Mało Brexitu w tym Brexicie

0
Dover Banksy by Ian Clark (CC BY 2.0)

Obecny stan krytyczny negocjacji między Unią a Zjednoczonym Królestwem nie wróży wiele dobrego. Obie strony mają przygotowany scenariusz pokrywający już wszystkie aspekty przyszłych stosunków Wielkiej Brytanii z kontynentem. Ten po stronie unijnej gotowy jest już od kwietnia ubiegłego roku i upubliczniony przez doświadczonego negocjatora Michela Barniera. A w wypadku brytyjskim scenariusz upieczony został zaledwie trzy tygodnie temu na spotkaniu w rezydencji Chequers. Przedstawił go zapalony nowy adept, Dominic Raab, który zastępuje swojego zbyt flegmatycznego poprzednika. Problem leży tylko w tym, że scenariusze pasują do dwóch różnych sztuk. Z jednej strony mamy “Sen Nocy Letniej”, a po drugiej “Czekanie na Godota”. 


Istnieje coraz większa obawa, że bohaterowie tego dramatu może w ogóle nie dojdą do porozumienia na czas.
Niby jest jeszcze co negocjować, ale szansa porozumienia maleje, częściowo dlatego, że jest to świadomy cel skrajnych brexitowcόw, a częściowo dlatego że nawet przy dobrej woli mało prawdopodobnym jest zakończenie skomplikowanych negocjacji w 3 miesięcznym terminie.
Strona unijna już z góry odrzuca np. możliwość wyselekcjonowania reżimu wolnocłowego dla sektora przemysłowego czy rolniczego, ale nie na przykład w wypadku usług finansowych. Dla UE albo jest unia celna w całości, albo jej nie ma. Nie może być czegoś pomiędzy gdzie Brytyjczycy mogą dalej korzystać ze strefy bezcłowej dla żywności czy samochodów, ale również mogą mieć oddzielne umowy handlowe z innymi państwami poza unijnymi. Europa będzie wymagała zmian, na które skrajni zwolennicy twardego Brexitu w gabinecie i w partii konserwatywnej nie zgodzą się.
Widząc co w trawie piszczy media już się rozkoszują myślą o tym, jak takie nagłe oderwanie Wielkiej Brytanii będzie wyglądało. Okazuje się, że na takie negatywne rozwiązanie przygotowuje się już Komisja Europejska w specjalnym raporcie nawołującym państwa, regiony i przedsiębiorstwa unijne do stworzenia twardej granicy z Wielką Brytanią po marcu następnego roku. Poszczególne rządy europejskie też już posiadają rozwiązania na taki scenariusz. Dla przykładu Niderlandy, które już zatrudniły przeszło 900 nowych urzędników celnych do obsłużenia portów i lotnisk, czy Belgia, która m.in. zainwestowała w nową łódź podwodną do wykrycia po brexitowskich szmuglerów.
Dotychczas rząd brytyjski nie zdradza pośpiechu w przygotowaniu się na jakikolwiek kryzys. Zagadnięty w parlamencie na temat wzrostu kosztów żywności po narzuceniu cła w wypadku Brexitu minister Raab zapewnił, że Wielka Brytania nie musi uzależniać się od żywności z krajów unijnych. Nie wiem czy minister Raab jest świadomy, że 30% żywności skonsumowanej w Wielkiej Brytanii pochodzi obecnie z krajów unijnych, a mniej niż 20% pochodzi z innych krajów. Poziom cła na produkty mleczne może wynosić powyżej 70% poza Unią. Już według analiz Londyńskiej Szkoły Ekonomii po twardym Brexicie będzie brakowało w sklepach europejskich serów, jogurtów i mleka w proszku dla niemowląt. Nawet tradycyjny angielski ser cheddar importowany jest teraz z Irlandii, Francji i Niemiec. Zapowiadają się wyjątkowo długie wielokilometrowe kolejki do portów dla towarów eksportowych i jeszcze większe braki żywności z zagranicy ze względu na blokadę portów przez ciężarówki i kontenery oczekujące oclenia i sprawdzenia ich dokumentów.
Szef brytyjskiego stowarzyszenia transportowców (Road Haulage Association) twierdzi że nie ma możliwości zapewnienia magazynów do przechowywania świeżej żywności na większą skalę i dlatego już długo przed marcem nastąpią braki w sklepach owoców, jarzyn, wieprzowiny, wołowiny i produktów w puszkach.
Minister zdrowia Matt Hancock zapowiada, że zaczyna planować konsolidowanie zapasów leków, zastrzyków i krwi w wypadku gwałtownego odejścia z Unii, ale doktorzy przypominają, że nie można trzymać w składach np. izotopów, które są używane do natychmiastowej diagnozy raka czy skrzepu w płucach, a które nie będą już dostępne po wyjściu Unii z Euratomu. Są nawet plany do użycia wojska w transportowaniu leków czy żywności.
Widać, że w końcu Europa i Wielka Brytania przygotowują się mimochodem na taki katastrofalny scenariusz, mimo że brytyjscy politycy wciąż żyją w nadziei, że nic podobnego się nie stanie, i że w ostatniej chwili (a więc w październiku) dojdzie wreszcie do umowy.
Natomiast jeden aspekt tego scenariusza wciąż leży odłogiem. Co się stanie z prawami pobytu 3 milionów obywateli unijnych w Wielkie j Brytanii i jednym milionem obywateli brytyjskich w Europie? Jak dotychczas sprawy praw obywateli EU, a więc też i Polaków, zostały już daleko posunięte w negocjacjach. Wspólne porozumienie w tej sprawie zostało wpisane do Umowy Wyjściowej (Withdrawal Agreement) oczekującej już tylko zakończenia pozostałych negocjacji. Wiadomo, że według tej umowy każdy obywatel unijny, który nie posiadał obywatelstwa brytyjskiego, a chciał pozostać w Wielkiej Brytanii wraz ze swoją rodziną musiał złożyć aplikację do Home Office po 29 marca 2019, aby uzyskać prawo do tzw. settled status, jeżeli żył i pracował tu już 5 lat, a tylko do pre-settled status, jeżeli jeszcze te 5 lat pobytu nie upłynęło. Każdy członek rodziny musiałby złożyć oddzielnie podanie, nawet małoletni. Termin składania wniosku ma trwać tylko do 30 czerwca 2021. Przymus aplikacji ponownej obowiązywałby nawet wtedy, jeżeli petent już uzyskał poprzednio stałą rezydenturę, która w momencie odejścia od Unii stawałaby się nieważna.
Te decyzje były w swoim czasie kontrowersyjne, bo organizacje reprezentujące obywateli unijnych, domagały się po prostu zarejestrowania poprzedniego statusu a nie składania o nowy. Chciały też, aby rejestracja była darmowa i aby cały proces rejestrowania był wciąż podległy decyzjom Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości (do czego rząd brytyjski dopiero w tym tygodniu się zobowiązał). Protestowano przeciw deportacjom Polaków, przeciw odbieraniu paszportów brytyjskich dzieciom polskim, przeciw narzucaniu Polakom kosztów korzystania z NHS.

