Rowerem w dobrym celu

0
rower, inicjatywy,
rower, inicjatywy,

Aldona Karolak – wolontariuszka w Domu Polskim im. Gen. W. Sikorskiego, założycielka Babskich Spraw :), to osoba, której trudno nie zapamiętać, zawsze uśmiechnięta, pełna energii i nowych pomysłów, w których lojalnie wspiera ją mąż Tomek, również zaangażowany w działalność charytatywną na rzecz Domu Polskiego w Glasgow.
Ta właśnie para wraz z czynnym udziałem Pani Prezes Izabeli Czekaj wpadła na pomysł, którego realizacji, jako że lubi wyzwania i sport, podjął się właśnie Pan Tomek.
Efektem tych zabiegów miała być zbiórka funduszy na rzecz Domu Polskiego im. Gen. Sikorskiego.
Zaczęło się od luźnej dyskusji na temat różnego rodzaju wyzwań, które podejmują np. celebryci, aby wesprzeć konkretne akcje lub instytucje.
Wtedy Aldonie przyszedł do głowy pomysł,że skoro Tomasz uwielbia jazdę na rowerze na długie dystanse, można by połączyć przyjemne z pożytecznym, i przejechać jakąś trasę w szczytnym celu. Projekt został zaakceptowany, pozostał tylko wybór trasy. Wszyscy zdecydowali, że Tomasz na trasie swojego przejazdu powinien przejechać jakieś ważne punkty związane z Polską, i tak narodził się pomysł od Mapy Szkocji, przez pomnik Misia Wojtka aż do Domu Polskiego 🙂
Jak powiedzieli, tak zrobili. Tomasz Karolak przejechał na rowerze od Mapa Scotland w Eddelston przez pomnik Misia Wojtka aż do Domu Polskiego. W sumie 120 km.
Na stronie justgiving jest założona akcja zbierania pieniędzy na remont Domu Polskiego.
https://crowdfunding.justgiving.com/The-Sikorski-Polish-Club
https://www.strava.com/activities/613201085

Chętnych prosimy o składanie datków, ponieważ gołym okiem widać, że Dom Polski faktycznie bardzo potrzebuje remontu. To wyjątkowe miejsce spotkań i wielu ciekawych wydarzeń, a otwarte i przeznaczone dla nas Polaków. Powinniśmy więc dbać o nie tak, aby nasza kultura i wartości narodowe mogły być kultywowane poprzez działalność Domu Polskiego, a dzieje się w nim sporo: Klub Historyczny, spotkania mam z dziećmi, Babskie Sprawy :), giełda rękodzieła, Euro 2016 :). Zapraszamy!

