Boston – tam, gdzie Polak mówi dobranoc

0

To, że Wielka Brytania wiele zawdzięcza zarówno Polakom, jak i całej fali przybyszy z państw, które weszły do UE po 2004 r., udowadniano już na setki sposobów. Ekonomią rządzi matematyka. Ta nie kieruje się sentymentami, tylko liczbami. O obawach wobec nas stale jednak słyszymy w brytyjskich mediach. Gdzie znajdują one swe źródło?

Stara życiowa mądrość mówiąca, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, w żadnym innym mieście na Wyspach nie znajduje tak wyraźnego odzwierciedlenia, jak w liczącym sobie (wg spisu z 2011 r.) niespełna 65 tys. mieszkańców Bostonie. To właśnie położone na wschodnim wybrzeżu Anglii miasto w 2016 roku zostało uznane miejscem, w którym integracja między społecznością lokalną i napływową wypada najsłabiej.

Geneza problemu

Dobrym punktem wyjścia do zastanowienia się, skąd się to wzięło, będzie pewnie uświadomienie sobie historii tego miejsca. Boston od wieków stanowił ucieleśnienie brytyjskości. To tu znajduje się pomnik „ojców pielgrzymów” – grupy 102 purytanów, którzy na początku XVII w. wyruszyli do Ameryki, aby w „nowym świecie” szerzyć tradycyjne brytyjskie wartości. To właśnie od angielskiego odpowiednika nazwę swą wzięła amerykańska metropolia. W bezpośredniej bliskości miasta urodziły się tak ważne dla Wielkiej Brytanii postaci jak Sir Isaac Newton czy Margaret Thatcher. Boston od zarania był tak angielski, jak rodzina królewska, herbata z mlekiem, czy black pudding.

I choć na przestrzeni wieków również i tutaj nie brakowało imigrantów – jak to w portowym mieście – to jednak sprawa miała inne podłoże. Marynarze czy robotnicy rolni przybywający z Irlandii i Portugalii stanowili swoisty dodatek, wypełnienie, tło – nie zaburzając ducha tego miejsca i jego silnie osadzonej struktury. Aż do czasu…

2004

…rozciągnięcia granic Unii Europejskiej o 10 państw należących do byłego bloku wschodniego. Obok Londynu, Manchesteru czy Edynburga, dla Polaków, Litwinów i Łotyszy to właśnie Boston oraz okoliczne Wisbech czy Spalding stanowiły najbardziej łakomy kąsek. Dlaczego? W tych miejscach zapotrzebowanie na tanią, niewykwalifikowaną siłę roboczą było największe. Właściciele ogromnych połaci pól uprawnych Lincolnshire potrzebowali rąk do pracy przy zbiorach kalafiorów, brokułów czy truskawek co najmniej tak samo, jak Polacy gotówki. W krótkim czasie pola zaczęły więc roić się od przybyszy z naszej części Europy. A świadomość, że praca czeka na wyciągnięcie ręki sprawiła, że przybywaliśmy tu znacznie chętniej, niż do niezbadanych jeszcze rejonów Walii, Szkocji, czy Północnej Irlandii.

O ile jednak przedsiębiorcy zacierali ręce i liczyli zyski, reszta lokalnej społeczności przecierała oczy ze zdumienia. Miejsce, które doskonale znali i kochali, w jednej chwili zamieniło się w skupisko ludzi mówiących odmiennymi językami, zachowujących się w niezrozumiały sposób i zajmujących miejsca pracy, które co prawda przez lata pozostawały nieobsadzone, ale w świadomości miejscowych stanowiły swoiste koło ratunkowe. Gdy ktoś tonął, chwytał się go, by bez wielkiego wysiłku dorobić „parę funtów” do otrzymywanych zasiłków.
To wszystko skończyło się nagle, jak za dotknięciem złowrogiej magicznej różdżki.

Nowa rzeczywistość

Wyobraźcie sobie moje przerażenie wobec obecnego stanu naszego kraju. Nasi przodkowie walczyli w dwóch wojnach światowych dla naszej wolności – i to zostało nam zabrane. Nigdy nie prosiliśmy o masową imigrację. To nigdy nie było z nami konsultowane. Jedynie politycy tego chcieli. I większej jedności z Europą też. Większość z nas chce odzyskać nasz kraj z powrotem. A także powrotu tej ogromnej ilości imigrantów do miejsc, z których przybyli. Prawa człowieka zniszczyły naszą wolność, a ludzie Anglii są zagrożeni marginalizacją w swoim własnym kraju.

Ręcznie napisany list o powyższej treści przyklejono do okna biura UKiP przed wyborami parlamentarnymi w 2015 r. Jego autorem był 84-letni mieszkaniec Bostonu, który w ciągu kilku lat musiał przystosować się do życia w nowej rzeczywistości, która wcześniej nawet nie mieściła mu się w głowie!

Liczba imigrantów zamieszkujących miasto wzrosła w ciągu dziesięciolecia (2001-2011) o rekordowe 467 proc. Zgodnie z danymi zebranymi w spisie powszechnym 2011 r., 10,6 proc. aktualnej populacji Bostonu stanowią przybysze z krajów takich jak Polska, Łotwa, czy Rumunia. Wielu twierdzi, że faktycznie może nas tam mieszkać nawet dwa razy więcej.

