Something went wrong with the connection!

Magazyn Square

Twórczość dumna nienadęta…

Twórczość dumna nienadęta…

Twórczość dumna nienadęta…
Styczeń 24
15:47 2017

Patriotyzm. Słowo klucz. Przez jednych wielbione, przez innych traktowane z pobłażaniem, z oka przymrużeniem. Dla mnie patriotyzm to codzienność. Dla wielu Szkotów również, dla artystów szczególnie. Symbole i rocznice są ważne, ale można przecież kochać ojczyznę bez patetycznego zacięcia, po prostu tak.

Styczeń dla Szkotów ważny jest z co najmniej dwóch powodów. Pierwszy, to urodziny poety Roberta Burnsa, autora słynnej pieśni „Auld Lang Syne”, drugi bardziej współczesny, to festiwal Celtic Connections. Te dwa wydarzenia są pretekstem, aby pokazać swoją odrębność, ale bez patetycznego zacięcia właśnie. W dzień urodzin Burnsa Szkoci, owszem, spotykają się, aby recytować wiersze najsłynniejszego poety, ale wieczorem zasiadają wspólnie do kolacji, biesiadują przy narodowych potrawach, piją whisky, bawią się i tańczą. Święto to jest tak bardzo popularne, że tego dnia stolik w restauracji trzeba rezerwować z dużym wyprzedzeniem. Nieznający tej tradycji zagraniczni turyści wieczór 25 stycznia często, zamiast w gustownej restauracji, kończą w barze z chińszczyzną.

Celtic Connections to największy w Wielkiej Brytanii festiwal muzyki celtyckiej. Ale czymże muzyka celtycka jest, co to właściwie znaczy? Pojęcie jest bardzo płynne, a definicja niełatwa, można jednak założyć, że gatunek ten wywodzi się z tradycji muzycznej narodów celtyckich. Bardziej obrazowo rzecz ujmując, jest to rodzaj muzyki folkowej, wykorzystujący często tradycyjne instrumenty takie jak: akordeon, dudy, harfa, buzuki. Trudno ująć w kilku słowach tak obszerny wątek, zainteresowanych tematem zapraszam na stronę: www.celticconnections.com.

Artykuł z założenia ma być o dumnych szkotach, artystach, w których twórczości znaleźć można wątki związane z ojczyzną. Wspomniany przed chwilą Celtic Connections jest dobrym  przykładem, ale przecież nie tylko w muzyce folkowej, czy celtyckiej odnaleźć można elementy ze Szkocją związane.

Rok 2014, Glasgow, ceremonia otwarcia Igrzysk Commonwealth, na scenie Amy MacDonald i Rod Stewart wykonują wspólnie „Rhythm of My Heart”. Rod Stewart, wierny kibic Celticu Glasgow, o czym wspomina na przykład w piosence „You’re in My Heart”, Szkotem wprawdzie nie jest (urodził się w północnym Londynie), ale ma silne szkockie korzenie. Jego rodzice byli Szkotami. Artysta wielokrotnie powtarza, że jest bardzo emocjonalnie związany z krajem swoich przodków. Szkocki akcent Amy MacDonald wychwyci od razu każdy, kto choć trochę  na północy Wielkiej Brytanii pobył. W występach na wielkich arenach artystka ma wprawę. I nie mówię tu o koncertach, bo to dla piosenkarki chleb powszedni. Mam na myśli stadiony i mecze piłkarskie, na których Amy pojawia się regularnie, i to niekoniecznie w roli kibica, choć ogląda mecze, bo jej partner jest piłkarzem. Artystka dumnie wspiera szkocką reprezentację, często przed meczami na stadionie Hampden Park śpiewa „Flower of Scotland” – nieoficjalny hymn narodowy. Interesujący to widok, zobaczyć drobną dziewczynę, której wtóruje kilkadziesiąt tysięcy bojowo nastawionych szkockich kibiców.

