Radomska – Mam wątpliwość! Wywiad z blogerką: matką, żoną i mega-kobietą

1
Radomska - mam wątpliwość. Fot. www.mamwatpliwosc.pl

Ola Radomska sama siebie określa jako książkowy przykład ekstrawertyczki, która pisze, bo musi, inaczej się udusi. Zupełnie i na śmierć. Z sarkazmu, refleksji, obserwacji lepi teksty i okrasza je lukrem z czarnego poczucia humoru albo gorzkim podsumowaniem. Pisała blogi na długo przed tym, zanim stało się to modne. Poza blogowaniem, zajmuje się mężem i błaganiem córki o sen. 

Jej blog – „Mam wątpliwość” zyskał ogromna popularność, a co za tym idzie – imponująca liczbę fanów. 

Jaka jest, każdy widzi, ale przy tym delikatnym wizerunku nie ściemnia, nie kreuje się na gwiazdę. Jest pyskata, ale i wrażliwa. Baba, która ogrania życie i bierze je takim, jakim ono jest… Zobaczcie sami. 

Anna Bator-Skórkiewicz: Opisz siebie. Jaka jesteś, czym się zajmujesz zawodowo, dokąd zmierzasz? 

Aleksandra Radomska:  Jestem Radomska. Tam, gdzie dopuszczano mnie do głosu, jakoś mimochodem zwracano się do mnie po nazwisku, a że w imieniu moim brakuje mi zdecydowanie tego ekspresyjnego „RRRR”, to korzystam.
Moje życie zawodowe to opowieść podchmielonego trolla z dużym poczuciem humoru. Robiłam różne rzeczy w różnych miejscach, zdobywając przede wszystkim kolejne stopnie wtajemniczenia w dziwieniu się, kolekcjonowaniu wątpliwości i nabieraniu pokory w kieszenie.

Na ten moment, cholera wie jak ulotny, mogę dziarsko stwierdzić, że to, o czym nie śniłam, stało się faktem – żyję z pisania. Może nie jak arystokratka, ale i tak dużo lepiej niż sądziłam, myśląc o swojej przyszłości 10 lat temu.

Pytanie o cele zawsze mnie nieco peszy, a jeszcze bardziej peszą mnie ludzie, którzy doskonale wiedzą, dokąd zmierzają, po co i jak to osiągną. Ja po kilkunastu zmarnowanych latach na „trzeba było wtedy postąpić inaczej”, a „teraz jeszcze nie jest wystarczająco dobrze, ale kiedy już stanie się XYZ, a ja zrobię GHJ to będzie” odpuszczam sobie takie dywagacje. Jestem tu i teraz. I jaram się parszywie wszystkim, co mnie spotyka. Jak ten wywiad na przykład. Ot, miła odskocznia po ciężkim i zupełnie niespektakularnym poniedziałku. 

Skąd pomysł i odwaga na prowadzenie video bloga? 

Nie nazwałabym tego odwagą. Żyjemy w dobie absurdalnego ekshibicjonizmu, sami pokazując ogromną część swojego życia, a także dupska w bikini. O wiele bardziej odsłaniałam się nieraz w tekstach. Forma czytana jest mniej groźna – z racji tego, że próg wejścia wyższy i żeby zranić, trzeba by było przeczytać, a Ci lubujący się w uwłaczaniu, najczęściej są za leniwi.

Nagrania to chyba naturalna konsekwencja tego, co robię. Kiedyś były konkursy recytatorskie i jasełka, potem wiersze, proza, następnie kilka blogów i… Doszłam do momentu, w którym chciałam spróbować dotrzeć do ludzi inaczej. Nieśmiało, późno i od niedawna, ale do wszystkiego trzeba dojrzeć. Dwa lata temu mogłabym nie udźwignąć tak dziarsko tego, z czym teraz – przy okazji nagrywania – się mierzę. 

Twój blog w kilka chwil stał się bardzo popularny. Czy zaskoczyła Cię ta sława? Jak to odbierasz? 

Jako fanka wątpliwości i wkładania kija w mrowiska zapytałabym przekornie, co to znaczy popularny i co o tym świadczy? Dziś popularny jest kilkusekundowy filmik o pijanym nastolatku, który je zupę albo taniec kota. Dociera do nas tyle bodźców, że trzeba mieć sporo szczęścia, żeby w sieci przebić się z tym, co się robi do czyjejś świadomości.

Ja zaczynałam blogować, kiedy blogowanie wymagało przede wszystkim determinacji i przekonania o tym, że ma się coś do powiedzenia. 6 lat temu blogi w Polsce dopiero się rodziły, a były to porody w bólach pełnych głupich żartów i przytyków. Potem bloga nagle miał niemal każdy, a następnie blogowanie transformowało w zarabianie i marketing.
Moje blogowanie liczy sobie sporo lat. Ma za sobą górki i dołki – nieraz myślałam, że nic cudowniejszego mnie nie spotka, albo że pora zwijać stragan. Miłość jest jednak silniejsza.

