Ropa: szkocki sposób na bogactwo i niepodległość

0
Oil rigs, Cromarty Firth, Scotland, 18 April 2011 by Phillip Capper, (CC BY 2.0)

Ilekroć na forum publicznym pojawia się sprawa szkockiej niepodległości, tylekroć w ślad za tym rozpoczyna się dyskusja o ropie. To właśnie ona miałaby stać się „paliwem” zasilającym budżet rządu w Edynburgu. Wizja stworzenia drugiego Dubaju nad Morzem Północnym brzmi oczywiście bardzo kusząco, ale czy faktycznie są powody, aby w nią uwierzyć?

Z dna morza popłynęły już miliardy baryłek i miliardy funtów

W dyskusji nad „szkocką” stroną kluczowe są trzy aspekty tej sprawy: wielkość zasobów, opłacalność ich eksploatacji oraz prawa własności, czyli kwestia tego, do kogo owe złoża faktycznie należą. Sęk w tym, że żadnej z tych spraw nie sposób jednoznacznie rozstrzygnąć.

Od rozpoczęcia w 1967 r. eksploatacji złóż na obszarze Brytyjskiego Szelfu Kontynentalnego wydobyto stamtąd 43 miliardy baryłek tzw. ekwiwalentu ropy, zaś działające tam firmy z branży naftowej tytułem podatków zapłaciły ponad 330 miliardy funtów. Jak skwapliwie wyliczono 90 proc. tej kwoty pochodziło z eksploatacji złóż położonych na szkockich wodach terytorialnych.

Mimo prowadzonej od ponad pół wieku eksploatacji złoża ropy na Brytyjskim Szelfie Kontynentalnym dalekie są od wyczerpania. Według szacunków, opublikowanych w ubiegłorocznej edycji raportu Oil & Gas UK, pozostałe tam zasoby wynoszą od 10 do 20 miliardów baryłek, z czego mniej więcej połowę stanowią złoża już „namierzone”. Reszta ma się jakoby znajdować w złożach „prawdopodobnych” oraz „możliwych”, czyli – nazywając rzeczy po imieniu – tych, które dopiero trzeba będzie odkryć (przy czym nie ma absolutnie żadnej pewności, że faktycznie zostaną one odkryte).

Gdyby zatem utrzymać dotychczasowe tempo wydobycia, to surowca powinno wystarczyć na kilkanaście, może nawet na ponad dwadzieścia lat. A może nawet na dłużej, bo zdaniem części ekspertów podane powyżej wyliczenia są zbyt ostrożne i faktyczne zasoby ropy w szelfie wynoszą nawet 30 miliardów baryłek. Pytanie, czy w perspektywie ewentualnego budowania gospodarki narodowej zasoby surowcowe na ok. 20 lat to dużo, czy może raczej ciut za mało?

Podatki trafiają do Londynu. A mogłyby zostać w Edynburgu

W okresie poprzedzającym pierwsze szkockie referendum niepodległościowe w mediach pojawiły się informacje o tym, iż rząd w Edynburgu oszacował wartość pozostałych jeszcze złóż ropy na 1,5 biliona funtów. Brzmi imponująco, prawda?

Szacunki takie bazują na założeniu, że w razie ewentualnego usamodzielnienia Szkoci automatycznie staną się właścicielami całej ropy, która znajduje się w ich strefie Morza Północnego tak jak obecnie właścicielem tamtejszych złóż jest Wielka Brytania.

W aspekcie prawnym można założyć, że faktycznie tak by się stało – w przypadku takich surowców jak ropa naftowa, czy węgiel kamienny ich właścicielem jest państwo, które udziela koncesji na ich eksploatację, zadowalając się w zamian opłatami wnoszonymi przez koncesjonariuszy. Mówiąc krótko rząd w Edynburgu nie tyle sam zająłby się organizowaniem wydobycia ropy, co raczej przejąłby większość tych wpływów z podatków od eksploatacji złóż, które dzisiaj trafiają do Londynu. Jak znacząca byłaby to „większość”, to pewnie by się dopiero wyjaśniło przy dzieleniu położonych na Morzu Północnym złóż (pod koniec lat 90-tych w podobny sposób podzielono między Szkocję i resztę Wielkiej Brytanii tamtejsze łowiska). Jak zwykle przy takich okazjach nie obyłoby się bez długich negocjacji, każda ze stron próbowałaby zapewne nieco „przeciągnąć linę” na swoją stronę, więc w praktyce być może uwarunkowania geograficzne mogłyby się okazać niejedno kryterium podziału.

Oczywiście, nawet biorąc poprawkę na ten fakt gra (na pierwszy rzut oka) w dalszym ciągu wydaje się być warta świeczki, bo skoro od wydobycia 43 mld baryłek firmy zapłaciły w formie podatków ponad 330 miliardy funtów, to ile można będzie skasować od nich przy wydobyciu 10 – 20 mld baryłek?

