Politycznie (nie)poprawne pytania pod choinkę

0
'its the season' by B Rosen 80/365 - (CC BY-ND 2.0)

Boże Narodzenie za pasem. Tradycyjnie będzie sobie składać życzenia i… Zaraz, zaraz… Jacy my? Chrześcijanie, Europejczycy czy mieszkańcy globalnej wioski? I z jakiej okazji będziemy sobie te życzenia składali? Na pamiątkę wydarzeń opisanych w Nowym Testamencie, czy może ku uciesze udającego św. Mikołaja grubasa z supermarketu?

A może właściwie sami już nie wiemy, co zamierzamy świętować? I czy w ogóle mamy jeszcze ochotę publicznie o tym dyskutować, czy może w imię politycznej poprawności lepiej nie stawiać takich pytań?

Boże Narodzenie to nie grudniowy piknik rodzinny

Powiedzieć, że tegoroczna przedświąteczna reklama brytyjskiego Tesco wywołała kontrowersje, to tyle, co nic nie powiedzieć. Fakt pojawienia się w niej pary gejów oraz zasiadających przy świątecznym stole osób w strojach jednoznacznie wskazujących na ich bliskowschodnie pochodzenie, wywołał falę internetowego hejtu.

Krytycy zarzucali koncernowi, że upolitycznia Boże Narodzenie i prowokacyjnie pytali, czy w ramach odwzajemnienia tego gestu do reklam poprzedzających muzułmańskie święto Eid  zostaną zaproszeni chrześcijanie. Można by zapytać: w czym problem? Skoro świątecznymi życzeniami wymieniają się osoby, które bardziej skłonne są wierzyć w czarnego kota niż w dogmaty wiary, czy zatwardziali ateiści, którzy jak rok długi omijają kościoły szerokim łukiem – to dlaczego celebrować Bożego Narodzenia nie mogliby również przedstawiciele innych religii?

Czy wpisana w te święta rodzinna atmosfera nie powinna być raczej zachętą do takiego właśnie „przerzucania mostów”? Rzecz w tym, że Boże Narodzenie nie jest świętem rodziny, jakimś grudniowym piknikiem. To, czym jest Boże Narodzenie w sposób jasny i nie pozostawiający wątpliwości tłumaczy jego nazwa. Czy się to komuś podoba, czy nie ma ono swoją konkretną genezę i umocowane jest w konkretnej tradycji oraz wspólnocie religijnej. I to członkowie tej wspólnoty powinni kształtować to, jak owe święto będzie przedstawiane.

I z tym chyba niektórzy mają problem. A przynajmniej takie można odnieść wrażenie.

Bo jak inaczej określić sytuację, gdy lokalny urzędnik nakazuje stosować termin „drzewko świąteczne” zamiast „drzewko bożonarodzeniowe”, by nie urażać uczuć innych społeczności (kierując się podobną logikę firma Cadbury usunęła w tym roku z wielkanocnych jajek słowo „Wielkanoc”). Tego typu rzeczy irytują. I to nawet osoby, których religijne zaangażowanie jest bliskie zeru. Nawet dla nich tego typu działania jawią się jako próba „wyprania” sfery życia publicznego z odniesień do rodzimej tradycji i wprowadzenia na to miejsce swoistej multikulturowej papki dla wszystkich. I właśnie w tych kategoriach wiele osób zapewne oceniło wspomnianą kampanię reklamową Tesco.

Polityczna poprawność paliwem dla radykałów

Kłopot sprawiają nie tylko symbole czy odniesienia religijne. W sierpniu tego roku Afura Hirsch, brytyjska pisarka o afrykańskich korzeniach (jej matka pochodzi z Ghany) wystąpiła z apelem, by zdemontować stojącą na Trafalgar Square statuę admirała Horatio Nelsona. Pogromcy napoleońskiej armady pisarka zarzuciła, że popierał niewolnictwo, a osoby z takimi poglądami nie zasługują na upamiętnienie we współczesnym Londynie. Myśl, że Anglicy mieliby strącić z cokołu swojego narodowego bohatera wydaje się, póki co niedorzeczna. Co nie oznacza bynajmniej, że sama dyskusja temat owego bohatera nie ma sensu. Postacie z pomników też podlegają ocenie i trzeba się liczyć z tym, że na światło dzienne mogą zostać wyciągnięte mniej chwalebne aspekty ich działalności.

Nie tylko przybysze z Czarnego Lądu mają prawo mieć mieszane uczucia spoglądając na postać admirała, tak samo zresztą jak mieszkający w Niemczech Polacy mogą z pewnym zakłopotaniem spoglądać na pomniki kanclerza Otto Bismarcka czy króla Fryderyka II. Tyle, że – i być może tu leży sedno problemu – w debacie publicznej winny obowiązywać równe zasady dla wszystkich. Przede wszystkim zaś wszyscy jej uczestnicy powinni mieć takie samo do przedstawiania faktów.

