Polski flirt z atomem, czyli do trzech razy sztuka?

0

Rząd zawiesił projekt budowy pierwszej polskiej elektrowni atomowej. Powód? Pieniądze, a mówiąc ściślej ich brak. Pod koniec stycznia Minister Energii, Krzysztof Tchórzewski podczas rozmowy w RMF FM przyznał, że budżetu nie stać na taką inwestycję, a jeśli już trzeba (a trzeba) rozbudowywać moce polskiej energetyki, to bardziej się kalkuluje postawić na tradycyjne bloki węglowe.

Co prawda kilka tygodni później nieco zrewidował swoje stanowisko stwierdzając dyplomatycznie, że „zakłada” powstanie w Polsce elektrowni jądrowej (oficjalnie resort zapowiada, że do połowy roku opracowany zostanie nowy model finansowania tej inwestycji), lecz trudno rozstrzygnąć, która z tych wypowiedzi jest bliższa prawdy. Zwłaszcza, że – jak ujawniły branżowe media – z rządowej Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju zniknęły zapisy mówiące jednoznacznie o planie budowy dwóch elektrowni jądrowych, a na ich miejscu pojawiło się dość mgliste sformułowanie, że decyzja w tej sprawie zostanie podjęta na podstawie analiz… Ministerstwa Energii.

O dziwo, informacja o zamieszaniu z polskim programem atomowym przeszła bez większego echa (jeśli nie liczyć głosu dziennikarzy zajmujących się tematyką gospodarczą). Nie było politycznej awantury, jaką wywołało lex Szyszko, ani też wielotygodniowego wałkowania tematu, jak to miało miejsce w przypadku smogu. Zresztą nawet ci, którzy chętnie zabierali głos w obu tych sprawach tym razem jakoś zachowali zadziwiające milczenie. Czyżby nie dostrzegli związku między nimi? A może i tak nikt już nie wierzy w polski atom, więc ewentualne „zawieszenie” programu nikogo specjalnie nie zdziwi? A może po prostu boimy się energii jądrowej i wcale nie chcemy mieć u siebie elektrowni atomowej?

Czarnobyl solidnie nas przestraszył. Inni się go jednak nie bali

Faktem jest, że energia atomowa nie ma szczęścia do Polski. Choć może należałoby napisać, że to raczej Polska nie ma szczęścia do energii atomowej. Wszak za kilka tygodni minie 31 rocznica katastrofy w Czarnobylu. Najpoważniejszego – jak do tej pory –  wypadku w elektrowni atomowej na świecie. Wypadku, do którego doszło raptem kilkaset kilometrów od polskiej granicy, o którym zostaliśmy poinformowani o wiele za późno i na który wreszcie byliśmy kompletnie nieprzygotowani. Dla tych, którzy pamiętają wydarzenia z przełomu kwietnia i maja 1986 roku ich symbolem na zawsze już pozostanie płyn lugola „serwowany” uczniom przed 1-majowym pochodem, dowcipy o świecących się nocą grzybach, ale też całkiem realny strach przed skutkami napromieniowania (prawdziwa fala przerażenia jednak przeszła nad Ukrainą i Białorusią, czego efektem było masowo usuwanie ciąż przez mieszkające tam kobiety).

Wybuch w czarnobylskim reaktorze wstrząsnął światową opinią publiczną i… pierwszym polskim programem atomowym. Mimo zaawansowanych prac nad budową elektrowni jądrowej w Żarnowcu na Pomorzu (trwały już od roku 1982) i wydanych na ten cel ok. 2 miliardów dolarów inwestycję przerwano w roku 1990, a gotowe już reaktory wysłano na złom, bądź sprzedano (jeden trafił do Finlandii, gdzie służy do dziś dnia). Uznano, że zakład jest zbędny dla „wewnętrznego bilansu energetycznego”, potencjalnie nierentowny i… „niejednoznaczny” pod względem bezpieczeństwa. To, co dla rządu Tadeusza Mazowieckiego było „niejednoznaczne” dla protestujących przeciwko tej inwestycji ekologów i anarchistów było oczywiste. Pikiety, happeningi, blokowanie dróg dojazdowych do budowy – dla „zielonych” z lat 80-tych XX wieku batalia o Żarnowiec była tym, czym Rospuda 20 lat później.

Za sprawą wydarzeń z końcówki XX stulecia Polska jest zatem wolna od atomu (pomijając reaktory doświadczalne w Instytucie Badań Jądrowych w Świerku). Wolna w teorii, bo wszystkie sąsiadujące z nami kraje albo mają na swoim terytorium, albo planują wybudować (jak Białoruś oraz Litwa) elektrownie atomowe. Ba, instalacje jądrowe posiada w sumie niemal 20 państw Europy – w samej Wielkiej Brytanii czynnych jest 10 reaktorów, a rząd Jej Królewskiej Mości dał niedawno „zielone światło” do budowy nowej elektrowni, która stanie w Hinkley Point na terenie hrabstwa Somerstet. Tylko zresztą w odległości ok. 300 km od polskich granic można naliczyć 8 takich zakładów, co sprawia, że nawet jeśli uznać wszelkie fobie i lęki za racjonalnie uzasadnione, to równie racjonalnie trzeba przyznać, iż nasze „nie” dla atomu w kwestii naszego bezpieczeństwa niczego nie zmienia. Mówiąc wprost, jeśli w położonych u sąsiadów instalacjach coś się stanie, to my „jedziemy na tym samym wózku”, co mieszkańcy Ukrainy, Czech, Słowacji, czy Niemiec.