O wyprawie

Zaczęliśmy od Mapy Maczka około 09.30 w sobotę rano. Po zrobieniu kilku zdjęć i przygotowaniu roweru ruszam. Pierwsze 35 km, to jazda po drogach, najpierw dojazdówce z Penicuik do Edynburga a później przez miasto. Jest pochmurno i chłodno, pierwsze kilometry cechuje ten fajny entuzjazm, ściganie się z własnym cieniem na drodze. Ale przejechaniu nieco dłuższego dystansu, droga zaczyna być coraz mniej przyjemna, nie dość, że powoli pod górę to jeszcze asfalt jest bardzo chropowaty (tak chropowaty asfalt przeszkadza w jeździe). Po kilkunastu kilometrach dojeżdżam do większych podjazdów, ale zaraz po nich są fajne zjazdy, można się trochę rozpędzić, droga skręca w prawo, w lewo, znowu w prawo, trochę pod górę, jeszcze więcej w dół. Wydaje mi się, że jadę coraz szybciej, budynki z boku śmigają jeden za drugim. Chwila moment i już jestem przy pomniku Misia Wojtka. Łapię głębszy oddech i dopiero teraz czuję, że jest chłodno, więc trzeba ruszać zanim zrobi mi się za zimno. Uzupełniam wodę i w drogę. Dojeżdżam do początku Union Canal, a tam targ, ale bez przekupek, tylko z ciepłą kawą, bardzo kuszącą, ale nie ulegam pokusie, jadę dalej.
Umówiłem się z Aldoną w Linlithgow i wydawało mi się, że to jakieś 30km, wiec około półtorej godziny jazdy.
Przy kanale dużo spacerujących ludzi, co zdecydowanie spowalniało jazdę. Do tego stare mosty wybudowane kiedy jeszcze nie było szerokiej ścieżki. Wiec ścieżka miedzy mostami jest szeroka ale pod mostkami (których jest naprawdę dużo) jest bardzo wąska, tylko na jeden rower, wiec przed każdym mostkiem muszę zwolnić uważając żeby nie wylądować w kanale i nie zmienić wycieczki rowerowej w triathlon.
Kiedy zdaje się, że już gorzej być nie może, ścieżka robi się wąska też pomiędzy mostkami, a zamiast miłego asfalt jest coraz więcej kamieni, ubitej ziemi, a po chwili też błota. Rower miałem przygotowany na jazdę po asfalcie, wiec opony zaczynają się ślizgać i czuje się bardziej jak na kuligu niż rowerze.
Po około półtorej godziny meczącej jazdy dojeżdżam do asfaltu. To może oznaczać tylko jedno, w końcu dojeżdżam do Linlithgow. I dobrze, potrzebuje wody, coś zjeść, posiedzieć i chwile odpocząć. Ooooo, widzę kierunkowskaz. Znak jak wyrok – 16km do Linlithgow.
Zaraz za kierunkowskazem zaczyna się znowu to samo, wąska ścieżka, mostek, błoto, trochę kamieni, błoto, mostek, lasek. W miedzy czasie pojawiło się słońce i zaczęło robić się bardzo przyjemnie. Oprócz tego postanowiła odwiedzić mnie moja stara znajoma – alergia. Oczy swędzą, nos kręci, a nogi bolą – pełen czad!!!!
W końcu znowu dojeżdżam do asfaltu i widzę ze już przejechałem prawie 60km. Mija chwila zanim informacja od oczu przeleci do mózgu a on ją przetrawi. WOW, już połowa drogi, zaczynam mijać jakichś autochtonów z psami, spacerują sobie wzdłuż kanału uśmiechając się nawzajem, pozytywna atmosfera udziela się również mnie mi. Po chwili już jestem w Linlithgow. Zjadam kanapkę, pije wodę, napełniam zbiornik, sprawdzam mapę i do Falkirk Wheel mam tylko około 20 km.
Wsiadam na rower i chociaż znowu prześladują mnie mostki, to ścieżka już nie jest taka wąska, błota nie ma i jedzie się bardzo przyjemnie. Po godzinie jestem przy Falkirk Wheel. Tam zjadamy pizzę i ruszam, do przejechania zostało jeszcze 40km. Początek jest super, jedzie się szybko i przyjemnie. Zostało już tylko 35, 30, 25km. Pędzę ile mogę i nagle trafiam na ścianę, ścianę braku mocy. Jakbym nie pedałował to jadę wolno, zmęczony, patrzę na wyświetlacz 97km, 97.1km, 97.2km o matko!. Czuje się jakbym stał w miejscu, nogi pracują a rower stoi. Chwila przerwy i ruszam, jest trochę lepiej, łapie rytm, kilometr za kilometrem, już tylko dyszka, zaraz będę, ale co to, co to za piszczenie, zupełnie jakby uciekało skądś powie….o nie! Złapałem gumę. No dobra, zeskakuje z roweru, wyciągam zapas i już po 10 minutach znowu jestem w drodze. Zaraz zjeżdżam z kanału i powoli zaczynam rozpoznawać ulice, przejechałem już 114km, a zegarek pokazuje mi jeszcze tylko 5. Zaraz moment jak to 119, miało być 120!!!! Wiec pojadę tutaj prosto zamiast skręcić o i już widzę Kelvingrove, a chwilę potem wjeżdżam w uliczkę, przy której stoi Dom Polski, jest, dojechałem, no i wyszło 120km.