Efekt Glasgow – dlaczego miasto umiera?

0

Począwszy od lat 50-tych XX w. średnia długość życia mieszkańców największego miasta Szkocji obniża się względem innych ośrodków miejskich na Wyspach. Naukowcy głowią się nad tym zjawiskiem, opisując je jako „Glasgow effect”.

O ile mężczyźni w UK dożywają przeciętnie 78,2, a kobiety 82,3 lat, o tyle w przypadku Glasgow wskaźniki te wynoszą zaledwie 71,6 i 78 lat.

Jak wskazują wyliczenia, nad zamieszkałymi tu ludźmi ciąży o 30% większe ryzyko śmierci przed ukończeniem 65 roku życia, niż nad osobami z innych brytyjskich miast o porównywalnym stopniu uprzemysłowienia. Mało tego – takie dane demograficzne sytuują miasto położone nad rzeką Clyde w ogonie całej Europy! Co stanowi przyczynę takiego stanu rzeczy?

Fenomen miejsca

„Zupełnie jakby jakieś złe opary wydobywały się nocą z Clyde i osiadały w płucach śpiących mieszkańców” – pisano swego czasu w dzienniku „The Economist”. Miasto, stanowiąc pod tym względem swoisty ewenement na brytyjskiej mapie, zostało wzięte „na warsztat” przez naukowców. Stworzono 17 teorii, które miałyby wyjaśniać przyczynę przedwczesnej umieralności mieszkających tu ludzi. Już sama mnogość wyjaśnień wskazywała, że sprawa jest zagmatwana. Obwiniano więc zarówno panujące tu nierówności społeczne, wysoką przestępczość w wybranych dzielnicach, aspekty związane z historią miasta, czy wreszcie niedobór słońca – a co za tym idzie – witaminy „D” w organizmach mieszkańców.

Każde z tych założeń niosło nadzieję na rozwiązanie zagadki. A jednak, po przyrównaniu specyfiki miasta do warunków panujących w takich aglomeracjach jak Liverpool czy Manchester, okazywało się, że (mimo zbliżonych parametrów w każdej z danych statystycznych) poziom śmiertelności w Glasgow znacznie wybijał się ponad przeciętność.

Co ciekawe, aż do roku 1950 nic nie wskazywało na to, by miasto w jakiś sposób wyróżniało się od innych. Jednak od tego czasu dysproporcje we wskaźnikach zaczęły się stopniowo namnażać. Przybywało zgonów związanych z rakiem i chorobami serca, wzrastała liczba śmiertelnych wypadków drogowych. Więcej niż gdziekolwiek indziej było też samobójstw i śmierci na wskutek przemocy, nadużywania narkotyków i alkoholu.

Badacze wyjaśniali, że winę za taki stan rzeczy ponosi ubóstwo. Gdy przyrównanie wskaźników ekonomicznych innych miast UK obaliło tę teorię, przyczyn zaczęto dopatrywać się w zagmatwanej historii regionu – wyrażającej się chociażby we wzorcach złych zachowań, które miały przechodzić na kolejne z żyjących tu pokoleń. Chodziło głównie o problemy z alkoholizmem i narkotykami.

Inne teorie mówiły o tym, że Glasgow cierpi na skutki reindustrializacji – co na świecie zazwyczaj przejawia się w spadku poziomu zatrudnienia ludzi i ich pogrążaniu się w ubóstwie. Region był niegdyś prężnie działającym ośrodkiem przemysłu stoczniowego. Pozbawieni pracy mieszkańcy tracili środki i chęci do życia. Co ciekawe, gdy przeprowadzono szczegółowe badania pod tym kątem – przyrównując miasto do 20 podobnych mu w całej Europie – okazało się, że choć bogatsze i oferujące wyższy poziom edukacji od pozostałych, Glasgow wciąż wyglądało znacznie gorzej pod względem wskaźnika śmiertelności!

Nowe wnioski

Niesława tego miejsca zaczęła roznosić się ponad pół wieku temu. Poszukiwania źródła problemu nie przynosiły spodziewanych efektów. Wreszcie w opublikowanym w ub. r. raporcie Centrum Zdrowia Ludności Glasgow (GCPH) badacze stwierdzili, że znaleźli twarde dowody na istnienie kilku czynników wyjaśniających zagadkę. Przedwczesną śmiertelność powiązali m.in. z niewłaściwym planem architektonicznym miasta.

Malcolm Balfour z SNP, któremu w majowych wyborach samorządowych udzielono mandatu na kolejną kadencję w radzie miejskiej, wskazuje, że wiele rejonów Glasgow zniechęca samym otoczeniem. „Mnóstwo zakładów bukmacherskich, kilka miejsc, w których można pożyczyć pieniądze, zrujnowane centrum handlowe – to nie są miejsca, które przyciągają ludzi.”

Nie tylko on twierdzi, że miasto wymaga przebudowy. Glasgow straszy wieloma opustoszałymi miejscami otoczonymi przez otwartą przestrzeń. Z danych opublikowanych w ub. r. wynikało, że ponad 90 proc. mieszkańców Springburn, 85 proc. ludzi w Maryhill i 74% z Shettleston, mieszka w odległości 500 metrów od opuszczonych lub zdegradowanych terenów. Juliana Maantay i Adrew Maroko z City University of New York przeprowadzili analizę, która jednoznacznie wskazuje na związek między złym stanem zdrowia psychicznego, a bliskością opuszczonych miejsc – takich właśnie, z jakimi na co dzień do czynienia mają mieszkańcy powyższych rejonów. Włodarze miasta poważnie podchodzą do tego typu odkryć. Nie chcą, by zła sława, w jaką obrosło Glasgow, stała się jego wizytówką na świecie. Przywrócenie świetności wszystkich wyniszczonych terenów stanowi rzecz jasna ogromne wyzwanie – chociażby ze względu na gigantyczne koszty, które wygeneruje na przestrzeni lat. Niemniej jednak, nawet jeśli nie odwróci narastającego problemu śmiertelności, z pewnością przyczyni się do poprawienia jakości życia w mieście – i podreperuje jego nadszarpnięty wizerunek.

Spojrzenie w przyszłość

Jak mówi Jim Clark z Clyde Gateway, przywrócenie do życia pewnych części Glasgow – zarówno pod względem fizycznego zagospodarowania terenu, aktywizacji zawodowej ludzi, jak i pobudzenia ekonomicznego – zajmie wiele lat i pochłonie mnóstwo pieniędzy. Wydaje się jednak, że stanowi to jedyną drogę pozwalającą na dalszy rozwój jednego z największych ośrodków miejskich Zjednoczonego Królestwa i najludniejszego miasta w Szkocji.

Glasgow zaczęło transformować w ostatnich latach. Wybranie oficjalnym hasłem „People make Glasgow” w 2013 r. miało podziałać jak dobry szeląg. Organizacja Igrzysk Wspólnoty Narodów w 2014 r. – pokazać, że w aglomeracji skupiającej 1,2 mln ludzi tkwi ogromny potencjał, który jedynie czeka na uwolnienie.

Tego, co narosło przez dziesięciolecia – i co tak trudno było ubrać w odpowiednie ramy całym rzeszom socjologów badających zjawisko – z pewnością nie da się odwrócić kilkoma ruchami. To, że Glasgow odżywa, stanowi jednak dobry punkt wyjścia do oczyszczenia klimatu miasta i rozpoczęcia nowego, znacznie żywotniejszego rozdziału w jego historii.

Krzysztof Mielnik-Kośmiderski