Tam do kata, czyli jak to Wyspiarze na śmierć skazywali

0

Pomimo, że Wielką Brytanię uważa się (słusznie zresztą) za miejsce narodzin europejskiego parlamentaryzmu i swobód obywatelskich, kara śmierci została tu zniesiona raptem 50 lat temu, a szubienicę prewencyjnie utrzymywano w stanie gotowości do lat 90-tych minionego stulecia.

Nim jednak Wyspiarze odesłali kata na emeryturę dostarczyli mu wiele okazji do wykazania swych umiejętności w praktyce, a lista oddanych w jego ręce skazańców naprawdę robi wrażenie. Powiedzmy sobie wprost: w porównaniu z nimi „klienci” naszych polskich katów, to nic nie znaczące „płotki”. Przykłady?

Jedno porządne cięcie i już Anglia nie ma króla

Karol I Stuart – z bożej łaski król Anglii, Szkocji, Irlandii stanął na szafocie przy londyńskim pałacu Whitehall 30 stycznia 1649 roku. Kat postarał się, by monarcha niepotrzebnie nie cierpiał. Ściął mu głowę jednym cięciem topora, co świadczyło o tym, że zadania podjął się najwyższej klasy fachowiec. Najwyraźniej nie miał jednak ochoty, aby jego nazwisko wiązano z królewską egzekucją, gdyż choć zgodnie z tradycją podniósł uciętą głowę i okazał oglądającym widowisko gapiom, to tym razem nie wypowiedział zwyczajowych w takiej sytuacji słów „oto jest głowa zdrajcy”. A że (jak to kat) był zamaskowany, więc do dziś dnia nie wiemy, kim był człowiek, który wyprawił angielskiego monarchę na tamten świat. Wiadomo, że najbardziej w owym czasie rozchwytywany londyński kat, czyli Richard Brandon odmówił podjęcia się tego zlecenia, choć obiecywano mu wypłacić 200 funtów. Być może żądza pieniądza ostatecznie zwyciężyła i zmienił zdanie, a może fuchę przejął któryś z kilku innych, pracujących w ówczesnym Londynie, katów. Na tą zagadkę nie znamy odpowiedzi.

Egzekucja króla była zwieńczeniem trwającego od niemal ćwierć wieku konfliktu z parlamentem. Konfliktu, w którym główną rolę odgrywały pieniądze i religia (król drenował kieszenie poddanych wysokimi podatkami, a równocześnie próbował ręcznego sterowania kościołem nie stroniąc od represji wobec oponentów), a który w roku 1642 doprowadził do wybuchu wojny domowej. Jej początek nie zapowiadał jeszcze tak tragicznego końca monarchy, ale gdy zreformowana przez Olivera Cromwella armia parlamentu kilkakrotnie rozbiła królewskie wojska, a Szkoci za obietnicę wypłaty zaległego żołdu wydali Karola przedstawicielom parlamentu, jego los spoczął w rękach poddanych. I choć król odmówił uczestnictwa w procesie uznając, że byłoby to ujmą dla jego majestatu, to nie powstrzymało to biegu wypadków. Powołana przez parlament komisja uznała go za ”tyrana, zdrajcę i wroga ludu”, skazując równocześnie na karę śmierci. Egzekucja nastąpiła trzy dni po ogłoszeniu wyroku. Ciało monarchy pochowano w St. George’s Chapel w Windsorze.

Wszyscy kochamy Marię, której życie skończyło się na szafocie

Karol I Stuart był pierwszym i ostatnim zarazem królem Anglii, skazanym przez własnych poddanych na śmierć – ale nie był jedynym monarchą wyprawionym na tamten świat przez angielskiego kata. Kilkadziesiąt lat wcześniej identyczny los spotkał… jego babcię, czyli Marię Stuart, słynną królową Szkotów. Rankiem 8 lutego 1587 roku w zamku Fotheringhay kat trzema uderzeniami topora zakończył życie władczyni.

O ile śmierć króla Karola pozostaje poza samą Anglią epizodem raczej mało znanym, to o ścięciu Marii Stuart słyszeli chyba wszyscy. Po jej tragiczne losy chętnie sięgali pisarze, dramaturdzy i filmowcy, często kreując ją na ofiarę zawiści swej kuzynki, królowej Elżbiety.

Wysłana na szafot monarchini jawi się zwykle jako nieszczęśliwa, szamocząca się ze swymi emocjami kobieta, więc czysto po ludzku jej współczujemy – nie pamiętając, że jej fatalne w skutkach uwięzienie w Anglii rozpoczęło się po tym, jak poddani wygnali ją ze Szkocji i że nikt nigdy do końca nie wyjaśnił jej roli w śmierci męża, Henryka Stuarta (lorda Darnley).

Rzadko można usłyszeć, że pretekst do wysłania jej na szafot dostarczyła sama, prowadząc nierozważnie korespondencję z zapalczywym angielskim szlachcicem, któremu marzyło się obalenie królowej Elżbiety (czy trzeba dodawać, że listy Marii były kontrolowane przez ówczesne angielskie „służby specjalne”).

