Historia i histeria, czyli polski problem z konstytucją

0
matejko_constitution_3rd_may_1791_1891 by Art Gallery ErgsArt - by ErgSap, Public Domain Mark 1.0

Flagi, kotyliony, przemowy, salwy honorowe – tak od lat wyglądają obchody uchwalenia Konstytucji 3 Maja. Pewnie podobne obrazki oglądać będzie też za kilka dni. Czy jednak hałaśliwe obchody wydarzeń sprzed ponad 200 lat idą w parze z naszym przywiązaniem do konstytucji jako takiej? I czy jesteśmy gotowi, by odpowiedzialnie rozmawiać o jej zmianie?

Taką będziemy mieli Polskę jak ją sobie opiszemy w konstytucji

O Konstytucji 3 Maja, której 227 rocznicę uchwalenia będziemy niebawem obchodzić, wiemy mniej więcej tyle, ile zapamiętaliśmy ze szkoły i ewentualnie okolicznościowych programów w mediach. Czyli, że była pierwszą konstytucją w Europie, że uchwalili ją prawdziwi patrioci, a unicestwili parszywi zdrajcy. O tym, że okoliczności jej uchwalenia pachniały zamachem stanu, a przeprowadzający go prawdziwi patrioci, z racji braku dyplomatycznego obycia, dali się wpuścić w polityczną grę między ówczesnymi mocarstwami mówi się już mniej. Jako, że 3-majowy eksperyment skończył się po roku rosyjską interwencją i drugim rozbiorem Polski, więc nie bardzo jesteśmy w stanie określić na ile zaproponowane rozwiązania się sprawdziły. Nie wiemy jak wyglądałaby zbudowana na ich podstawie Polska. Mówiąc wprost, świętujemy symbol odzyskania prawa do samostanowienia, a nie skuteczność ustanowionego dzięki temu prawa.

Wiemy natomiast jak wyglądała Polska zbudowana na podstawie kolejnych konstytucji – „marcowej” z 1921 r., „kwietniowej” z 1935 r., „lipcowej” z 1952  r. (listę tę uzupełniają tzw. małe konstytucje z 1919, 1947 i 1992 r.). Wiemy, że wedle tej pierwszej Sejm mógł zwykłą większością odwoływać zarówno poszczególnych ministrów, jak też cały rząd i wiemy jakim politycznym chaosem skutkowało to w warunkach ówczesnego rozdrobnienia Sejmu. Wiemy, że wedle tej drugiej wybierany przez raptem 80 osób prezydent RP ponosił odpowiedzialność wyłącznie „wobec Boga i historii” i wiemy, że taki kształt konstytucji przyjęto w kraju, gdzie na podstawie decyzji administracyjnej, bez prawa apelacji, osadzano własnych obywateli w obozie w Berezie Kartuskiej i gdzie po naciąganym procesie politycznym skazywano posłów opozycji na karę więzienia. No i wreszcie wiemy jak funkcjonowało Polska Rzeczpospolita Ludowa, czyli państwo, w którego konstytucji zapisano, że „ogranicza, wypiera i likwiduje klasy społeczne, żyjące z wyzysku robotników i chłopów”; posiada „monopol handlu zagranicznego”, a działające w nim sądy „ochraniają zdobycze polskiego ludu pracującego i strzegą praworządności ludowej”.

Owszem, zapisy konstytucji nie zawsze znajdują odbicie w rzeczywistości. W historii można znaleźć wiele przykładów, gdy szczytne hasła umieszczone w ustawie zasadniczej okazywały się kompletną fikcją. Mimo tego warto dbać o to, co sobie do niej wpisujemy, bo brak czegoś w konstytucji sprawia, że potem nie ma się nawet na co powoływać (i odwrotnie – obecność w niej pewnych sformułowań zachęca do tego, by je potem „twórczo” interpretować).

Nie jest nietykalna. Jest natomiast nieznana

Konstytucja, którą mamy obecnie liczy sobie 21 lat. W porównaniu z amerykańską (uchwalona jako pierwsza na świecie pod koniec XVIII wieku), czy choćby Norwegii (obowiązuje od 1814 r.) – to niewiele. Wystarczająco długo jednak byśmy zdążyli poznać jak działa w praktyce. Wiemy już zatem jak funkcjonuje państwo, w którym większość władzy wykonawczej ma w swoich rękach premier i jego ministrowie, a prezydentowi pozostawiono głównie funkcje reprezentacyjne. Można się oburzać, że ktoś „pilnuje żyrandola”, bądź występuje w roli notariusza, ale wypada wiedzieć z czego to wynika. Wiemy, że bez sensu jest występować o wotum nieufności dla rządu jeśli nie jest się w stanie równocześnie przegłosować swojego własnego gabinetu (tak właśnie działa zapisane w konstytucji tzw. konstruktywne wotum nieufności) i jeśli  jakakolwiek opozycja nie dysponując większością chce dzisiaj odwoływać rząd, to z automatu można uznać to za zwykły polityczny cyrk.