Od dawna mam swoje grono odbiorców, ale taki prawdziwy boom, wyrażany w zmianach liczbowych, nastąpił po odważeniu się na video. 15 000 fanów na FB gromadziłam mozolnie przez kilka lat. Teraz z niedowierzaniem zerkam, że za chwilę będzie ich 55 000, a ten wzrost odnotowuję od wakacji! To zdumiewa, szokuje i bardzo cieszy, choć oczywiście liczby, które mnie wysadzają z kapci, u wielu blogerów są chlebem powszednim, albo zabawnym wspomnieniem początków ich drogi. 

Twoje najdziwniejsze zdarzenie związane z ludźmi, którzy Cię „śledzą” w internecie? 

Może nie najdziwniejsze, ale najpiękniejsze. Pewnego dnia wysłała do mnie maila niejaka Alicja. Wiadomość jak wiadomość, miła bardzo, ale… Alicja to zakonnica na misji chrześcijańskiej w Laare, a kto mnie czyta i czytał kilka lat temu ten wie, że daleko mi do świętości. Dostałam od Alicji masę ciepła. Wysłała do nas nawet swoją współpracownicę z Polski, a efektem tej przecudnej znajomości była… adopcja na odległość – chłopca z Laare, któremu przez ponad rok fundowaliśmy szczepionki, jedzenie, szkołę, ubrania. Razem z moimi czytelnikami adoptowaliśmy tak 42 dzieciaków i mam gdzieś na drugim końcu świata swoją małą klasę „Mam Wątpliwość”

Inne cuda to gdy pomagałam mojej podopiecznej z onkologii. Jeden z czytelników zabrał Magdę z mamą na wakacje, inny pomagał kłaść płytki w mieszkaniu, które dla nich wywalczyliśmy… Ot, sporo małych-wielkich cudów doświadczyłam dzięki tej wirtualnej rzeczywistości.

Bywa oczywiście mniej radośnie i dziwnie – kiedy ktoś chce mi szyć szalik albo dodaje anonimowe komentarze, w których opisuje moje rzekome przeżycia. Jednak miłych zdarzeń jest zdecydowanie więcej. 

Masz jakieś autorytety w swoim życiu, również te z przestrzeni wirtualnej? 

Nie stawiam raczej ludziom pomników, daję im możliwość bycia durnym wtedy, kiedy akurat nie zachwycają takich jak ja. Czubaszek, Tokarczuk, Bartoszewski, moje polonistki… Jest wiele osób, które naprawdę szanuję i które mnie inspirują w jakiejś dziedzinie. 

Czy jesteś otwarta na konstruktywną krytykę?

To egzotyczne, ale tak. Kiedy na 100 komentarzy trafi się niepozytywny, to czytam go wnikliwie. Nie po to, żeby się biczować, ale żeby nie tracić łączności z bazą i zachować czujność. W Stosie komplementów pewnie łatwo się rozpłynąć, ale ja za mocno stąpam po ziemi. Analizuję, czy krytyka jest zasadna, z czego może wynikać, czy mogę coś zmienić, co poszło nie tak… Wierzę, że autor ma pozytywne intencje. Zdecydowanie odróżniam krytykę od hejtu, który tak swobodnie został przyklejony do wszystkiego, co w sieci na nasz temat niewygodne.

Hejt ma za zadanie tylko zdeptać i zadać ból. Można go tylko ignorować.

Na Twoim blogu nie szczędzisz inwektyw. Wiele osób Cię za to krytykuje. Czy to wyraz Twojej osobowości – ekspresji, czy raczej narzędzie do podkreślenia tematu? 

Absolutnie się nie zgadzam z tym, że nieustająco „rzucam mięsem”, bo trąciłoby to patologią. Owszem, „kurwa mać” ma swoje honorowe miejsce w moim słowniku, ale słownik ten jest całkiem obszerny. Może niewłaściwie stawiam akcenty, a może to odbiorca skupia się na tym jednym aspekcie, ale uważam, że sprowadzenie mnie do poziomu babki od frywolnego języka to bolesne uproszczenie.

W tekstach wulgaryzmy mają raczej oddać naturalizm tego, co opisuję. W filmach są albo częścią konwencji albo wyrazem emocji. Ale serio – nie przesadzajmy, że ja tylko rzucam kurwami i nic innego nie potrafię sklecić, bo mnie to ukłuło, szczerze mówiąc. 

