Kto nie chce powrotu Szkocji do Unii Europejskiej?

0

 

Szkoci zagłosowali przeciwko Brexitowi, a jednak znajdą się poza zjednoczoną Europą. Dziś wszyscy ci, którzy dwa lata temu zdecydowali się nie poprzeć separatystycznych haseł premiera Alexa Salmonda mogą czuć się oszukani przez los. Ba, gorzej nawet: bezczelnie wystrychnięci na dudków. Wszak pozostanie w Wielkiej Brytanii miało gwarantować gospodarczą stabilność, związaną z przynależnością do Unii Europejskiej. Teraz wszystkie tamte kalkulacje i argumenty wzięły w łeb, a zachowana jedność paradoksalnie doprowadziła do tego, iż Szkocja – wbrew swej woli – zostanie z tejże Unii wyprowadzona. Doprawdy parszywy chichot historii.

Hiszpania boi się Katalończyków. I dlatego chce przestraszyć Szkotów
Zapewne niepodległa Szkocja nie byłaby jeszcze członkiem Unii – procedura akcesyjna trwa znacznie dłużej – lecz byłaby o te dwa lata do przodu, a jej sytuacja (kolejny paradoks) chyba mniej skomplikowana niż obecnie. Dziś bowiem nie bardzo wiadomo, co władze w Edynburgu mają robić. Czy podjąć próbę rozstania z Wielką Brytanią i na własną rękę zabiegać o odzyskanie członkostwa w UE? A jeśli tak, to czy od razu przygotowywać się do kolejnego referendum niepodległościowego, czy może raczej czekać z tym do zakończenia procedury Brexitu? I jak wreszcie przeprowadzić sam powrót do Unii? Bo sprawa bynajmniej nie jest prosta. Niemal natychmiast po zasygnalizowaniu przez szefową szkockiego gabinetu takiego zamiaru przeciw takiej możliwości zaprotestował premier Hiszpanii, Mariano Rajoy.
– Szkocja nie ma kompetencji, by negocjować z Unią Europejską – stwierdził Rajoy.
Politolodzy i publicyści nie mieli wątpliwości, że słowa hiszpańskiego premiera tak naprawdę nie były skierowane do Szkotów, lecz pod adresem dopominających się referendum niepodległościowego mieszkańców Katalonii. Bo dla rządu w Madrycie problemem nie jest niepodległa Szkocja, ale właśnie niepodległa Katalonia. Tyle, że wejście niepodległej Szkocji do grona państw członkowskich UE byłoby dla Katalończyków sygnałem, iż w zjednoczonej Europie jest też miejsce dla secesjonistów. Nietrudno zgadnąć czym by się to skończyło. Zachęceni szkockim akcesem do UE katalońscy separatyści natychmiast podwoili by wysiłki na rzecz wyrwania swego regionu spod władzy Madrytu.
– Gdyby nie Katalonia, to Hiszpania w ogóle by się w sprawie Szkocji nie odzywała – mówi dr Tomasz Kubin, specjalizujący się w Unii Europejskiej politolog z Uniwersytetu Śląskiego.

Madryt może blefować. Może też skutecznie blokować
Na trapiące hiszpańskiego premiera obawy i jego „ostrzeżenia” można by w Edynburgu lekceważąco wzruszyć ramionami, gdyby nie jedno „ale”. Na przyjęcie do UE nowych członków każdorazową zgodę muszą wyrazić wszystkie, bez wyjątku, państwa już do Unii należące. O taką właśnie akceptację u wszystkich członków „starej Unii” musiała zabiegać Polska, gdy kilkanaście lat temu aspirowała do członkostwa we Wspólnocie, a potem, gdy sama już do niej należała, udzielała swojej zgody na wejście do UE Chorwacji.
Innymi słowy, sprzeciw chociażby jednego z krajów UE skutecznie blokuje procedurę jej rozszerzenia. A zatem Hiszpania w imię swych własnych, zupełnie niezwiązanych z sytuacją międzynarodową, celów politycznych (czytaj: dla utarcia nosa katalońskim autonomistom) jest w stanie zablokować Szkotom wejście do Unii.
– To by jednak wywołało natychmiastową reakcję Wspólnoty. Presja polityczna na Hiszpanię ze strony pozostałych państw członkowskich byłaby olbrzymia. Myślę, że to co słyszeliśmy, to było tylko takie pohukiwanie, a faktycznie Rajoy nie postawiłby się Szkotom – uspokaja dr Kubin (zresztą czerwcowa wypowiedź Jean-Claude’a Junckera,  przewodniczącego Komisji Europejskiej o tym że Szkocja ma prawo do bycia wysłuchaną w Brukseli wskazuje, że unijni politycy wcale nie podzielają stanowczej opinii hiszpańskiego premiera).
– Poza tym, nawet gdyby taki scenariusz (czyli akces niepodległej Szkocji do UE – przyp. red.) zaczął być realizowany, to miną lata i nie wiadomo, kto będzie rządził w Hiszpanii, gdy przyjdzie do ratyfikacji traktatu akcesyjnego. Pamiętajmy, że na przestrzeni ostatniego roku dwa razy odbywały się tam wybory parlamentarne – dodaje dr Kubin.

