Święto piłki w atmosferze strachu i niepewności

0
uefa, francja 2016, terroryzm, ataki, euro 2016,
uefa, francja 2016, terroryzm, ataki, euro 2016,

Kibice odliczają już dni do rozpoczęcia Euro 2016. Szykują się na wielkie piłkarskie emocje i… boją się. Bo też jeszcze nigdy w historii futbolu (ba, całego nowożytnego sportu) żadnej wielkiej imprezie nie towarzyszyły równie wielkie obawy o jej bezpieczny przebieg. I nie są to niestety obawy bezpodstawne.

Sport długo nie interesował terrorystów
Krwawe zamachy w Paryżu i Brukseli pokazały nam (a może tylko przypomniały), że terroryści są w stanie dosięgnąć nas wszędzie. Nawet w zachodnioeuropejskich stolicach. Nawet na strzeżonych lotniskach i salach koncertowych. Nikt nie ma najmniejszych wątpliwości, że wypchane po brzegi piłkarskie stadiony również są dla nich atrakcyjnym celem. Fakt, że wiosną pojawiły się medialne przecieki o możliwości rozgrywania spotkań Euro 2016 przy pustych trybunach, a mecz Belgia – Portugalia przeniesiony został z Brukseli do Leirii świadczy jak bardzo poważnie UEFA traktuje sytuację.
Francuskie służby bezpieczeństwa (zapewne nie tylko one) zostały postawione w stan gotowości. Jednostki antyterrorystyczne wzięły udział w ćwiczeniach, których scenariusz zakładał m.in. atak terrorystyczny na dworzec w Paryżu i stadion w Villeneuve-d’Ascq koło Lille. Mówi się o rygorystycznej kontroli kibiców i… zaangażowaniu snajperów. Trudno jednak uwierzyć, że uda się stworzyć szczelny kordon bezpieczeństwa wokół każdej strefy kibica i każdej kafejki, gdzie gromadzić się będą fani futbolu. Pozostaje mieć nadzieję, że służbom sprzyjać będzie szczęście i nikt niepowołany nie znajdzie luk w systemie.
Nie tak pewnie wyobrażali to sobie pomysłodawcy Pucharu Narodów Europy (zorganizowany w 1960 roku turniej po ośmiu latach przemianowany został na mistrzostwa Europy). Powiedzmy sobie jednak szczerze – obecna sytuacja i obecny strach jest zwieńczeniem procesu, który narastał od lat.
Faktem jest, że terroru do powojennej Europy nie przynieśli islamiści. Ochoczo sięgali po niego bojownicy katalońskiej ETA, Irlandzkiej Armii Republikańskiej, czy działającej w Niemczech Frakcji Czerwonej Armii (grupy Baader-Meinhof). Niewiele brakowało, by w zamachu terrorystycznym zginęła premier Wielkiej Brytanii Margaret Thatcher (mniej szczęścia miał premier Szwecji Olof Palme, zastrzelony w centrum Sztokholmu). Tyle, że celem ich ataków byli głównie politycy, żołnierze, policjanci i członkowie innych służb mundurowych, sędziowie i prokuratorzy. Owszem, wśród ofiar (zwłaszcza w Irlandii Północnej) byli też przypadkowi cywile, ale jednak zawody sportowe mogły liczyć na pewien „ochronny parasol”.

Organizacja „Czarny Wrzesień” atakuje w Monachium
Idylla prysła 5 września 1972 roku podczas letnich igrzysk w Monachium. Wtedy to palestyńscy terroryści z organizacji „Czarny Wrzesień” wdarli się do wioski olimpijskiej i zaatakowali kwatery zajmowane przez sportowców z Izraela. Na miejscu od kul zginął sztangista  Josef Romano i trener zapaśników Mosze Weinberg. Kolejnych dziewięć osób zostało wziętych jako zakładników (szczęściem w nieszczęściu części z przebywających w budynku sportowców udało się uciec). Napastnicy obiecali, że uwolnią ich jeśli Izrael wypuści z więzień ponad 200 przetrzymywanych tam Palestyńczyków, a RFN zwróci wolność liderom Frakcji Czerwonej Armii: Urlike Meinhof oraz Andreasowi Baaderowi. W razie nie niespełnienia tych żądań zakładników czekała śmierć.
Odpowiedź izraelskiego rządu była szybka, jednoznaczna i nie pozostawiająca żadnego pola do manewru: z terrorystami nie rozmawiamy. Rozmawiać skłonni byli za to Niemcy, którzy za wszelką cenę nie chcieli dopuścić, by zaledwie 27 lat po wojnie na niemieckiej ziemi doszło do masakry Izraelczyków. Terroryści nie chcieli jednak ani pieniędzy, ani wymiany wziętych do niewoli sportowców na niemieckich oficjeli (na zakładnika zaoferował się dobrowolnie Hans-Dietriech Genscher, ówczesny minister spraw wewnętrznych Republiki Federalnej Niemiec). Sytuacja coraz bardziej zaczęła zmierzać w stronę rozwiązania siłowego. Tyle, że niemieckie służby zupełnie nie były do niego przygotowane – w strukturach policji nie było jednostek specjalnych (utworzono je dopiero po wydarzeniach w Monachium), a przepisy nie pozwalały na użycie wojska w czasie pokoju.
Mimo wszystko – po kilkunastu godzinach bezskutecznych negocjacji i kilkukrotnym przesuwanie przez terrorystów terminu upływu ultimatum – do próby odbicia zakładników doszło. Wykorzystano fakt, że napastnicy zażądali samolotu, który miał przewieźć ich do Egiptu, gdzie – jak się spodziewali – mogłoby dojść do wymiany zakładników na palestyńskich więźniów (w rzeczywistości nie było szans na ziszczenie się takiego scenariusza, gdyż Izrael nie zmienił swego stanowiska, a Egipt nie dał pozwolenia na lądowanie samolotu na swoim terytorium). Pozornie przystano na tę propozycję, w rzeczywistości jednak na lotnisku zastawiono pułapkę. Przygotowując ją popełniono jednak mnóstwo błędów – niewłaściwie oszacowano liczbę napastników i w efekcie skierowano do ich wyeliminowania zbyt małą liczbę snajperów, którym w dodatku brakowało łączności i wsparcia. Nie udało się zaskoczyć terrorystów. Na lotnisku rozpętała się dwugodzinna strzelanina, w której zginęła większość bojowników Czarnego Września i wszyscy zakładnicy. Mimo tragedii igrzysk nie przerwano, ale sportowcy z Izraela wycofali się z uczestnictwa w dalszych zawodach i zaraz po uroczystościach żałobnych wrócili do domu.

