Brexit obudził demony. Czy można je znowu uśpić?

0

Zabójstwo w Harlow. Pobicia w Leeds, Lancaster i raz jeszcze w Harlow. Wyzwiska, zaczepki, obraźliwe ulotki. Jasne, nie ma co histeryzować, ani generalizować mierząc wszystkich Wyspiarzy jedną miarą i przyklejając im łatkę „Polakożerców”. Faktem jednak jest, że na naszych oczach właśnie pryska (i to raczej pewnie bezpowrotnie) mit o brytyjskiej „ziemi obiecanej”.

Miejsce, które miało być bezpiecznym domem dla setek tysięcy Polaków pokazuje swoje drugie, mroczne oblicze. Jest w tym jakiś osobliwy paradoks. Jak to możliwe, że kraj z tak bogatą kolonialną przeszłością, zamieszkały przez nacje z całego świata, otwarty – jak mogłoby się wydać – na mnogość kultur nagle okazuje się wylęgarnią podatnych na nacjonalistyczne hasła ksenofobów?

To politycy dali ludziom przyzwolenie na okazywanie nienawiści

– Wbrew pozorom takie poglądy zawsze obecne były w mentalności części Brytyjczyków. Trafiały zwykle do młodych ludzi z obszarów szczególnie mocno dotkniętych bezrobociem i wykluczeniem społecznym. Do ludzi, którzy mieli poczucie, że coś im się w życiu nie udało i szukali winnych tej sytuacji – uważa dr Ben Stanley, politolog Uniwersytetu Sussex i SWPS. Tyle, że – jak kontynuuje – do tej pory nie było przyzwolenia na ujawnianie tych poglądów, a tym bardziej na robienia tego w tak radykalnej formie. Punktem zwrotnym był Brexit, a mówiąc ściślej poprzedzająca go kampania referendalna.

– Od tego momentu coś się zmieniło. Ludzie zauważyli, że elity polityczne, po raz pierwszy od 30 lat, dają przyzwolenie i wręcz otwarcie zachęcają do wyrażania postaw ksenofobicznych. Brexit dostarczył wielu ludziom swoistego „upoważnienia” do tego, by wskazać Polaków jako sprawców tego, co złego ich spotkało – mówi dr Stanley.

– Przy czym to nie jest tak, że bez Brexitu tych emocji i uprzedzeń by w społeczeństwie nie było. Przecież właśnie dzięki nim Brexit był w ogóle możliwy – dopowiada brytyjski politolog. Jego zdaniem dla „sprawy polskiej” sam wynik głosowania z 23 czerwca nie był aż tak istotny jak to, co działo się na Wyspach wcześniej.

– Emocje w trakcie kampanii zostały tak „podkręcone”, że gdyby do Brexitu nie doszło, to być może byłoby jeszcze gorzej, bo głosujący za nim ludzie szukaliby jakiegoś sposobu na rozładowanie swoich frustracji. Tyle, że dzisiaj ci, którzy głosowali za Brexitem mają poczucie, że wygrali i dzięki temu zyskali pewność siebie – kończy swój wywód Ben Stanley.

Podobną diagnozę stawia też Dominik Owczarek, analityk z Instytutu Spraw Publicznych. Zwraca on uwagę, że brytyjska Partia Konserwatywna (torysi), czyli ugrupowanie typowo mainstreamowe (wszak to jej przedstawicielami byli m.in. Winston Churchill, Margaret Thatcher, czy John Major) w ostatnim czasie zdecydowanie skręciła w prawo, przejmując retorykę od radykalnego UKIP-u (Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa) Nigela Farage’a. Trudno się z tym nie zgodzić słuchając minister spraw wewnętrznych Amber Rudd, która proponuje nałożyć na pracodawców obowiązek prowadzenia list zatrudnionych przez siebie cudzoziemców.

– Granice tego, co można w debacie publicznej zostały daleko przesunięte. Dziś niektóre hasła UKIP stanowią elementy programu torysów. Co więcej, nawet już po Brexicie cieszą się one społecznym poparciem. To pokazuje, że w Wielkiej Brytanii zaszła pewna zmiana bardzo niedobra dla wszystkich migrantów – stwierdza Dominik Owczarek.

