Kobiety na świeczniku

0
„Ciężki jest los współczesnej kobiety. Musi ubierać się jak chłopak, wyglądać jak dziewczyna, myśleć jak mężczyzna i pracować jak koń”
(Elizabeth Taylor)

Kobiety pomimo tego, że są postrzegane jako słaba płeć, przez stulecia doskonale pełniły powierzone im role. Nadal potrafią pracować bardzo ciężko, dzieląc swój czas na wiele płaszczyzn.

To oczywiście godne podziwu, jednak kwestie dotyczące tzw. kariery zawodowej to już inna para kaloszy. W obecnych czasach kobiety nadal otrzymują mniejsze wynagrodzenie za pracę niż mężczyźni, piastując równorzędne stanowiska, lub nie mogą pretendować do wielu stanowisk nie z uwagi na kompetencje, ale ze względu na płeć. Czy wobec tego można się dziwić, że od setek lat walczą o swoje prawa, które mężczyznom dane były z automatu?

W XXI wieku w krajach muzułmańskich, hinduskich, afrykańskich kobiety nadal mają ograniczony dostęp do edukacji. To mężczyźni decydują, czy kobieta może zacząć się uczyć i to ojciec wybiera męża dla swojej córki.
Dla hinduskiej rodziny przyjście na świat dziewczynki jest uważane za klęskę. Ponieważ rodzina musi wydąć ją za maż, dając jej przyszłemu mężowi posag.

W krajach muzułmańskich mężczyźni posiadają prawo poligamii. Kobieta za zdradę swojego męża mogłaby zostać nawet przez niego zamordowana, a mąż nie poniósłby żadnej odpowiedzialności karnej. Przykładów na ograniczenia stosowane wobec kobiet można mnożyć.

Współczesność wykreowała pewne charakterystyczne wzorce osobowe. Zarówno w stosunku do mężczyzn jak i do kobiet odnosi się wiele stylów i sposobów życia. W ostatnich latach, głównie w Ameryce Północnej i Europie, została wykreowana postawa bizneswoman. Kobiety wyzwolonej, dążącej do kariery i łaknącej sukcesów.

Nawet w ustrojach demokratycznych o prawa kobiet kłócono się od stuleci. We francuskiej Trzeciej Republice pewien parlamentarzysta dowodził, że różnica miedzy kobietami a mężczyznami jest niewielka, na co z amfiteatru wzniesiono pamiętny okrzyk „Vive la petite difference!” (Niech żyje ta mała różnica!). Okrzyk wszedł do słownika idei z wyraźną konotacją seksualną. Najwyraźniej podoba się tym, którzy ignorują inną różnicę, na pewno niemałą: w świecie polityki i biznesu, dominują mężczyźni.

Zilustrujmy tę tezę głównie dwoma przykładami: z Francji, gdzie sama perspektywa kobiety u władzy zakrawała na epokową sensację i ze Skandynawii, gdzie taka sama perspektywa kwitowana jest wzruszeniem ramion.

Na początek Francję porównajmy z Anglią, jej odwieczną rywalką. W historii i imaginacji społecznej płeć piękna we Francji – kraju miłości, mody i elegancji – zajmuje miejsce szczególne. A jednak prawo odsuwało kobiety od tronu. Królewskie faworyty miały wpływy ogromne, ale nie panowały. Natomiast obyczaj angielski i literatura nie opiewały kobiet z francuską egzaltacją, ale godzono się na ich rządy: energicznym władczyniom o żelaznej woli – Elżbiecie I i Wiktorii – Imperium zawdzięczało potęgę.

Takie kraje jak Polska, Niemcy, Anglia w herbach maja zwierzęta; we Francji rolę herbu pełni Marianna, której rysów dla wizerunków ustawianych po szkołach i merostwach, użyczają kolejne mieszkanki masowej wyobraźni: aktorki i modelki, m.in. Brigitte Bardot, Catherine Deneuve, Ines de la Fressange.