Henryk VIII: w ręce kata oddawał nie tylko swe żony

Podobnie jak Maria Stuart, do popkultury przeszły też żony Henryka VIII. Ów monarcha zmieniał żony jak rękawiczki, przy czym rękawiczki mają tę przewagę, że nie grozi im spotkanie z katem. A królewskie małżonki już takiej pewności mieć nie mogły.

Na szafocie zakończyła swoje życie Anna Boleyn i Katarzyna Howard. Obu zarzucono cudzołóstwo, co w owym czasie traktowane było jak zdrada stanu, bo w razie zajścia w ciąże mogło prowadzić do kłopotów z ustaleniem prawa do sukcesji.

Już los tej pierwszej pokazał, że król Henryk zdolny jest do.. wszystkiego. To przecież dla pięknej Anny (matki późniejszej królowej Elżbiety) unieważnił swe poprzednie małżeństwo, doprowadzając w efekcie do międzynarodowego skandalu, izolacji Anglii w Europie, a przede wszystkim zerwania z Kościołem Katolickim. Nie zawahał się też wysłać na szafot przeciwników tej rewolucji (w ręce kata trafił m.in. kardynał Jan Fisher oraz królewski kanclerz i znany myśliciel Tomasz More). Gdy jednak czar nowej królowej prysł, a co gorsza nie dała mu upragnionego syna, wówczas bez większych oporów pozbył się jej.

Dziś dość powszechnie uważa się, że dowody zdrady królowej zostały sfabrykowane. Trudno ocenić na ile król w nie wierzył, a na ile było mu to już wtedy obojętne. Faktem natomiast jest, że niespełna dwa tygodnie po egzekucji w Tower monarcha poślubił Jane Seymur.

Ostatni wyrok wykonano w epoce Beatlesów i Jamesa Bonda

Choć ze względu na rangę wyprawianych na tamten świat skazańców, złotymi czasami dla angielskich katów może jawić się (pewnie słusznie) XVI i XVII wiek, to w kolejnych latach nadal mieli ono sporo pracy. Tylko między rokiem 1735 a 1799 w Anglii, Szkocji i Walii wykonano blisko 6700 wyroków śmierci. W następnym stuleciu ta liczba spadła do nieco ponad 3800 skazańców, ale nadal katalog przestępstw, za które można było trafić na szafot , był nader rozległy.

Zresztą, co tu dużo mówić – prawdziwy rekordzista wśród angielskich katów działał nie w epoce lorda Cromwella, czy króla Henryka VIII, ale w połowie XX wieku! Albert Pierrepoint, ostatni przedstawiciel tej profesji noszący tytuł Naczelnego Kata Zjednoczonego Królestwa między rokiem 1932 a 1956 powiesił 450 osób. Faktem jest, że statystyki mocno podciągnęły mu wykonywane po II wojnie światowej wyroki na zbrodniarzach hitlerowskich, ale i tak taka liczba musi robić wrażenie.

W czasie kiedy Pierrepoint śrubował swój rekord, publiczne egzekucje i odcinanie głów od dawna były już przeszłością (zakazano ich w połowie XIX stulecia). Coraz częściej podnosiły się także głosy, aby definitywnie odejść od stosowania tego wymiaru kary, na co niemały wpływ miały ujawniane pomyłki sądowe. Jedna z nich kosztowała życie Timothy’ego Evansa, 26-letniego kierowcę ciężarówki, skazanego w 1950 roku na śmierć za zabójstwo swej żony i córki. Trzy lata po wykonaniu egzekucji okazało się, że mordercą był ktoś inny. Błąd śledczych kosztował życie niewinnego człowieka.

Rankiem 13 sierpnia 1964 roku – kilka tygodni po tym jak The Beatles wydali płytę „A hard day’s night” i niewiele ponad miesiąc przed wejściem na ekrany kin trzeciej części przygód Jamesa Bonda – w więzieniach w Liverpoolu i Manchesterze wykonano dwa ostatnie w Wielkiej Brytanii wyroki śmierci. Rok później parlament podjął decyzję o zawieszeniu na 5 lat wykonywania kary śmierci za morderstwo, zaś w roku 1969 przedłużył bezterminowo to moratorium.

W ciągu kolejnych 29 lat lista przestępstw, za które można było trafić na stryczek była systematycznie ograniczana (zniknęła z niej m.in. zdrada stanu oraz… piractwo), by w roku 1998 kara śmierci definitywnie zniknęła z brytyjskiego kodeksu karnego (jedynym wyjątkiem pozostają pewne przestępstwa popełnione w czasie wojny). I – jak łatwo się domyślić – taki stan rzeczy bynajmniej nie wszystkim się podoba. Wielu wciąż tęskni za katem…

Autor: Krzysztof Kruk

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułDruga strona lustra – światło
Następny artykułMoja droga