To cena za nasz brak integracji z lokalnymi społecznościami?

No właśnie, dla wszystkich, czy tylko dla niektórych? Czy inne nacje zamieszkujące Zjednoczone Królestwo również znalazły się na celowniku, o czym już polskie media niekoniecznie informują? A może Polacy są jakimiś pechowcami, na których głównie skupiły się negatywne emocje?

Zdaniem Bena Stanleya fakt, że ksenofobiczne ataki wymierzone są dziś przeciwko Polakom wynika z dwóch przyczyn: po pierwsze w kontekście poprzedzającej Brexit kampanii mówiono o migrantach z Europy Środkowo – Wschodniej (przebywającym już od dawna na Wyspach przedstawicielom nacji azjatyckich tyle „uwagi” nie poświęcano), a po drugie jest ich relatywnie dużo (GUS szacuje, że tylko w Wielkiej Brytanii na koniec ubiegłego roku przebywało 720 tysięcy Polaków i była to liczba o 35 tys. większa niż na początku roku). Mówiąc wprost: rzucają się w oczy, a przy tym mają kiepską prasę. I to jest interpretacja dość… optymistyczna. Bo Piotr Płonka z Instytutu Allerhanda (a w przeszłości przez wiele lat czynny polski związkowiec w Wielkiej Brytanii, działający wśród tamtejszej „nowej emigracji”) wskazuje jeszcze inne przyczyny takiego rozwoju sytuacji.

– Kampania brexitowa była tylko iskrą, ale ten proces narastał on dawna – uważa. Ów proces zaś, czyli niechęć części Wyspiarzy względem przybyszy znad Wisły wynika – jak ocenia –  między innymi z kiepskiej integracji mieszkających w Wielkiej Brytanii Polaków ze swymi angielskimi sąsiadami. Jego zdaniem źródła kłopotów po części można upatrywać w sytuacji, jaka wytworzyła się w wielu zakładach pracy.

– Często są takie sytuacje, że duży zakład jest wręcz zdominowany przez Polaków, którzy stanowią 60- 70 procent załogi. I już to się nie podoba. W dodatku w takim mieszanym towarzystwie szybko dają znać o sobie różnice kulturowe. To właśnie w zakładach pracy pojawiają się pierwsze napięcia, które potem przekładają się na to jak Polacy w ogóle są postrzegani – mówi Płonka.

Źródła tych napięć są rożne. Od różnego podejścia do pracy (polska praca na akord zdecydowanie nie podoba się Brytyjczykom, którzy zarzucają nam nieumiejętność zarządzania swoją energią i czasem pracy oraz pośrednie zachęcanie pracodawców do dokładania obowiązków… wszystkim pracownikom), braku znajomości języka angielskiego po zwykłą niechęć do nawiązywania kontaktów z pracownikami innych narodowości i angażowania się w akcje społeczne, co skutkuje tworzeniem się polskich „podgrup”. W efekcie gospodarze niewiele o nas wiedzą. Ani dobrego, ani złego. Jesteśmy dla nich „czystą kartą” i nie mamy ochoty, by coś na niej zapisać. Za jej zapisywanie zabrali się więc inni. Niestety to, co „piszą” nie było dla nas przyjemne. I tu znowu – jak mówi Płonka – możemy mieć też sami do siebie sporo pretensji, bo nie daliśmy sobie szansy, aby przekonać gospodarzy, że „równi z nas goście”.

– My nie potrafimy grać zespołowo. Jesteśmy rozproszeni i słabi. Dlaczego w kampanii przed Brexitem mówiło się o nas, a nie o Hindusach, czy Pakistańczykach? Bo oni są silni i zachowują się bardzo solidarnie względem siebie. Jak coś postanowią, to na pewno tak zrobią. A nam tego brakuje – komentuje Piotr Płonka.

 

Autor: Krzysztof Kruk