Naftowe Eldorado odeszło w przeszłość. I nie wiadomo, czy kiedyś wróci

Tyle, że dobre czasy w branży naftowej się skończyło. W ciągu ostatnich kilku lat za sprawą łupkowej rewolucji w USA ceny ropy poszybowały gwałtownie w dół. W styczniu 2016 roku cena za jedną baryłkę spadła do poziomu 28 funtów – dla zarządzających firmami z sektora paliwowego, którzy pamiętali, że jeszcze na początku dekady ceny za baryłkę sięgały ok. 120 funtów, to musiało podziałać jak kubeł zimnej wody.

Skutki odwrócenia koniunktury branża naftowego odczuła bardzo boleśnie. Od 2013 roku inwestorzy konsekwentnie „dopłacają do interesu”. Tzw. free cash-flow, czyli to, co pozostaje po sfinansowaniu niezbędnych inwestycji oraz zapłaceniu podatków pozostaje… wartością ujemną. W latach 2014 – 2015 wyniósł po 4,2 mld funtów, rok później eksperci mieli nadzieję na ograniczenie deficytu do 2,7 mld funtów.

Za sprawą załamania na rynkach „po kieszeni” dostają jednak nie tylko producenci ropy. Skutki tej sytuacji ponoszą też państwa, które im udzielają koncesji na wydobycie. O ile jeszcze w roku podatkowym 2011/ 2012 same tylko wpływy podatkowe od eksploatacji „szkockich” złóż (zarówno ropy, jak i gazu) przekroczyły 10,5 mld funtów, to w kolejnych latach systematycznie i gwałtownie spadały, by w roku 2015 – 2016 sięgnąć zaledwie 151 mln funtów (w kolejnym roku miały wzrosnąć do 316 mln funtów). To oznacza spadek wpływów podatkowych o ponad 98 procent! Tak niskich wpływów tytułem wydobycia ropy i gazu gabinet Jej Królewskiej Mości nie notował od końca lat 70-tych ubiegłego wieku, gdy eksploatacja tych surowców dopiero raczkowała. Branża przestała już być kurą znoszącą złote jajka, której funkcjonowanie pozwala dofinansowywać inne sfery życia publicznego. Obecnie nie ma co liczyć na to, że za pieniądze nafciarzy uda się utrzymać np. rozbudowane programy socjalne. Owszem, zawsze można próbować dokręcić podatkową śrubę w nadziei na wyciśnięcie dodatkowych kilku funtów, ale grozi to tym, że dociskana w ten sposób „kura” zdechnie. Albo przeniesie się w bardziej przyjazne okolice.

Maleją wpływy, maleją też inwestycje. I koło się zamyka

Wyspiarzom – tym z Edynburga, i tym z Londynu – pozostaje zatem liczyć na to, że wróci koniunktura dla ropy. Tyle, że ani jedni, ani drudzy nie mają możliwości, by w jakikolwiek sposób wpłynąć na rozwój wypadków. Klucz do sytuacji na rynku leży bowiem za Atlantykiem, a w Stanach Zjednoczonych nie widać ochoty, by powstrzymać proces eksploatacji złóż łupkowych i zwiększania produkcji ropy pochodzącej z tego właśnie źródła. Branżowe media piszą o porażce krajów OPEC z Arabią Saudyjską na czele, a równie dobrze mogłyby to samo napisać o każdym innym kraju posiadającym „klasycznie eksploatowane” złoża ropy.

Nawet jednak zakładając, że „stare dobre czasy” kiedyś wrócą, to kwestią otwartą pozostaje w jakiej kondycji doczeka tego momentu branża naftowa. Kryzys w tym sektorze ma bowiem jeszcze jeden aspekt – dostępne zasoby ropy powoli będą się wyczerpywać i aby utrzymać poziom wydobycia trzeba będzie rozszerzyć eksploatację o kolejne złoża. To zaś wymaga inwestycji oraz pieniędzy. Tymczasem mniejsza opłacalność wydobycia w ostatnich kilku latach przekłada się na spadek kapitału inwestycyjnego oraz na ograniczanie przez firmy wydatków, także tych przeznaczonych na poszukiwania i oszacowanie nowych złóż. Jak podaje w swym raporcie Oil & Gas UK w roku 2015 odkryto ok. 150 mln baryłek ekwiwalentu ropy, co było najlepszym wynikiem od roku 2011, ale nadal niższym aniżeli wynosi średnia dla poprzedniej dekady. Warto pamiętać o tych danych w kontekście wszelkich spekulacji dotyczących skali „szkockich” złóż (przypomnijmy raz jeszcze, że większość z nich to te „prawdopodobne” i „możliwe”) i pojawiających się od czasu do czasu w mediach entuzjastycznych doniesień o odkryciu „gigantycznych” zasobów.

Autor: Krzysztof Kruk

Artykuł pochodzi z nowego numeru Magazynu Square.pl. W wersji drukowanej znajdziecie go w dobrych polskich sklepach Szkocji, w wersji online – TUTAJ.