Jak to często bywa, afiszowanie się z symbolami kryje mizerię realnych praw. Francja, mimo Marianny i Wolności prowadzącej lud na barykady, była (i jest) w istocie bardziej macho od wielu krajów europejskich. Prawo wyborcze, tak bierne jak i czynne, dano tam kobietom dopiero w 1944 r. (w Polsce – w 1918 r., w Norwegii – w 1913 r.). Jeszcze bardziej kraj pozostawał zapóźniony w równouprawnieniu praktycznym. Aż trudno uwierzyć, lecz do 1965 r. kobieta zamężna nie mogła otworzyć własnego rachunku bankowego, ani podjąć pracy bez zgody męża; do 1970 r. prawa rodzicielskie matki były skromniejsze od praw ojca; nierówność praw rozwodowych utrzymywała się do 1975 r., a nawet do ostatnich lat, kiedy zlikwidowano okres tzw. vidouite (inaczej niż mężczyźni, kobiety rozwiedzione i wdowy dopiero po 300 dniach nabywały prawo do ponownego małżeństwa).

Żeby temu francuskiemu zapóźnieniu praw kobiet zaradzić, socjaliści przeforsowali w 2000 r. ustawę o parytecie. Nakazuje ona, by partie polityczne wystawiały do wyborów listy przynajmniej w połowie zapełnione kandydatkami. Zwolennicy tego prawa nie tylko zabiegali o równość, ale myśleli o uszlachetnieniu życia politycznego. Dowodzili, bowiem, że kobiety – dzięki swym najzupełniej naturalnym cechom – staną bliżej codziennych trosk wyborców, wezmą się za problemy konkretne. Co więcej, samo życie polityczne weszłoby w proces ozdrowieńczy, gdyż kobiety mniej – jakoby – trawi samcza rywalizacja.

Ten śmiały zabieg inżynierii społecznej nie przyniósł spektakularnych rezultatów. Kobieta, jako symbol kraju, na poczesnym miejscu – proszę bardzo. Ale już realna perspektywa władzy budziła wielkie emocje. Dość przypomnieć, że w samym środku kampanii wyborczej Segolene Royal, jej kolega i rzekomo sojusznik, były premier Laurent Fabius zakpił publicznie: „A kto będzie chował dzieci? Kobieta u władzy?”.

Margaret Thatcher, premier Wielkiej Brytanii przez ponad 11 lat, przeszła do kronik jako synonim stanowczości (twierdziła m.in., że każda kobieta, która prowadzi dom i trzyma kasę, wie lepiej od innych, jak administrować krajem). Prezydent Mitterrand mawiał, że „to jedyny mężczyzna w brytyjskim rządzie” i oceniał, że ma ona „oczy Kaliguli i usta Marilyn Monroe”.

Co najmniej dwa wielkie starcia (dosłownie) potwierdzają jej zdecydowanie: złamanie oporu strajkujących górników oraz wojna o Falklandy.

Silna i konkretna kobieta u władzy to też Angela Merkel, piastująca stanowisko Kanclerza Niemiec.
„Ludzi nie obchodzi, czy ich przywódca jest mężczyzną, czy kobietą, tylko czy może dla nich coś zrobić” – mówi Merkel.

Jeżeli jednak tak, to czemu tyle emocji przy kandydaturach Royal czy Clinton?
Nie należy zapomnieć o naszym polskim podwórku, na którym od niedawna stanowisko premiera polskiego rządu piastuje Ewa Kopacz, która podczas jednego z pierwszych publicznych wystąpień powiedziała: ”Polska powinna być jak rozsądna kobieta”.