Lecz w obliczu możliwości wyjścia Wielkiej Brytanii bez zawartej umowy to praktycznie unicestwia umowę wyjściową i przekreśla wszystko co zostało uzgodnione. Zostawia wszystkich obywateli polskich i unijnych osiadłych na tych wyspach bez żadnych uprawnień i żadnej przyszłości. Bez natychmiastowego rozwiązania problemu ich statusu, sytuacja staje się potencjalnie katastrofalna. Właściwie byłaby to wolna amerykanka. Każdy pracodawca i każdy gospodarz domu, każdy dyrektor szkoły i każdy ordynator szpitala musiałby sam decydować czy dany polski pracownik, polski lokator, polski uczeń, polski pacjent, ma prawo dłużej tu przebywać. Przy tym również wszystkie elementy w społeczeństwie brytyjskim, które były wrogo nastawione do naszego pobytu w tym kraju odezwałyby się znowu, I to z jeszcze większą intensywnością niż miało miejsce zaraz po ogłoszeniu wyniku referendum. Ten obraz jest trudny do wyobrażenia w tym cywilizowanym kraju, który dotychczas przyjmował nas raczej serdecznie.
To czarna wizja, którą wielu zwolenników Brexitu gotowych byłoby brawurowo urzeczywistnić. Dla nich wszelka próba zmiękczenia ostrego zerwania z Unią Europejską traktowana byłaby jako brytyjska wersja Targowicy.
A niedoszła składanka Pani May już dawno leżałaby w śmietniku.

I w tej sytuacji Zjednoczenie Polskie wkroczyło do akcji pisząc list do Premiera Theresy May, podpisany przez prezesa Tadeusza Stenzla, apelujący, aby wszystko co uzgodniono dotychczas w sprawie obywateli unijnych, zostało teraz zatwierdzone ustawą w parlamencie jeszcze przed terminem Brexitu. List jest jak najbardziej na czasie nie tylko dlatego aby przypomnieć władzom brytyjskim o ich obowiązku wobec osób z Europy, które tu pracowały i płaciły podatki z myślą, że mogą tu osiąść na stałe, ale również dla upewnienia Polaków w tym kraju, że tradycyjna polska instytucja staje w ich obronie.

Wiktor Moszczyński