Moda na muzea

0

Wakacje dobiegają końca. Witaj szkoło, można by rzec. Jeśli czyta te słowa jakiś uczeń, to pewnie zdegustowany moją nadgorliwością, w pośpiechu ślini palec i przerzuca na kolejną stronę. Tyle tylko, że ja mam zamiar w tym numerze bezboleśnie z wakacyjnego w edukacyjny klimat czytelnika wprowadzić.
Co znaczy bezboleśnie? Ano na przykład to, że po lekturze niniejszego tekstu, będący jeszcze w wakacyjnym nastroju czytelnik zechce udać się na wycieczkę do muzeum. Karkołomny eksperyment? Mam nadzieję, że nie, bo muzea, o których napisać zamierzam, to obiekty, które walczyły w tym roku o zaszczytny tytuł „Museum of the Year 2016”. A to oznacza, że wizyta w nich nudna być nie może. Czas najwyższy to udowodnić. W finałowej czołówce znalazł się obiekt ze Szkocji. Zacznijmy jednak od najwyższego miejsca na podium. W tym roku zwycięzcą konkursu „Muzeum Roku 2016” zostało Victoria and Albert Museum w Londynie. Na marginesie warto wspomnieć, że oprócz prestiżu jaki z przyznaniem nagrody niewątpliwie się wiąże, to równie wymierną gratyfikacją jest czek na sto tysięcy funtów.

„Victoria and Albert Museum od lat jest jednym z ulubionych muzeów w kraju, w tym roku bez wątpienia, jest również jednym z najlepszych na świecie” – tak Stephen Deuchar, przewodniczący jury, motywował wybór. Czyż te słowa nie są wystarczającą rekomendacją i zachętą? Przyjrzyjmy się więc bliżej zwycięscy. V&A – tak w skrócie zwykli nazywać to muzeum Brytyjczycy – ma 164 lata. W zeszłym roku prawie cztery miliony zwiedzających przekroczyło progi obiektu, który pochwalić się może imponującym zbiorem ponad czterech milionów eksponatów. Na powierzchni pięciu hektarów znajduje się 145 galerii. Tyle imponujących, ale tylko statystyk. Czas wyjaśnić dlaczego naprawdę warto muzeum odwiedzić. Moim zdaniem, klucz do sukcesu tkwi w różnorodności wystaw i eksponatów. Oto, co możemy zobaczyć w V&A: łoże z końca XVI wieku, w którym kilka nocy spędził Wiliam Szekspir, rzeźbę siedzącego buddy z XVIII wieku, kostium sceniczny Micka Jaggera z 1972 roku, arabski dywan o imponujących rozmiarach ponad dziesięć na pięć metrów, notesy Leonarda Da Vinci z 1490 roku.
Jeżeli jesteście na tyle dojrzali, że pamiętacie polskie muzea, dajmy na to, sprzed dwudziestu lat, a nie dane wam było do tej pory obcować z tego typu obiektami w Wielkiej Brytanii, to jest duże prawdopodobieństwo, że ze zdziwienia przecieracie oczy i zastanawiacie się, jak to jest w ogóle możliwe, że pod jednym dachem zobaczyć można jakieś sprane ciuchy rockowego piosenkarza i arabski średniowieczny dywan. No ale tak to już w brytyjskich muzeach jest, i bardzo dobrze, bo przecież różnorodność, to nie wada, a im bardziej wielokierunkowe ekspozycje, tym większa liczba potencjalnych zwiedzających. W Victoria and Albert Museum to wiedzą.
Wiedzą również, że, aby przyciągnąć turystów, trzeba oprócz stałych wystaw, robić ekspozycje czasowe. I tak do marca 2017 roku można zobaczyć wystawę zatytułowaną: „Historia bielizny”. Zdawać by się mogło, że miejsce majtek, staników, czy gorsetów jest raczej w sex shopie, a nie w muzeum. A tu proszę. No ale skoro najlepsze muzeum w kraju organizuje takie wydarzenie, to chyba warto sprawdzić. Zdaję sobie jednak sprawę, że bielizną zainteresują się raczej panie. Panom zatem polecam odwiedzić ekspozycję zatytułowaną, tłumacząc najogólniej: inżynieria na świecie i filozofia dizajnu. Do 6 listopada zobaczyć będzie można między innymi, wystawę fotografii dokumentującą powstawanie jednej z najkosztowniejszych inwestycji we współczesnym Londynie, czyli dziesięciu nowych tuneli kolejowych pod stolicą Wielkiej Brytanii, będących częścią projektu Crossrail – nowej linii kolejowej.