Czy tematyka poruszana przez Ciebie na blogu, to rzeczy, które Cię zwyczajnie wkurzają bądź poruszają? Czy też traktujesz swoje blogowanie jako swoistą misję społeczną lub kaganek oświaty dla społeczeństwa?  

Bloguję od tylu lat, że gdybym przyjęła określoną konwencję, to na pewno ta zdążyłaby się już wyczerpać. To moje miejsce w sieci i cudowna możliwość opisywania tego, co chcę – smutnego, zabawnego, ważnego lub durnego.

Zanim zostałam mamą, raczej unikałam tematów ważnych i poważnych. Skupiałam się na ironizowaniu i dowcipach. W którymś momencie zaczęło mnie to jednak ograniczać. Ludzie nie mogli uwierzyć, że ten bezprecedensowy troll chadza do hospicjum, ma do powiedzenia coś więcej i niekoniecznie chce rozbawić. Dziś ten dylemat to przeszłość. Mam to szczęście, że mogę sobie pozwolić zarówno na powagę, jak i na „robienie jaj”.

Co do tematów – zazwyczaj inspiruje mnie ta przyziemna, pospolita, niedoceniana i ignorowana codzienność. To uważam za swój atut. Niektórzy muszą pojechać do Włoch, by poczuć smak prawdziwej pizzy i nachapać się klimatem, a ja mrożonkę z dyskontu opisuję tak, że może nieba w gębie nie ma, ale za to dużo śmiechu i radochy. Celebruję sobie dni powszednie. Bawię słowami i zwykle temat tych zabaw jest dla mnie wtórny. No – chyba, że dotykam tego, co dla mnie ważne. 

Oglądając Twojego bloga można odnieść wrażenie, że jesteś damską szowinistką, jednak Twoje spostrzeżenia są boleśnie (dla facetów i niektórych naiwnych kobiet) trafne. Czy wobec tego głównymi Twoimi fankami są kobiety pogubione lub złe na podziały społeczne? 

A skąd ja mam wiedzieć? Coś tam mogę podejrzeć w Google Analytics – czy te oczy, które na mnie patrzą, to mają piersi poniżej brody i męża pod pachą – ale po pierwsze, nie sprawdzam, a po drugie, nie ma to dla mnie znaczenia. Domyślam się, że z racji częstotliwości poruszania tematów rodzicielskich (co jest raczej naturalne, bo rodzicielstwo zajmuje priorytetowe miejsce w moim życiu), sporo ze mną mamusiek, ale ja chcę właśnie uciekać od tych łatek.

Jestem mamą, co z tego? Nie wolno mi przeklinać, a mój świat to tylko córka? Nie! Jestem pyskata – ale czy to oznacza, że nie potrafię się wzruszać za sprawą drobiazgów? Jestem babą, ale czy muszę kojarzyć się tylko z makijażem, laktacją, urodą lub jej brakiem? No, nie… i dziękuję za to bardzo.

Myślę, że jak się tyle gada co ja, to się mówi tak, że można trafić w różne dziwne miejsca. Bardzo mnie to cieszy, że są ze mną faceci, bezdzietni, młode dziewuchy, dla których moje perypetie to na razie science-fiction. Są ze mną, bo mnie polubili i to wystarczy. Ja nie jestem opozycją, żeby się doszukiwać podstępów i różnic. Ja się po prostu świetnie bawię i ludzie lubią się bawić, wzruszać i wkurzać ze mną. 

Co Cię jara w blogowaniu, w innych blogach? 

Możliwość dzielenia się pasją, emocjami, spostrzeżeniami. Możliwość docierania do ludzi i zdobywania ich sympatii za to, kim się jest, co się ma do powiedzenia… a nie dzięki znajomościom, pieniądzom i nazwisku! To drugie jest dziś mocno naiwne, bo pozycję blogera w dużej mierze buduje teraz wykupiony zasięg i plecy, ale będę udawała, że wcale nie, bo pielęgnuję w sobie odrobinę naiwności. Z nią mi lżej, gdy w poniedziałki rano się wstaje do pracy. 

Olu, wprowadzasz w życie ludzi barwy, które na świecie są bezcenne… Dziękuję za rozmowę i życzę wytrwałości w tej misji. 

Czytelników zaś zapraszam do odwiedzenia bloga naszej bohaterki; www.mamwatpliwosc.pl 

Jeśli chcecie, aby Radomska na stałe zagościła na łamach magazynu Square.pl, piszcie komentarze na FB lub pod adres: redakcja@magazynsquare.pl 

Z Olą Radomską rozmawiała Anna Bator-Skórkiewicz

  • Adriana Krupa-Grylak

    Przeczytane! Jak każdy tekst Radomskiej :) 3 godziny ago