś było. Takie historie, przekazywane z pokolenia na pokolenie powodują, że dawne czasy wciąż żyją, nawet jeśli tylko w ludzkiej pamięci.

Iza Mikos

Share

Powiązane Artykuły

Polub nas na FB

Krzyżówka Luty nr 14

Kursy walut

Kursy walut w eGospodarka.pl
Notowania
18-08-2017
Kurs
( PLN )
Zmiana
EUR 4,2826 + 0,67%
GBP 4,7049 + 0,67%
USD 3,6459 + 0,55%