Bohaterowie wojennego nieba i… proza życia

0

Brytyjczycy od przeszło miesiąca świętują okrągłą, 75-tą rocznicę Bitwy o Anglię. I będą tak jeszcze świętować przez kolejne kilka tygodni. Bo też mają ku temu powód. Jeszcze nigdy w historii Wyspiarzom strach tak głęboko nie zaglądał w oczy jak latem 1940 roku. 

Zaprawione w bojach armie Hitlera dzielił od Wielkiej Brytanii tylko kanał La Manche. By go przebyć trzeba było tylko pozbyć się z nieba angielskich lotników. Ci jednak nie dali się „sprzątnąć”. Wręcz przeciwnie, sami „sprzątnęli” ponad 1700 niemieckich samolotów, uniemożliwiając tym samym inwazję na Wyspę.

Wśród garstki tych, którzy 75 lat temu obronili niebo nad Anglią byli też Polacy. O ich dokonaniach napisano już niejedną książkę. Roi się w nich od podniebnych pojedynków, zestrzeliwanych Heinkli i Messerschmittów, zwycięstw i tragedii. Przy uważnej lekturze można jednak dostrzec również coś innego – tzw. prozę życia. Bo przecież nie samym lataniem i walką żyli polscy piloci. Ich naziemne przygody mogłyby się stać gotowym scenariuszem do świetnego filmu obyczajowego lub komedii omyłek.

Czy macie w Polsce tramwaje? Czy chodzicie do kina?

– Poza tym, że jest taki kraj jak Polska, że leży pomiędzy Rosją i Niemcami, że Piłsudski, Paderewski i Chopin to Polacy, przeciętny Anglik nie wiedział praktycznie nic – przyznał Geoffrey Marsh, brytyjski oficer, który szkolił Polaków z dywizjonu 303. Ba, gdybyż to jeszcze była taka zwykła, „czysta” niewiedza! Angielskie wyobrażenia o Polsce i Polakach były natomiast połączeniem niewiedzy, życzliwego współczucia (często zdarzało się, że kelnerzy nie pozwalali płacić za posiłki, a goście knajp hojnie fundowali im napitki) i kompletnie absurdalnych stereotypów. Skutkiem tego Wyspiarze całkiem serio pytali o to, czy w Warszawie są tramwaje, czy w Krakowie są kina, a co niektórzy byli zaskoczeni tym, że Polacy mają swój własny język i nie mówią po… niemiecku. Po pierwszych sukcesach polskich lotników i histerii, jaka wybuchła w brytyjskich mediach na ich punkcie do tego katalogu dopisano jeszcze jeden: dyszący żądzą zemsty Polak o niczym innym nie myśli jak tylko o zabijaniu Niemców. Non stop, przez całą dobę. Chuck Norris się chowa.

Say again, sir – odpowiada lotnik królowi

Przełamywaniu stereotypów nie sprzyjała bariera językowa. Choć dziś, w dobie MTV, hamburgerów i zalewu filmu spod znaku Hollywood, trudno w to uwierzyć, to jednak przed II wojną światową angielski wcale nie był w Europie zbyt popularnym językiem. Znaczna część polskich oficerów lotnictwa znała francuski, bądź niemiecki (Francja uważana była za europejskie supermocarstwo i kulturalny „pępek świata”, a i rosnące w siłę Niemcy trudno było ignorować), ale angielski był praktycznie nieznany.
– W chwili przybycia do Wielkiej Brytanii większość z nas znała niewiele więcej ponad dwa angielskie słowa: yes i no. Ba, gdyby tylko było wiadomo , jak je poprawnie używać… ! – napisał później we swoich wspomnieniach Jan Zumbach, jeden z najsłynniejszych polskich asów myśliwskich II wojny światowej. Z kolei według Johna Kenta, brytyjskiego oficera oddelegowanego do dywizjonu 303 zaledwie jeden Polak miał jako takie obycie z angielskim, przy czym owo obycie sprowadzało się do zdania… come on, boys!
To musiało się skończyć całą serią nieporozumień. Zumbach z rozbawieniem opisuje jak jeden z jego kolegów podczas badania lekarskiego usłyszał pytanie: „Have you a VD” (venereal disease)? Mając już dość przedłużającej się procedury dla świętego spokoju odparł „yes” i…z podejrzeniem choroby wenerycznej został zabrany na intensywne badania podbrzusza.
Chcąc nie chcąc Polacy przed wysłaniem do walki musieli zatem przejść intensywny kurs angielskiego, wkuwając przede wszystkim słówka z terminologii lotniczej. Na naukę bardziej wyrafinowanych zwrotów już czasu zabrakło, o czym przekonał się we wrześniu 1940 król Jerzy VI wizytujący polską bazę w podlondyńskim Northolt. To już był ten okres, gdy polscy lotnicy byli na ustach wszystkich. Monarcha gratulując wspaniałych osiągnięć zapytał o coś jednego z lotników, a ten nie zrozumiawszy o co się go pytają wypalił, zgodnie z wyuczoną procedurą stosowaną przy niezrozumieniu komunikatów radiowych: say again, sir!

