Los Polaków na angielskim Podlasiu

0
Laxfield All Saints Church by John Fielding, (CC BY 2.0)

Krajobraz półwyspu East Anglia, najbardziej położonego na wschód terenu Wielkiej Brytanii, jest rzeczywiście malowniczy. Łagodne zalesione lub pokryte zbożem pagórki, przeplatane jeziorami i wijącymi się rzekami, lecz pozbawione wielkich miast i ciężkiego przemysłu, przypominają nieco wystawione najbardziej na wschód Polski – Podlasie. I tu i tam ludność posiada raczej niższe wykształcenie niż średnia krajowa i uzyskuje niższy dochód niż w innych częściach kraju.

Większość ludności East Anglii głosowała za wyjściem z Unii Europejskiej i podobnie jak mieszkańcy Podlasia, nie czuje się wygodnie w wielkomiejskim żywiole europejskim.

Pamiętam nawet jak kiedyś mieszkałem w hrabstwie Suffolk, którego mieszkańcy określali siebie jako “silly Suffolk” a wszelkie osobistości podejmujące decyzje gospodarcze czy polityczne były dla nich “cudzoziemcami”, tzn. pochodzili z Londynu czy z północnej Anglii.

Lecz i tu, jak każdym zakątku Anglii, mieszkają polskie rodziny. Tak jak wszędzie, zatrudnieni są w biurach, w służbie zdrowia, w fabrykach, a szczególnie w zakładach produkujących artykuły spożywcze. Mają parafie, polskie szkółki i polskie sklepy. Lecz nie czują się tam tak pewni siebie, jak na przykład rodacy w Londynie.

Na ulicy napotykają krytyczne uwagi czy wyzwiska, gdy matka rozmawia z dzieckiem po polsku. Swoisty ostracyzm polskiej społeczności w tym zakątku Anglii jest tam na porządku dziennym. Nieprzyjemni sąsiedzi utrudniają polskim rodzinom życie konfrontacyjnym zachowaniem i nawoływaniem do rychłego wyjazdu z Anglii.

Opowiedziano mi przypadek, gdzie policjant, wezwany przez polską rodziną prześladowaną przez nachalną sąsiadkę, po spotkaniu i wypiciu herbatki z sąsiadką kazał Polakom zaprzestać swoich skarg i zaproponował, aby „wrócili do swojego kraju, jeśli im się tu nie podoba”.

Niedawno odwiedziłem Great Yarmouth na zaproszenie bardzo aktywnej Polki – Doroty Darnell, która prowadzi biuro doradcze „Athena Immigration Advice”. Dorota walczy sprytnie i odważnie o swoich podopiecznych (głównie Polaków, ale też i innych obywateli unijnych). Pomaga w wypełnieniu formularzy na stałą rezydenturę czy na obywatelstwo brytyjskie, może udostępnić porady od lokalnych prawników brytyjskich, z którymi ma umowę i broni Polaków przed eksploatacją przez bezwzględnych pracodawców i nieodpowiedzialnych gospodarzy domu.

Za pośrednictwem Doroty poznałem panią, która pracowała już siedem lat w firmie, płacąc (w swoim mniemaniu) za ubezpieczenie zdrowotne i emeryturę, aż się okazało, że przez ten cały okres właściciel firmy, zatrudniający zresztą parędziesiąt osób – tak samo naiwnych jak nasza Polka – nie płacił nic na ich fundusz emerytalny i nic na National Insurance. Pod groźbą pozwania go do sądu przez Panią Dorotę, szef wyrównał należne ubezpieczenie, ale ten okres siedmiu lat bez wpłaty na emeryturę był już dla niej nieodwracalnie stracony.

Takich sytuacji jest wiele.

Główny problem polega na tym, że Polacy często nie znają swoich praw i boją się konfrontacji z władzą brytyjską. Nie zawsze wynika to ze słabej znajomości języka angielskiego, choć dla wielu to istotny problem. Ale nawet dobra jego znajomość nie jest w stanie zminimalizować braku pewności siebie.