Tak się jednak nie dzieje. Wręcz przeciwnie, coraz wyraźniejsza staje się pewna nierównowaga. Bo oto z jednej strony można powiedzieć, że żyjący ponad 20 lat temu admirał Nelson bronił niewolnictwa, ale już o pakistańskich gangach gwałcicieli z Rotherham nie mówiono, choć jak ujawniły media z istnienia tego procederu zdawały sobie sprawę lokalne władze i policja. Sytuację bagatelizowano nie chcąc zadrażniać stosunków z miejscową społecznością muzułmańską. Uznano, że wytknięcie sprawców tych czynów może urazić całą resztę ich rodaków.

Tego typu stawianie sprawy jest szkodliwe dla debaty publicznej, bo czyni ją karykaturalną. W dobie mediów społecznościowych opinia publiczna wcześniej, czy później i tak pozna kulisy sprawy, utwierdzając się na dodatek w przekonaniu, że „elity” uczestniczą w jakimś mrocznym spisku mającym na celu manipulowanie społeczeństwem.

Paradoksalnie nie jest to również korzystne dla tych, których ta polityczna poprawność ma w założeniu chronić. Stosowanie jej bowiem w tak karykaturalnej postaci skutkuje tym, że coraz więcej osób odrzuca ją w ogóle. Powstaje swego rodzaju „drugi obieg informacji”, w którym jednostkowe przypadki pewnych zachowań są rozciągane na całą społeczność. Mówiąc krótko, zamiast wyciszać negatywne opinie i stereotypy polityczna poprawność je generuje dostarczając „paliwa” radykałom. Im więcej jej w mainstreamowym przekazie, tym więcej hejtu w tym drugim obiegu informacji.

Jednych wolno wskazywać palcami, a innych już nie. Przez to doszło do Brexitu?

Pomstowanie na polityczną poprawność z perspektywy przebywających na emigracji Polaków to oczywiście zabieg dość ryzykowny. Wszak jeszcze nie tak dawno w Niemczech ciągnęła się za nami opinia złodziei samochodów. Kilka lat temu burmistrz przygranicznego Guben postulował nawet przywrócenie wyrywkowych kontroli, by w ten sposób uprzykrzyć życie gangom samochodowych rabusiów. Rabusiów z Polski, żeby nie było wątpliwości. Tłumaczył, że jego propozycja nie jest politycznie poprawna, lecz na jej uzasadnienie przedstawił statystyki pokazujące jak po wejściu Polski do strefy Schengen gwałtownie wzrosły statystyki kradzieży. Pomysł burmistrza skrytykowały władze sąsiednich miasta, ale sondaż przeprowadzony przez lokalną telewizję pokazał, że sami mieszkańcy popierają ten pomysł. Sytuacja wygląda dziwnie znajomo, prawda?

Od tamtego czasu realia uległy jednak zasadniczej zmianie. Dzisiaj to nie my jesteśmy beneficjentami politycznej poprawności. Co więcej, można odnieść wrażenie, iż stajemy się jej ofiarami. Nie tylko w aspekcie retoryki i symboli, ale także w aspekcie ekonomicznym.

Widać to było chociażby w kontekście Brexitu. Do opinii publicznej z rzadka przebijały się głosy zwracające uwagę na fakt, że większość migracji do Wielkiej Brytanii odbywa się spoza krajów Unii Europejskiej. A zatem można jej przeciwdziałać nie występując ze Wspólnoty. Dla urzędników zajmujących się problematyką społeczną informacja ta nie jest wiedzą tajemną.

Dlaczego zatem nie podążono tym tropem zarówno na poziomie konkretnych działań, jak też przedreferendalnej retoryki? Dlaczego mówiąc o fali migrantów tak chętnie pokazywano akurat polskie sklepy, skoro można było telewizyjne materiały zilustrować sklepami należącymi także do innych nacji? Dlaczego nie wskazano, że imigranci z Polski mają wśród wszystkich grup imigranckich największy odsetek osób pracujących i płacących podatki?

Zdaniem wielu przyczyną była obawa przed oskarżeniem publikujących takie dane o dyskryminację przybyszy z Azji czy Afryki. Tyle, że nie diagnozując precyzyjnie sytuacji doprowadzono do tego, że w imię przeciwdziałania migracji postawiono tamę nie tam, gdzie trzeba. – Ktoś boi się napływu ludzi z byłego Commonwealthu i dlatego chce wyrzucić z kraju Włochów, Hiszpanów, Portugalczyków, Polaków – komentował tę sytuację Ed Vulliamy, znany brytyjski dziennikarz i korespondent. Podczas audycji, która pojawiła się w radiowej Trójce tuż przed przyśpieszonymi wyborami parlamentarnymi w Wielkiej Brytanii Vulliamy zwrócił uwagę na jeszcze jeden, niechętnie podnoszony fakt. – Bardzo duża liczba Brytyjczyków ze wspólnot azjatyckich głosowała z Brexitem. Jedyne duże miasto, które głosowało za Brexitem to Birmingham, gdzie mieszka bardzo dużo Azjatów. Ich logika jest następująca: ja tu przyjechałem, bo byłem obywatelem imperium brytyjskiego. Europa mnie nie interesuje. Jak pozbędziemy się Polaków, Hiszpanów, Portugalczyków, to zrobi się miejsce dla moich kuzynów z Bangladeszu. I oni mają rację. Tak się może zdarzyć, bo żadna nowoczesna gospodarka nie działa bez imigrantów – mówił Ed Vulliamy.

Autor: Krzysztof Kruk