Angielki wolały naszych. I wysoko ich oceniały

Znacznie łatwiej niż z brytyjskim monarchą Polakom szło dogadywanie się z brytyjskimi dziewczynami. Z użyciem słów lub.. bez nich.
Przybywając do Wielkiej Brytanii Polacy byli przekonali, że na tej zamglonej wyspie nie znajdą żadnych pięknych kobiet. Mylili się. A już zupełnie nie spodziewali się tego, jak wielką furorę zrobią wśród Brytyjek. Te na widok szarmanckich, całujących w rękę przybyszy z dalekiego kraju po prostu oszalały. Tradycyjna wiktoriańska moralność poszła w kąt.
– Wafki (popularna nazwa na Kobiecą Służbę Pomocniczą) atakują nasz stoicki spokój. Dostałem od jednej kilogramową paczkę czekolady. Podpisała się, że od tej, co kocha. Ale która jest to jest u diabła? – zastanawiał się w swym dzienniku Wacław Król, kolejny myśliwiec dywizjonu 303 (tajemnica wyjaśniła się kilka dni później, gdy nadawczyni paczki wkradła się wieczorem do pokoju pilota).
Na porządku dziennym były flirty i burzliwe romanse. Pełne ręce roboty mieli przydzieleni Polakom nauczyciele języka angielskiego, którym ci przynosili listy miłosne do (i od) swoich wybranek. Nie zawsze zresztą długa konwersacja była potrzebna.
– Dziewczyny tańczyły i pieściły się chętniej z lotnikami – cudzoziemcami niż ze swoimi. Czasami gestykulacja rąk obcego była bardziej pożądana niż standardowy zwrot partnera angielskiego: We have a very fine evening, haven’t we? – wspominał Jan Zumbach. Polski as z rozbrajającą szczerością przyznawał, że tym, co lotników z bazy w Northolt najbardziej przyciągało do pobliskiej gospody Orchard Inn były „dziewczyny, ładne, przystępne i przyjazne”. Sława polskich podbojów na ziemi musiała dorównywać tej, która otaczała ich podniebne wyczyny, bo dyrektorka jednej z prywatnej szkół dla dziewcząt radziła swym podopiecznym, by trzymały się z dala od ginu i… polskich lotników. Nie oznacza to jednak, że w kontaktach z polskimi myśliwcami Angielki były wyłącznie „zwierzyną”. Czasami to one stawały się „łowcami”. W pamiętnikach Jana Zumbacha znajdujemy historię wieczoru, jaki spędził on z pewną Angielką imieniem Anny. Gdy już znaleźli się w jej pokoju i dziewczyna poszła się wykąpać lotnik sięgnął po leżący na nocnym stoliku notes, otworzył go, zaczął czytać i zdębiał. W środku znajdował się bowiem drobiazgowy zapis wszystkich swoich „zdobyczy” dziewczyny razem z wystawionymi im ocenami.
– Lista jej zestrzeleń, jak mogłem ocenić z szybkiego przeglądu, liczyła około trzydziestu nazwisk. Brakowało tylko fotografii – pisze Zumbach. Jak odnotował w tym gronie znalazło się też kilku innych pilotów z polskiego dywizjonu.
– Anna wystawiała im wszystkim oceny bardzo dobre, podczas gdy na temat miłosnych wyczynów swoich rodaków wypowiadała się raczej krytycznie – wspomina lotnik.

Z Polakami da się nawet latać bez skrzydeł

Powodzenie Polaków o Angielek budziło nie lada konsternację brytyjskich pilotów. Niektórzy próbowali podszywać się pod Polaków, umieszczając sobie na mundurze przed pójściem na dancing naszywki z napisem „Poland”, inni skarżyli się w listach do gazet, że Polacy „rekwirują wszystko, co ładne i skromne”.
Na Polaków skarżyli się też ich brytyjscy dowódcy którzy do czasu ujrzenia ich w boju mieli dość kiepskie zdanie na temat ich umiejętności, a jeszcze gorsze na temat ich dyscypliny. Z tym ostatnim faktycznie bywało różnie – Polacy mieli dość swobodne podejście do królewskich regulaminów, a ich gorąca krew czasami dawała znać o sobie w zgoła zaskakując sposób. Spięcie, do którego doszło na zabawie tanecznej w pobliżu Northolt (poszło oczywiście o dziewczynę) skończyło się wielkim mordobiciem, zaś innym razem grupa wracających do bazy podpitych polskich mechaników wdała się w strzelaninę z pilnującymi wejścia do bazy Irlandczykami.
Z biegiem czasu, gdy już Polacy jako tako opanowali język angielski, zaś Anglicy przekonali się jak Polacy celnie strzelają nawet relacje z „górą” stały się całkiem poprawne, a nawet serdeczne. Wyspiarze stali się stałymi gośćmi na urządzanych przez Polaków przyjęciach („nigdy dotąd nie wzbiłem się tak wysoko bez skrzydeł – wspominał szef bazy w Northolt po tym jak świętujący 100 zwycięstwo Polacy trzy razy podrzucili go na rękach w powietrze), zaś rozstający się jesienią 1940 roku z dywizjonem 303 John Kent napisał w dzienniku jednostki, że był to „najwspanialszy i najbardziej pouczający” okres w jego życiu.