W ostatnich latach dowiedzieliśmy się jeszcze jednego – konstytucja nie jest nietykalna. Można ją obchodzić, naginać, bądź po prostu ignorować o ile tylko ma się wystarczającą siłę. I wcale nie musi to wywoływać powszechnego oburzenia. Mimo że większość z nas jest świadoma tego, że z respektowaniem zapisów konstytucji jest dosyć marnie (przeprowadzony rok temu sondaż CBOS-u wykazał, iż 60 proc. ankietowanych uważa, że konstytucja nie jest w Polsce respektowana, przeciwnego zdania było niespełna 30 proc.), to nijak nie przekłada się to na partyjne notowania.

Owszem, w ubiegłym roku tysiące ludzi wyszło na ulice polskich miast po tym jak okazało się, że proponowana przez ekipę rządzącą reforma sądownictwa zawiera całą serię wątpliwych prawnie rozwiązań (m.in. wygaszenie mandatów członków Krajowej Rady Sądownictwa, choć konstytucja jasno określa, że ich kadencja trwa 4 lata i nie wspomina o możliwości jej skrócenia). Wcześniej ten i ów oburzył się, gdy rząd uznał za stosowne nie publikować orzeczeń Trybunału Konstytucyjnego, choć skala oburzenia była wyraźnie mniejsza. Praktycznie żadnego poruszenia nie wywołał (pomijając tych, których to dotknie) pomysł, by dla burmistrzów i prezydentów miast wprowadzić limit dwóch kadencji, choć konstytucyjność tego rozwiązania jest również co najmniej wątpliwa (o ile ustawa zasadnicza mówi o ograniczeniu liczby kadencji prezydenta RP, to o podobnym limicie dla innych organów władzy nie wspomina).

To, że nie ma zbyt wielu chętnych do skandowania „konstytucja” nie powinno dziwić. Skoro blisko połowa Polaków nie przeczytała ani jednego fragmentu z najważniejszego aktu prawnego w ich kraju (także znaczna część tych, którzy mówią o jej łamaniu nie potrafi wskazać konkretnego przykładu na podparcie swego przekonania), a jedynie co siódmy przeczytał ją w całości (takie dane przyniósł zeszłoroczny sondaż CBOS-u), to trudno oczekiwać, że nagle zareagują się na przypadki naginania tego, czy owego zapisu. Emocje wywołują posty Anny Lewandowskiej, czy porady Ewy Chodakowskiej, ale nie konstytucja. Ta ostatnia stała się domeną prawników – konstytucjonalistów. A że prawników nie lubimy, więc nie będziemy słuchać ich lamentów.

Owszem, o konstytucji krzyczą głośno politycy z ław opozycji, ale to dosyć wątpliwa reklama. Skandowanie czegokolwiek pod dyktando polityków opozycji zawsze rodzi pytania o to, czy aby nie występuje się mimowolnie w politycznym teatrzyku. Zwłaszcza jeśli dyrygenci owego chóru sami też swoje mają za uszami.

„Nasza” konstytucja kontra „ich” konstytucja

Podczas, gdy opozycja co jakiś czas skanduje „konstytucja” politycy partii rządzącej i wspierający ją publicyści mniej lub bardziej dosadnie domagają się dla tejże konstytucji korekty. Co prawda nie bardzo wskazują, które konkretnie artykuły lub zagadnienia należałoby poprawić (na razie wiadomo tylko tyle, że w zapowiadanym na jesień referendum konstytucyjnym ma się pojawić ok. 10 pytań), ale sama konieczność zmiany wydaje się być dla nich oczywistością. Można odnieść wrażenie, że największym mankamentem obecnej ustawy zasadniczej jest dla nich fakt, że została uchwalona przez nie tych, co trzeba. Czyli nie przez nich.

Co sami Polacy sądzą o pomyśle zmiany konstytucji? Trudno powiedzieć. Przeprowadzony w ubiegłym roku na zlecenie Faktu i Radia ZET sondaż Instytutu Badań Rynkowych i Społecznych wykazał, że nieco ponad 6 proc. respondentów było za takową korektą, a 36 proc. przeciwko. I to w zasadzie jedyny pewnik, jaki z tego badania można było wysnuć. Blisko połowa pytanych było skłonnych poprzeć zmianę ustawy zasadniczej pod warunkiem, że nad jej korektą będą pracować różne środowiska (politycy, sędziowie, prawnicy, pracodawcy), zaś 5,4 proc. uzależniło swoją zgodę od włączenia do prac polityków opozycji. W realiach współczesnej Polski Anno Domini 2018 brzmi to jak życzenie, abyśmy wszyscy byli piękni, młodzi i bogaci. Nie będziemy.

Trudno uwierzyć, że politycy opozycji na serio (bo możliwe są różne gierki) zechcą włączyć się do prac nad zmianą konstytucji skoro odmawiają rządzącym moralnego prawa do podjęcia takiej korekty. Raczej też nie ma co liczyć na szeroką współpracę środowisk prawniczych, będących dziś w stanie „zimnej wojny” z rządem. A zatem prace nad nową konstytucją – o ile w przyszłej kadencji Parlamentu faktycznie zostaną podjęte – nie będą odbywać się w atmosferze zgody narodowej, ale wojny polsko – polskiej. Tej w polityce i tej między zwykłymi ludźmi. A to dla jakości ewentualnej nowej konstytucji wróży jak najgorzej.

Autor: Krzysztof Kruk

Tekst pochodzi z najnowszego numeru Magazynu Square.pl. Znajdziecie go w polskich sklepach na terenie Szkocji a w wersji online – tutaj