Ciekawe, że jak na razie, muzyka zawsze łączy się z futbolem. Tak będzie i tym razem. „Sunshine on Leith” – pieśń wykrzykiwana na meczach przez kibiców Hibernian F.C., którego, na marginesie, wiernym fanem był ojciec Roda Stewarta, stworzyli dwaj bracia Charlie i Craig, znani szerzej światu jako The Proclaimers. Niedbający za bardzo o wygląd na scenie artyści potrafią porwać tłumy, nie tylko w Szkocji, choć przede wszystkim tam wielbieni są najbardziej. Nie chcę się nikomu narazić, ale w moim rankingu, to właśnie The Proclaimers są muzycznymi szkockimi artystami, w których twórczości przywiązanie do ojczyzny widać najbardziej. Piosenka to krótka opowieść, kilkuminutowa historia zawarta w paru zwrotkach, z pointą, nie zawsze szczęśliwą. „Letter From America” – niewesoły utwór o emigracji – Charlie i Craig popełnili w 1987 roku. Refren to właściwie krótka lekcja geografii, artyści wymieniają w nim rożne miejsca w Szkocji. Miejsca te nie były wybrane przypadkowo, to regiony, które gospodarczo kulały, w których nie było pracy, perspektyw na dostatnie życie. The Proclaimers śpiewają o Szkocji nie tylko ciepło, potrafią zauważyć problemy społeczne. Pisząc o tym duecie, nie mogę na zakończenie nie wspomnieć o ich największym przeboju „I’m Gonna Be (500 Miles)”. Jest o miłości, wprawdzie nie do ojczyzny tylko, jak większość piosenek, do kobiety. Utwór niezbyt skomplikowany, zarówno w warstwie melodycznej, jak i tekstowej, ale prostota nie odbija się wcale na jakości. Zwykle piosenki o miłości są smutne, bo miłość zazwyczaj w tych utworach jest niespełniona. „I’m Gonna Be” to pełne entuzjazmu wyznanie zakochanego faceta, deklaracja dozgonnej miłości. Jeśli lubicie takie klimaty, to koniecznie sięgnijcie po film, a właściwie musical „Sunshine on Leith”, w którym piosenki The Proclaimers tworzą spójną fabułę.

Polaków w Wielkiej Brytanii jest całkiem sporo, zadomowiliśmy się tutaj na dobre. Wtopiliśmy się w społeczeństwo, jesteśmy jego częścią, artystyczną również. Kilka lat temu w Edynburgu w Royal Scottish Academy of Art & Architecture zaprezentowano wystawę „Tu/Teraz”. Kilkorga polskich artystów poruszyło temat migracji, zjawiska coraz bardziej powszechnego we współczesnym świecie. Najczęściej opuszczamy rodzinne strony w poszukiwaniu lepszego bytu, głównie materialnego. Często jednak, podejmując decyzję o wyjeździe, nie kierujemy się tylko aspektem finansowym. Możliwość rozwoju, poszerzanie wiedzy, większa swoboda i tolerancja, to równie ważne powody, dla których wyruszamy w nieznane. Później musimy się jakoś odnaleźć w nowej ojczyźnie, zintegrować, stać się jej częścią. Między innymi o tym była ta wystawa. No dobrze, powiecie, wystawa wystawą, artystyczne wizje może są i ciekawe, ale jak to się ma do rzeczywistości, czy można tak na całego wtopić się w nowe otoczenie, stać się jego częścią i być z tego dumnym? Myślę, że da się. Pamiętacie serial „Dom”. Jedną z głównych ról grał w nim Tomasz Borkowy. Aktor w 1982 roku wyemigrował do Londynu. Na początku uczył się języka angielskiego i pracował na budowie. Skąd my to znamy? Z czasem zaczął wracać do zawodu. Najpierw był inspicjentem w londyńskim teatrze, później znów zaczął grywać w filmach i reżyserował spektakle. Siedemnaście lat temu założył firmę produkującą spektakle teatralne i zaczął prowadzić teatry festiwalowe. Jego firma Universal Arts od lat współorganizuje Fringe –  największy na świecie festiwal teatralny. Nie muszę chyba dodawać, że Tomasz Borkowy jest ze Szkocją związany bardzo mocno. Ma żonę Szkotkę, spełnia się artystycznie, a Edynburg, w którym mieszka, przypomina mu ukochany Kraków. Czego chcieć więcej?

Odnoszę wrażenie, że polscy artyści, jak piszą piosenki, których bohaterami lub współbohaterami jest ojczyzna, to zawsze polityczny kontekst musi dominować. Nie mówię, że należy tylko wychwalać piękne łąki lub tworzyć pieśni ku chwale ojczyzny, ale mnie taki patriotyzm bojowy nie musi się podobać. I nie podoba się, choć zdaję sobie sprawę, że jakąś rolę pełni. W Szkocji nie zauważam takiej walecznej twórczości, nie mówię, że jej nie ma, ale z pewnością nie dominuje, nie narzuca się. Między innymi za to lubię ten kraj. Wielokrotnie wspominałem, że Szkoci są dumni bardzo, na każdym kroku podkreślają swoją niezależność i przywiązanie do ojczyzny, ale częściej robią to z uśmiechem na ustach, niż z szabelką w dłoni. I widać to również w sztuce.

Adam Kurp

Share

Powiązane Artykuły

Polub nas na FB

Krzyżówka Luty nr 14

Kursy walut

Kursy walut w eGospodarka.pl
Notowania
23-10-2017
Kurs
( PLN )
Zmiana
EUR 4,2359 - 0,22%
GBP 4,7520 + 0,63%
USD 3,6061 + 0,26%