Tajemnice Ordonki

0

Z postacią Hanki Ordonówny i z jedną z piosenek, które śpiewała, zetknąłem się bardzo wcześnie. W naszym leśnym domu w czasie wojny, wuj Antoni Żuliński siadał wieczorami do fortepianu, na kto rym grał oraz śpiewał ─ najczęściej swoje kompozycje. Często słyszałem tango „To przecież nic”. Żuliński był moim krewnym i nazywaliśmy go w rodzinie „wujem”. Był spokrewniony zarówno z moim ojcem, jak z matką, z domu Szymanowską. Był krakowskim aktorem i kompozytorem. Współpracował z wielkimi reżyserami, aktorami i dyrektorami teatrów, takimi jak Juliusz Osterwa, Leopold Kielanowski czy Mieczysław Kotlarczyk,

pisząc dla nich muzykę do przedstawień. Wuj Antoni poznał Hankę Ordonównę w Krakowie, gdy występowała w Teatrze im. J. Słowackiego. Zaprosiła go na wakacje pałacu w Ornianach, gdzie spędzała lato ze swym mężem Michałem Tyszkiewiczem. Tam Wuj Antoni napisał dla niej owo nostalgiczne, nastrojowe tango „To przecież nic”. Słuchałem go wiele razy. Zapadło mi mocno w pamięć . Pamiętam nawet okładkę zeszytu nutowego na wieku fortepianu z fotografią pociągłej twarzy kobiecej. Wuj Antoni opowiadał wiele o Ordonce. Na przykład, we trójkę z nią i panem Michałem wywoływali duchy ─ takie zabawy były wtedy modne w sferach artystycznych dwudziestolecia międzywojennego. Po raz drugi zetknąłem się ze śpiewaniem Ordonki, gdy pojawiła się w naszych rozmowach z Marią Nowotarską i Agatą Pilitowską. Słuchałem jej piosenek z płyt i w Internecie. Doszliśmy do wniosku, że dobrze ją będzie włączyć do galerii wielkich Polek-emigrantek, którą tworzyliśmy wspólnie od lat, dodając postać Ordonki do Heleny Modrzejewskiej, Marii Skłodowskiej-Curie, Tamary Łempickiej, Poli Negri.

Wszystkie te kobiety, obok walorów ducha i ogromnych osiągnięć w swych dziedzinach, były ─ właśnie ─ emigrantkami. Opowiadanie o ich losach kierowane do publiczności złożonej w dużej części z emigrantów i to w różnych krajach stało się jednym z ważnych wątków pracy i repertuaru teatru prowadzonego w Toronto przez Marię i Agatę. Hanka Ordonówna nie była przez większość swego życia, tak jak inne bohaterki naszych przedstawień, emigrantką. Ale emigrantką się stała. Najpierw,
gdy została wywieziona przez Sowietów do obozu pracy w Kazachstanie a potem, gdy niestrudzenie śpiewała polskim żołnierzom walczącym poza granicami kraju, a wreszcie jako z ona polskiego dyplomaty, konsula prawowitego Rządu Polskiego, Michała Tyszkiewicza, który po II Wojnie Światowej nie mógł wrócić do swego kraju i musiał, i musiała ona, pozostać na emigracji. Na emigracji zmarła. Jako emigrantka, jako z ona polskiego dyplomaty, a na dodatek hrabiego oraz jako uosobienie wolnej Polski lat międzywojennych była przez lata wykres lana z historii polskiej sztuki przez komunistycznych cenzorów. Dopiero w wolnej ponownie Polsce, jej pamięć ─ oraz wielu innych ─ mogła być przywrócona. Przypominając ją, wypełniamy podejmowane od dziesięcioleci zadanie emigracji: nie pozwalać zerwać nici narodowej tradycji, podtrzymywać pamięć. Ordonówna należy do samego rdzenia tradycji polskiej sztuki i kultury czasu Polski wolnej i Polski walczącej. Najpierw była uosobieniem swobodnego stylu życia, śpiewała o miłości, dostarczała rozrywki i wzruszeń widzom kabaretów i teatrów. Pod wpływem wojny i przeżytych cierpień dojrzała wewnętrznie. Dokonała się w niej wielka i zasadnicza przemiana duchowa oraz zmiana hierarchii wartości. Od pozycji i stylu życia wielkiej gwiazdy, uwielbianej i zbierającej hołdy, całkowicie skoncentrowanej na sobie i swych występach, doszła do podjęcia swoim życiem i swoją sztuką służby ─ służby narodowej. W latach wojny śpiewała przede wszystkim dla polskich żołnierzy (armii generała Andersa), opiekowała się polskimi wygnańcami w Sowietach, ratowała polskie dzieci osierocone na nieludzkiej ziemi.

Autor tekstu: Kazimierz Braun