Fanatyk detonuje bombę w parku olimpijskim
Po wydarzeniach w Monachium stało się jasnym, że sportowych aren nie można już uznać za miejsce wolne od aktów terroru. Wydarzenia z września 1972 roku znów stanęły wszystkim przed oczyma, kiedy 24 lata później (w lipcu 1996 roku), podczas letnich igrzysk w Atlancie w tamtejszym Parku Olimpijskim doszło do wybuchu bomby. W eksplozji ładunku, podłożonego przez Erica Roberta Rudolpha, zginął przypadkowy widz (na atak serca zmarł jeszcze operator tureckiej telewizji), a ponad setka odniosła rany. Zamachowiec, którego schwytano dopiero siedem lat później, dość mętnie tłumaczył, że atak miał na celu wprawić w zakłopotanie i postawić w niezręcznej sytuacji amerykański rząd sankcjonujący aborcję (napastnik później atakował jeszcze kliniki aborcyjne i bar dla lesbijek a same igrzyska są niczym innym jak wspieraną przez międzynarodowe korporacje promocją idei socjalizmu. W roku 2005 zamachowiec został poczwórnie skazany na karę dożywotniego więzienia.

Dżihadyści atakują stadiony i strefy kibica
Od czasu Atlanty na żadnej dużej imprezie sportowej o randze igrzysk, bądź mistrzostw świata, czy kontynentu nie doszło już do zamachu (aczkolwiek na kilka miesięcy przed olimpiadą w Atenach w greckiej stolicy zdetonowano kilka bomb). Nie oznacza to jednak, że sytuacja wróciła do stanu sprzed Monachium. Wręcz przeciwnie. Wraz z nową falą terroryzmu, jaki rozlał się na świecie z początkiem nowego stulecia sportowe areny, zawodnicy oraz fani coraz częściej stawali się celami terrorystów.
Najgorzej sytuacja wygląda w krajach Bliskiego Wschodu i Afryki, gdzie sport został uwikłany w toczącą się tam walkę polityczno – ideologiczną, prowadzoną głównie przez ugrupowania dżihadystów.
W styczniu 2010 roku autobus wiozący piłkarską reprezentację Togo został w rejonie granicy Kongo i Angoli ostrzelany z karabinów maszynowych. Od kul zginęły trzy osoby, m.in. asystent trenera. Do ataku przyznało się ugrupowanie o nazwie. Front Wyzwolenia Enklawy Kabindy. Gdy kilka miesięcy później, 11 lipca, rozgrywano finał piłkarskich mistrzostw świata w RPA dwóch zamachowców – samobójców spod znaku islamskiego Asz-Szabab wysadziło się w powietrze w stolicy Ugandy – Kampali. Do obu ataków doszło w wypełnionych kibicami restauracjach. Zginęło 70 osób, drugie tyle było rannych. Cztery lata później podobny scenariusz ziścił się w nigeryjskim mieście Damaturu – celem bombowego ataku stali się kibice oglądający na telebimie mecz MŚ w Brazylii. Bilans – 14 zabitych i ponad 20 rannych.
Notorycznie do ataków na sportowców dochodzi w Iraku. W marcu tego roku na stadionie piłkarskim w pobliżu Bagdadu zamachowiec – samobójca zdetonował ładunki wybuchowe zabijając blisko 30 osób, a ok. 60 raniąc. W Somalii i na terytoriach kontrolowanych przez Państwo Islamskie śmiertelne ryzyko stanowi już samo oglądanie futbolu (nie mówiąc o grze), gdyż islamscy fundamentaliści uznali ten sport za grzech, a „grzesznicy” karani są karą śmierci. Informacje o egzekucjach i zamachach co rusz trafiają na czołówki serwisów informacyjnych w całym świecie. I o to terrorystom chodzi. Skoro sport w mediach świetnie się sprzedaje, to jeszcze lepiej sprzedawać się będą newsy o tragediach na sportowych arenach. Zamachowcy dobrze to sobie skalkulowali. Nieprzypadkowo część z tych, którzy w listopadzie ubiegłego roku przeprowadzili ataki w Paryżu próbowała dostać się na stadion Stade de France, gdzie w tym czasie rozgrywany był pojedynek piłkarskich reprezentacji Francji i Niemiec.

 
Krzysztof Kruk