Jeszcze kilka lat temu, w czasach gdy zajmowała stanowisko minister zdrowia, nazywana była „polską Margaret Thatcher”. Przez swoich zwolenników postrzegana była jako skuteczna, niechętna do kompromisów i rządząca silną rękę. Tymczasem kilka zdań, w których Ewa Kopacz podkreśliła, że patrzy na Świat jak kobieta, w oczach wielu osób zmieni³y jej wizerunek. Teraz wielu osobom Kopacz nie wydaje się już tak radykalna i twarda, lecz raczej emocjonalna i przyznająca się do słabości. Przeważają głosy, że taki sposób prezentowania siebie będzie kulą u nogi nowej premier. A może to właśnie jest oznaka powszechnego seksizmu?

Daleko jeszcze do rządów kobiet. Ale przykład skandynawski skłania nas do pytania: jak to się dzieje, że kraje prowadzące w licznych sondażach harmonii i dobrobytu, mają również najwyższą relatywnie pozycję kobiet?
W peryferyjnej i przez wieki nieokrzesanej Skandynawii równouprawnienie powinno być z pozoru ograniczone do nordyckiego odpowiednika słynnego „die drei K”- kościoła, kuchni i kołyski. Tymczasem stało się zupełnie odwrotnie, co widać szczególnie w Finlandii, zwłaszcza na tle Europy Południowej: Finki już w średniowieczu zdobyły prawa ekonomiczne, na które inne Europejki czekały do czasów nowożytnych. To fińskie kobiety pierwsze na świecie zostały posłankami.

Nie byłoby równouprawnienia w Skandynawii, gdyby nie tamtejszy klimat. Patriarchat w mrozie i podczas długich nocy nie ma szans. To m.in. stąd wzięła się tak wyraźna obecność kobiet w „Kalevali”, narodowym eposie Finów. Do czasu upowszechnienia systemu ubezpieczeń społecznych, urlopów macierzyńskich i dodatków rodzicielskich, skandynawski mężczyzna, właściciel małego gospodarstwa, nie mógł pozwolić sobie na samodzielne utrzymanie żony i przychówku. Owszem, on był głową rodziny, ale musiał zdać się także na pracę kobiety. Oprócz klimatu, Finki swoją pozycję zawdzięczają także zaborcom. Szwedzi, którzy kolonizowali pogańską Finlandię, pozwolili wdowom na rozporządzanie własnym majątkiem – nie dlatego, by sprzyjali feminizmowi, lecz by osłabić więzy rodowe. Wcześniej podbici Finowie unikali topnienia rodzinnych kapitałów, bo wdowi majątek trafiał pod zarząd męskich krewnych męża.

Jeszcze lepiej Finki – co z polskiej perspektywy może wydąć się co najmniej podejrzane – wspominają cara Mikołaja II i jego eksperymentalną zgodę na uznanie praw wyborczych kobiet. Po rewolucji 1905 r. obywatelki Wielkiego Księstwa Finlandii, czyli liberalnej wersji Królestwa Polskiego, mogły być wybierane do nowo utworzonego parlamentu prowincji.

Musiało jednak minąć prawie sto lat, by wybór Tarji Halonen na prezydenta rozpoczął erę dam stanu w fińskim życiu publicznym.
O ile w polityce Finki przełamały już wszystkie bariery, to wciąż nie udało im się przebić w biznesie. Fiński rząd co prawda w większości składa się z pań, ale w dziesięcioosobowej radzie dyrektorów Nokii, symbolu nowoczesnej Finlandii, są prawie sami mężczyźni.

W Norwegii nie czekano i w 2004 r. ustawowo zadekretowano równouprawnienie. Odtąd i panie, i panowie mają zarezerwowane przynajmniej po 40 proc. miejsc w kierownictwach spółek państwowych. Rozwiązanie niby dobre, ale okazało się, że norweski rynek pracy nie był na aż taką zmianę przygotowany.

Nie tylko ze Skandynawii płyną mało krzepiące wiadomości dla kobiet interesu; podobnie z USA. Z zeszłorocznego zestawienia pięciuset największych amerykańskich firm magazynu „Forbes” wynika, że panie zarządzają tylko dwunastką dużych przedsiębiorstw. Czyżby panowie – zgodnie z zasadą, że kto ma pieniądze, ten ma władzę – celowo ograniczali dostęp kobiet do stanowisk w wielkich firmach?
Dlaczego ambitne i w niczym nie ustępujące mężczyznom kobiety nie wskakują na najwyższe szczeble, tylko kończą kariery jako vice?