Antyimigracyjne nastroje narastały wraz z każdym sklepem o obcobrzmiącej nazwie, który wypełniał West Street. A tych w ekspresowym tempie przybywały dziesiątki. Obecnie bezprecedensowo wysoki odsetek lokali handlowych (sklepy z gazetami, zakłady fryzjerskie, lokale gastronomiczne) obejmujących centrum miasta znajduje się w rękach obcokrajowców. Główna ulica miasta w krótkim czasie zyskała sobie wśród bostończyków alternatywne miano „East Street”. Obecnie, pomimo iż jest sercem miasta, znacznie częściej można usłyszeć tu któryś z języków centralnej Europy niż angielski.

Trudna droga do jedności

Wspomniane badania poziomu integracji obejmowały 160 miast Anglii i Walii. Klasyfikacja uwzględniała miejscowości o populacji większej niż 20 tys. osób i o odsetku co najmniej 15 proc. mieszkańców, których określić możemy inaczej niż white british. Miast w zestawieniu znalazło się tak dużo, że wdrapanie się na szczyt tego niechlubnego rankingu musi dowodzić istnienia prawdziwie głębokich podziałów.

Przed kilku laty głośno było o organizowanym w Bostonie proteście, i choć charakterystyczna powściągliwość Anglików oraz poczucie stania na straconej pozycji ze strony imigrantów zapobiegły eskalacji konfliktu, wzajemne relacje między „nami” a „nimi” (w dowolnej interpretacji tego, kto jest kim), w dalszym ciągu nie należą do najcieplejszych.

„Czy faktycznie jest tu aż takie tarcie między miejscowymi, a imigrantami?” – pytam Pawła Wiśniewskiego, który kilka lat życia spędził w Bostonie.

„Nie wiem, jak przyrównać to do dużych miast, jak Londyn czy Edynburg, ale to, że życie toczy się w małej społeczności ma pewnie swoje znaczenie. Jeśli miejscowi zdołają cię już w miarę dobrze poznać, jesteś traktowany inaczej. Można wtedy spokojnie się z nimi porozumieć (…) Wśród bliskich znajomych miałem Łotyszy, parę osób z Litwy i Czech. I kilkoro Anglików (…) Dużo zależy też od twojego charakteru. Jak ktoś unika kontaktów z ludźmi, będzie mu ciężko je nawiązać nie tylko w Bostonie. Ja lubię pożartować, pośmiać się – więc nie miałem wielkich problemów i miejscowi raczej mnie lubili. Ale faktycznie, tam nie ma co liczyć na to, że ktoś się ucieszy, gdy na przywitanie oznajmisz, że jesteś z Polski.” – odpowiada.

Paweł przypomina sobie rozmowę z „bostończykiem z dziada pradziada”, który sam przyznał, że imigracja jest dobra, bo miasto zyskuje wpływy z podatków i idzie do przodu. „Facet powiedział, że ma syna i wie, że nawet jakby mu dał £100 za godz., to ten nie wziąłby się za robotę, którą Polacy bez słowa sprzeciwu wykonują po 12 czy 14 godzin dziennie.”

I jeszcze raz ocena sytuacji w mieście okazuje się pojęciem względnym. W rozmowach, które przeprowadzali dziennikarze Paul Gallagher i Chris Roycroft-Davis dużo mocniej bowiem rozbrzmiewa dźwięk segregacji „my kontra oni” – zarówno ze strony miejscowych, jak i przyjezdnych. Dlaczego tak jest? Najprawdopodobniej Polacy w swym postrzeganiu bagatelizują problem, a Anglicy nieco go przerysowują.

Co zrobić, żeby znaleźć punkt styczny i poprawić tę sytuację? „Nie ma innej drogi niż szukanie tego, co łączy nas wszystkich – miejscowych i przyjezdnych” – mówi Harish Karup, specjalista w dziedzinie ortopedii pracujący w miejskim szpitalu, ale również społecznik. „Naszym głównym celem jest wzmocnienie wizerunku miasta, promocji zdrowia i integracji kulturowej różnych grup. Staramy się to robić najlepiej, jak potrafimy” – dodaje.

Nadzieja umiera ostatnia

Mimo nieprzychylnego nastawienia do napływających wciąż rzesz imigrantów, trzeba brać poprawkę na to, że rzecz dzieje się w warunkach brytyjskich, a nie w strefie wojny. Rdzenni mieszkańcy wprawdzie nie zaczęli oblegać sklepów z polską żywnością ze wzrostem proporcjonalnym do ich powstawania, a w pubach częściej można natknąć się na biesiadę polsko-łotewską niż np. rumuńsko-angielską, ale mimo to życie wszystkich grup toczy się we względnej symbiozie.

„Ludzie zawsze będą mieli jakiś problem” – uważa Wiśniewski dodając: „Dopóki rejon będzie ubogi w dobre miejsca pracy, niewiele się tutaj zmieni.”

Czyż nie tu leży klucz? Na to, że Boston kiedykolwiek stanie się metropolią choć trochę dorównującą amerykańskiemu odpowiednikowi, rzecz jasna liczyć nie można. Na to, że wpływy z podatków płaconych przez przyjezdnych pobudzą lokalną gospodarkę – zdecydowanie tak.

Nowe miejsca pracy w regionie stanowią tęsknotę nie tylko autochtonów, ale również imigrantów. Pozostaje kwestia, czy i tym razem Polak, Łotysz i Rumun nie okażą się bardziej konkurencyjni od wciąż przecierających oczy bostończyków?

Krzysztof Mielnik-Kośmiderski

Źródło: emito.net