Dziś większość Polaków godzi się na atom. Najlepiej z dala od domu

Antyatomowe fobie zaczynają jednak powoli wygasać. O ile bowiem jeszcze w roku 2006 – według badań CBOS-u – aż 58 procent Polaków było przeciwnych budowie elektrowni jądrowej („za” był jedynie co czwarty), to w kolejnych latach układ sił systematycznie zmieniał się na korzyść zwolenników takiej inwestycji i już w roku 2009 odsetek popierających „polski atom” po raz pierwszy przewyższył odsetek jego przeciwników. Sytuacja gwałtownie zmieniła się w roku 2011, gdy znów ponad połowa respondentów zadeklarowała swój sprzeciw wobec ewentualnej budowy elektrowni jądrowej, ale najprawdopodobniej była to wyłącznie krótkotrwała reakcja na katastrofę w japońskiej Fukushimie (spowodowała ją fali tsunami, wywołana przez trzęsienie ziemi), gdyż już w roku 2015 liczba zwolenników ponownie przekroczyła 50 procent pytanych, a ostatnie badania, przeprowadzone na zlecenie Ministerstwa Energii, pokazały, że zielone światło dla takiej inwestycji gotowych byłoby dać 61 procent Polaków. To najwyższy poziom przyzwolenia w dotychczasowej historii polskiego flirtu z energią atomową.

Oczywiście entuzjazm względem wobec takiej inwestycji maleje wraz z odległością, która miałaby ją dzielić od naszego domu – wedle najnowszych, najbardziej optymistycznych sondaży na budowę elektrowni atomowej w pobliżu swojego miejsca zamieszkania zgodzić mogłoby się nie więcej niż 48 procent pytanych (to i tak znacznie więcej niż w roku 2011, bo wówczas taką możliwość dopuszczało zaledwie 28 proc. respondentów, a ponad 2/3 było zdecydowanie na „nie”). Nie bez przyczyny jedną z niewyjaśnionych do tej pory zagadek II edycji polskiego programu atomowego (obok źródeł jego finansowania) stanowi sama lokalizacja zakładu – z trzech wstępnie wytypowanych na początku dekady potencjalnych miejsc, gdzie mógłby on stanąć, po kolejnych kilku latach zawężono listę do dwóch „kandydatur” (Choczewo i Żarnowiec, obie miejscowości znajdują się w woj. pomorskim), ale mimo upływu lat ostatecznej decyzji do dziś nie podjęto.

Prądu będziemy potrzebowali coraz więcej. Skąd go zatem brać?

Skoro jednak nie atom, to co? Znaczna część pracujących obecnie elektrowni węglowych dożywa już swoich dni (w ciągu 7 lat wyłączonych z użytku ma zostać 17 bloków o łącznej mocy 2,4 GW), a tymczasem prognozy mówią, że zapotrzebowanie na energię elektryczną będzie systematycznie rosło (w roku 2030 ma być o 55 proc. wyższe niż było w roku 2006).

Można oczywiście uznać, że wystarczy uruchomić zakrojony na szeroką skalę program modernizacyjny, by uniknąć gigantycznego blackoutu, ale sprawa nie jest taka prosta. Unijna polityka klimatyczna coraz bardziej utrudnia bowiem produkcję energii z węgla i nie ma co liczyć na zmianę tej tendencji. Boleśnie przekonał się o tym niedawno minister Jan Szyszko, który w trakcie spotkania  rady ministrów środowiska państw UE nie zdołał zablokować niekorzystnych dla energetyki węglowej zmian w unijnym systemie pozwoleń na emisję CO2. Co gorsza (dla węgla) taka polityka przekłada się na kłopoty z finansowaniem konkretnych inwestycji. Do ich kredytowania nie palą się banki, a niedawno z listy potencjalnych projektów rządowych mających zabiegać o wsparcie w ramach planu Junckera wykreślono kilka przedsięwzięć uznając je za zbyt uciążliwe dla środowiska.

Pozostaje jeszcze „zielona energetyka”, choć w Polsce rozwój tego sektora odbywa się dość powoli. Tymczasem w Niemczech, które po katastrofie w Fukushimie zapowiedziały rezygnację z energii jądrowej do roku 2022, właśnie odnawialne źródła energii staną się podstawą funkcjonowania tamtejszej energetyki. Nasi zachodni sąsiedzi stawiają zwłaszcza na energię z wiatru. Nie tylko zresztą oni. W całej Europie przybywa wiatraków, a ich rosnącym znaczeniu dla gospodarki najlepiej świadczy fakt, że w ubiegłym roku ich moc po raz pierwszy przewyższyła moc elektrowni węglowych.

Krzysztof Kruk