Wspomniałem na wstępie, że w ścisłej czołówce konkursu „Museum of the Year” Szkocja miała swojego przedstawiciela. Zdaję sobie sprawę, że nie każdy wybierze się do Londynu, aby osobiście poobcować ze zwycięzcą. Żeby poobcować z finalistą plebiscytu wystarczy pojechać w okolice Edynburga. Za co turyści kochają Szkocję? Mam nadzieję, że zgodzicie się ze mną, że przede wszystkim za nieskażone cywilizacją krajobrazy, za soczystą zieleń, za możliwość poobcowania w ciszy, samotnie z kapryśną i nieprzewidywalną naturą. No i może za whisky, rzecz jasna. To tak tytułem wstępu. Pozwólcie, że przedstawię finalistę konkursu „Muzeum Roku 2016” – panie i panowie, przed wami Jupiter Artland – muzeum rzeźb ogrodowych. Właściwie należałoby ująć nazwę szerzej. Osobiście, napisałbym, że Jupiter Artland to park, w którym ustawiono trzydzieści instalacji artystycznych, bo eksponatów nie można jednoznacznie traktować w kategorii rzeźby. Przyznam szczerze, że nie jestem znawcą sztuki, niełatwo mi zatem o niej pisać, nie chcę się za bardzo wymądrzać. Postaram się jednak z perspektywy laika zachęcić was do wizyty w tym dziwnym muzeum.

„Małe miejsce z wielkim sercem i dużymi ambicjami” – tak o Jupiter Artland mówi Nicki Wilson założycielka muzeum, która wraz z mężem kupiła w 1999 roku stu akrową posiadłość pod Edynburgiem. Marzeniem pary było stworzenie własnego ogrodu pełnego rzeźb. Nietypowy pomysł, bo zazwyczaj podejście artysty jest dosyć proste. Tworząc rzeźbę myśli jedynie o niej, miejsce w którym będzie ustawiona nie ma raczej większego znaczenia. W przypadku państwa Wilson otoczenie dzieła sztuki było tak samo ważne jak dzieło. Kolekcja szybko zaczęła się rozrastać i właściciele w pewnym postanowili udostępnić swój artystyczny świat szerszej publiczności.

Dzisiaj w Jupiter Artland swoje dzieła prezentują również inni artyści. Oprócz wspomnianych już trzydziestu stałych instalacji artystycznych, można zobaczyć wystawy tymczasowe. Jak już na wstępie wspomniałem, głównym celem tego artykułu jest bezbolesne przejście z nastroju wakacyjnego w edukacyjny. Wizyta w Jupiter Artland jest moim zdaniem doskonałym wyborem. Tym bardziej, że pracownicy muzeum bardzo lubią dzieci. Z myślą o nich organizują warsztaty, wycieczki po parku, uczą poznawać świat, obcować z przyrodą. Jeśli chcecie aktywnie spędzić dzień na świeżym powietrzu, a przy okazji poszerzyć horyzonty i poobcować ze sztuką, to koniecznie wybierzcie się do Jupiter Artland. Na stronie www.jupiterartland.org znajdziecie wszystkie niezbędne informacje.
Nie twierdzę, że łatwo jest sprowadzić, utrzymać, konserwować zabytek mający kilkaset lat. Ale chyba równie ciężko jest zadbać o żywe dzieło sztuki, które trzeba podlewać, nawozić, przycinać. Dlatego właśnie postanowiłem zestawić w jednym artykule zwycięzcę konkursu „Museum of the Year” oraz jednego z finalistów. W Wielkiej Brytanii wizyta w muzeum to nie tylko sucha wiedza, nudna lekcja historii w starym, przytłaczającym swoimi gabarytami budynku. Organizatorzy wystaw chcą zainteresować, czasami zaskoczyć, ale przede wszystkim sprawić, żeby odwiedzający spędził w danym miejscu jak najwięcej czasu. Aspekt edukacyjny pojawia się jakby przypadkiem, przy okazji. Myślę, że między innymi dlatego Jupiter Artland odwiedziło w zeszłym roku dziesięć tysięcy dzieci. Nie mam danych ilu młodocianych turystów zagościło w Victoria and Albert Museum, ale spośród ogólnej liczby ponad czterech milionów zwiedzających, dzieci było całkiem sporo. Kończąc mogę tylko zachęcić, aby czytelnik zechciał w najbliższym czasie poprawić statystyki obu muzeów.

 

Adam Kurp