W latach 70. XX wieku niewidoczne przyczyny, które sprawiają, że panie wiecznie pozostają drugie, opisano, jako „szklany sufit”. Alice Eagly i Linda Carli, autorki książki „Przez labirynt: prawda o tym, jak kobiety zostają przywódcami”, piszą, że kobiety nie mają co liczyć na awanse, bo nie mają czasu na… spotkania towarzyskie. To na nich – a nie na zebraniach w godzinach pracy – zapadają kluczowe decyzje o przyszłości firmy. Zwłaszcza te personalne.

Nawet jeśli kobiety już znajdą czas i wyrwą się z kolegami po pracy, to zazwyczaj i tak skazane są na typowo męskie zajęcia. Przed paru laty głośna była sprawa sądowa przeciw sieci sklepów Wal-Mart, największemu przedsiębiorstwu w USA. Wytoczyła ją menedżerka, która usłyszała, że w Wal-Marcie nie ma ona żadnych szans na awans, bo ani nie poluje, ani nie wędkuje. Sąd ustalił, że kierownictwo koncernu integrowało się polując na przepiórki, a niżsi rangą bawili się w klubach ze striptizem i fascynowali futbolem amerykańskim.

No dobrze, ale z drugiej strony autorki błyskotliwych sukcesów w biznesie i polityce rzadko wspominają o potrzebie zmiany reguł i ani myślą być rzeczniczkami kobiet niespełnionych zawodowo. Nie wzywają do akcji tłuczenia szklanych sufitów. Skoro my je przebiłyśmy – mówią – i pokonałyśmy mężczyzn według męskich zasad, to dlaczego inne kobiety nie miałyby sobie poradzić? Ano dlatego na przykład, że jak zauważyła aktorka Glenda Jackson wybrana do Izby Gmin, jest tam wprawdzie strzelnica (dla rozrywki posłów), ale nie ma żłobka, który ułatwiłby życie posłankom.

Rola kobiety w krajach zachodnich znacznie rożni się od krajów Trzeciego Świata jak i wschodnich. Europejki czy amerykanki pragną decydować same o sobie, chcą i potrafią mieć swoje zdanie. W krajach rozwiniętych rola kobiety bardo się zmieniła, kobiety pracują, zajmują miejsca w parlamencie, staja się głowami państwa, oraz właścicielami firm. Wiele z nas wybiera karierę zawodową, a założenie rodziny i posiadanie dziecka odkłada na dalszy plan. A te, które posiadają rodzinę, nadal poszerzają swoje umiejętności i dążą do rozwinięcia swojej kariery.
Rola kobiet w różnych regionach świata jest różna, w zależności od kultury i religii panującej na danym terenie. Pomimo tego, że kobiety mają zapisane swoje prawa w konstytucjach, nie są one przestrzegane jako równe w wielu krajach świata.

Oczywistą oczywistością jest, że kobiety są bardzo ważnym ogniwem scalającym. Kobiecość może być rozwijana na rożnych polach – w relacji z mężczyzną i dziećmi, na polu społecznym, intelektualnym i duchowym. Żyjemy w czasach, kiedy na nowo uczymy się postrzegać rolę płci w społeczeństwie. Należy zatem w pełni wykorzystać potencjał kobiety, która przez wieki ewoluowała i nie chodzi tu wcale o niezdrowe współzawodnictwo z mężczyznami, raczej o chęć kompromisu.

Zakończę cytatem, który wyraża dokładnie moje poglądy na temat niezależności kobiet:
«Każda kobieta powinna mieć co najmniej tę swobodę, by wybrać takie niewolnictwo, jakie jej odpowiada» (Andre Gide).

Autor tekstu: Anna Bator-Skórkiewicz