Widmo rozpadu krąży nad Belgią. Zmartwionych tym jednak nie widać
Czy jednak występująca w roli „hamulcowego” Hiszpania faktycznie miałaby przeciwko sobie zgodny front wszystkich unijnych państw, czy może któreś jeszcze postanowiłoby powiedzieć „veto” Szkocji? Bo jeśli rząd w Madrycie znalazłby sprzymierzeńców, to zapewne trudniej byłoby przełamać jego opór. Logika podpowiada, że powinien ich szukać tam, gdzie – podobnie jak w Katalonii – pojawiają się hasła „wybicia na niepodległość”. Takim miejscem jest belgijska Flandria.
Od lat mówi się o możliwym rozpadzie Belgii na francuskojęzyczną, biedniejszą Walonię i niderlandzkojęzyczną, bogatszą Flandrię. Natężenie pojawiania się takich prognoz jest odwrotnie proporcjonalne do politycznej stabilności Belgii – najczęściej pojawiają się one w czasie kryzysów, nagłych przesileń, czy powtarzających się kłopotów z utworzeniem rządu, takich chociażby jak te z lat 2010 – 2011, gdy kraj pozbawiony był przez 541 dni. Gdyby swój pogląd opierać na tytułach medialnych doniesień, to moment ten jest coraz bliższy. „Scenariusze dla Belgii: rozpad za 50 lat?” – pytało trzy lata temu Polskie Radio. W tym roku znów postawiło to samo pytanie, ale wskazując znacznie bliższą perspektywę czasową: „Belgia zniknie z mapy za 10 lat?”. Trudno zresztą dziwić się medialnym spekulacjom, skoro Liesbeth Homans, minister spraw wewnętrznych w belgijskim rządzie kilka miesięcy temu publicznie stwierdziła, że ma nadzieję, iż w ciągu 10 lat Belgia nie będzie istnieć.
Na ile ten scenariusz jest faktycznie realny, to sprawa dyskusyjna – sceptycy przekonują, że dopóki w Brukseli pozostają siedziby Komisji Europejskiej oraz NATO, dopóty Belgia się nie rozpadnie, bo nic nie integruje jej równie dobrze jak międzynarodowe instytucje. Faktem jednak jest, że skoro rządzących nie martwi wizja demontażu swojego własnego kraju, to tym bardziej nie przeraża ich perspektywa niepodległej Szkocji. Z tej strony raczej „veto” nie padnie.

Referendum może zablokować… Londyn
Rumunia? Słowacja? Owszem, w państwach tych są dość liczne mniejszości narodowe (zamieszkujący Rumunię węgierscy Szeklerzy występują nawet z postulatami autonomii), lecz wydaje się, że nie są one na tyle silne, aby kraje te musiały się z ich strony czegoś obawiać i w związku z tym wykonywać spektakularne gesty na arenie międzynarodowej. Przed laty mówiło się o ewentualnej secesji północnych Włoch, ale od jakiegoś czasu temat ten zupełnie zniknął z politycznych dyskusji. Chyba nikogo więc specjalnie nie zdziwiło, że przedstawiciele tych trzech państw na razie w żaden sposób nie odnieśli się do dywagacji o możliwym wejściu niepodległej Szkocji do UE.
A zatem to w Madrycie znajdować się będzie klucz do przyszłości Szkocji? Niekoniecznie. Wciąż bowiem jeszcze wiele do powiedzenia ma Londyn.
– To, czy Szkoci zdecydują się na drugie referendum niepodległościowe będzie w dużej mierze zależeć od tego, na jakich warunkach odbędzie się Brexit. Jeśli Szkoci nie odczują na własnej skórze negatywnych, gospodarczych konsekwencji wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii, to będą mieli dużo mniejszą motywację do organizowania takiego referendum – ocenia dr Kubin.
Do ramki
Jak się dostać do Unii Europejskiej?
Zgodnie z art. 49 Traktatu o Unii Europejskiej każde państwo, które szanuje i zobowiązuje się wspierać takie wartości jak wolność, równość, demokracja, państwo prawa, godność osoby ludzkiej oraz prawa człowieka, w tym praw osób należących do mniejszości (są one – jak zapisano w Traktacie – „wspólne Państwom Członkowskim w społeczeństwie opartym na pluralizmie, niedyskryminacji, tolerancji, sprawiedliwości, solidarności oraz na równości kobiet i mężczyzn”) może wystąpić o członkostwo w Unii. Wniosek ten kieruje do Rady Europejskiej (zasiadają w niej szefowie rządów bądź prezydenci państw członkowskich), informując o tym Parlament Europejski oraz parlamenty narodowe. Następnie opinie wydaje Komisja Europejska, biorąc pod uwagę, czy kandydat spełnia wymogi określone w Traktacie o UE oraz tzw. kryteria kopenhaskie (są nimi: stabilne instytucje gwarantujące demokrację, praworządność, prawa człowieka oraz poszanowanie i ochronę mniejszości; funkcjonująca gospodarka rynkowa oraz zdolność do sprostania konkurencji i siłom rynkowym w UE; zdolność do podjęcia zobowiązań członkowskich i skutecznej ich realizacji, w tym celów unii politycznej, gospodarczej i monetarnej, a także zdolność do stosowania prawa UE i efektywnego transponowania go do ustawodawstwa krajowego za pomocą odpowiednich struktur administracyjnych i sądowych). Jeśli opinia jest pozytywna Rada podejmuje decyzję o rozpoczęciu negocjacji, które toczą się między rządami krajów UE a krajem kandydującym. Wynegocjowany traktat akcesyjny musi zostać podpisany i ratyfikowany przez wszystkie kraje UE.

 

 

Krzysztof Kruk