Pani Dorota parokrotnie podkreślała w rozmowie, że chodzi jej o to, aby Polacy nauczyli się, że nie są kimś gorszym niż otaczający ich Anglicy. Wręcz na odwrót. Aby zyskać realne prawo do decydowania, Dorota nakłania rodaków do czynnego udziału w następnych wyborach samorządowych.

Lecz we wrogiej atmosferze wobec obcokrajowców w okolicach Great Yarmouth, niełatwo jest walczyć o swoje prawa i Dorota często zmaga się z obojętnością administracji lokalnej, np. policji czy pracowników Job Centre, którzy Polaków traktują niedbale, bo i jedni i drudzy są przekonani, że po marcu 2019 wszyscy Polacy będą zmuszeni opuścić Wielką Brytanię, nawet jeżeli mają stałą rezydenturę.

Ignorancja lokalnych czynników jest przerażająca i po prostu odzwierciedla szeroko przyjętą zasadę, że obywatele UE zabierają pracę rdzennym Brytyjczykom – co jest oczywiście wierutną bzdurą.

To przeświadczenie, że Polacy niebawem wyjadą, jakby zatwierdzone przez referendum i przez brak decyzji obecnego rządu co do przyszłości pobytu imigrantów z UE, ujawnia się też w uprzedzeniach pracodawców. Sama pani Dorota, gdy szukała ostatnio zatrudnienia na stanowisku kierowniczym w firmie doradczej, otrzymała odpowiedz, że taka praca jest dostępna tylko dla obywateli brytyjskich, a Polka mogłaby najwyżej dostać pracę w „call centre”. Taka wypowiedź jest zupełnie nielegalna w kraju nadal należącym do UE, bo nie dopuszcza się dyskryminacji obywateli unijnych, lecz w przeświadczeniu lokalnej ludności Wielka Brytania JUŻ opuściła Unię, i właściwie nie wiadomo, po co ci Polacy tu się jeszcze pętają.

Jak mają reagować lokalni mieszkańcy tego regionu, kiedy urzędnicy w krajowej siedzibie Home Office traktują Polaków nie lepiej. Niedbale podchodzą do wszelkich spraw – począwszy od wysyłanej urzędowi dokumentacji potrzebnej np. do uzyskania stałej rezydentury, która to ginie w dziwnych okolicznościach, a skończywszy na ignorowaniu lub odrzucaniu wniosków na podstawie wyssanych z palca argumentów.

Kiedy Dorota wysyła oficjalne skargi do Home Office na podane adresy mailowe, po jakimś czasie adresy te zostały pozmieniane, a jej skargi przedawnione i nieaktualne. Scenariusz tych podań mógłby napisać Franz Kafka, choć w rzeczywistości chce się nad tym płakać.

Może, żyjąc w Londynie lub innych regionach Zjednoczonego Królestwa, jesteśmy uodpornieni na tego rodzaju traktowanie, lecz w wielu miejscach istnieje prawdziwa dyskryminacja na każdym kroku – personalna, urzędowa i prawna.

Uważam, że tym złośliwym i niedbałym traktowaniem Polaków powinny zająć się instytucje polskie i brytyjskie z potencjalnie większą siłą przebicia. Gdy słuchamy głosu brytyjskich urzędników w Londynie i Birmingham, mamiących nas rzekomym wspaniałomyślnym ‚settled status’ gwarantowanym przez prawo brytyjskie, nie bądźmy naiwni. To wszystko fikcja – szczególnie dla większości naszych rodaków mieszkających w niewielkich społecznościach na terenie całej Wielkiej Brytanii. I tylko międzynarodowa umowa zagwarantowana przez prawodawstwo unijne zapewni wszystkim Polakom i innym obywatelom unijnym prawo pozostania tutaj po Brexicie na godnych i sprawiedliwych warunkach.

Wiktor Moszczyński