DYWIZJON 303. Zapomniani bohaterowie

0
Temat numeru: DYWIZJON 303. Zapomniani bohaterowie

Pod koniec sierpnia na ekrany kin weszły dwa filmy poświęcone polskim lotnikom z dywizjonu 303. W rolę bohaterów bitwy o Anglię wcielili się m.in. Piotr Adamczyk, Maciej Zakościelny („Dywizjon 303”) oraz Marcin Dorociński i Milo Gibson, syn słynnego Mela Gibsona („303. Bitwa o Anglię”). Oba filmy powinny usatysfakcjonować miłośników bohaterskiej wizji historii Polski. Kosynierzy z 303 w obronie angielskiego nieba dokonują cudów waleczności, strącając jeden za drugim niemieckie myśliwce i bombowce, przy okazji podbijając serca Brytyjek.

Trudno się dziwić filmowcom, że sięgnęli po historię dywizjonu 303. Jego dokonania w trakcie bitwy o Anglię z 1940 r. to faktycznie gotowy materiał na scenariusz. Tak samo zresztą jak powojenne losy polskich lotników, choć w tym drugim filmie miejsce podniebnych fajerwerków zastąpiłaby szara proza życia. Bohaterowie bowiem – jak to często bywa – wkrótce okazali się niepotrzebni i pozostawieni samym sobie musieli układać sobie przyszłość od nowa. Polacy padli ofiarą politycznych rozgrywek. Gdy latem 1940 r. lotnicy z dywizjonu 303 bronili nieba nad Londynem Polska była najważniejszym (bo też jednym z nielicznych) wojskowym sojusznikiem Wielkiej Brytanii. Kiedy rok później do wojny dołączył Związek Radziecki, a po kolejnych kilku miesiącach Stany Zjednoczone przestaliśmy już jednak być dla Wyspiarzy tacy istotni. Ważniejszy okazał się potencjał amerykańskiej gospodarki i miliony żołnierzy, których mógł skierować na front Józef Stalin. Zmianę priorytetów Anglicy pokazali przy okazji Katynia, Jałty, czy nawet uroczystości z okazji zakończenia wojny, kiedy to polskim jednostkom uniemożliwiono udział w londyńskiej paradzie zwycięstwa, aby w ten sposób nie drażnić komunistycznych władz nowej Polski. Zmieniły się także nastroje angielskiej ulicy. Zdemobilizowanych Polaków zaczęto postrzegać jako potencjalnych konkurentów na rynku pracy. Przeciwko ich obecności protestowały związki zawodowe, na murach zaczęły pojawiać się napisy „Polacy do domu”.

Przemytnik i najemnik, czyli przygody mistera Browna

– Oficerom, którzy chcieliby zostać w Wielkiej Brytanii, proponowano udział w różnych kursach (…) uczących np. zawodu księgowego. Inna propozycja, dla tych, którzy chcieli nadal latać, dotyczyła zatrudnienia za pokojowym wynagrodzeniem, o wysokości odpowiadającej, mniej więcej żołdowi amerykańskiego kaprala. Na decyzję miało się trzy dni; tylko tak długo zapewniano jeszcze gościnę. Nawet dla bohaterów było to więcej niż trzeba, by zrozumieć, że doszliśmy do cmentarza sławy – tak ostatnie chwile w mundurze myśliwca wspomina Jan Zumbach, jeden z najbardziej znanych polskich weteranów bitwy o Anglię. W chwili, gdy u schyłku 1946 r. odchodził z lotnictwa wojskowego Zumbach miał stopień podpułkownika, 13 zestrzelonych samolotów wroga na koncie oraz polskie i brytyjskie odznaczenia za męstwo. Miał też – jak się okazało – żyłkę przedsiębiorcy i dość swobodne podejście do przepisów celnych. Przez kolejną dekadę Zumbach, oficjalnie prowadząc lotnicze firmy przewozowe, pędził życie przemytnika. Jego samoloty kursowały od Europy po północną Afrykę i Bliski Wschód szmuglując diamenty, walutę, złoto, przedwojenne papiery wartościowe, szwajcarskie zegarki, amerykańską penicylinę, a nawet żydowskich bojowników do powstającego właśnie Izraela. Dawny obrońca nieba nad Londynem stał się specjalistą od organizacji lewych papierów, chowania w samolocie trefnego towaru i wodzenia ze nos celników. Najbardziej spektakularny transfer miał jednak miejsce w roku 1961, kiedy to Zumbach otrzymał zlecenie z afrykańskiej Katangi. Przywódca tej zbuntowanej prowincji Konga zapragnął stworzyć własne siły powietrzne, a jego emisariusze zaproponowali podjęcie się tego zadania właśnie Polakowi. I tym oto sposobem do grona działających na Czarnym Lądzie najemników dołączył mister Brown (gdyż pod takim pseudonimem występował Zumbach). Polak miał zorganizować przerzut z Europy kupionych tam samolotów, a także zwerbowanych przez siebie pilotów i mechaników, po czym uzbroić maszyny i koordynować misje bojowe nad kongijską dżunglą. Brzmi to niczym fabuła sensacyjnego filmu na miarę „Psów wojny”, ale to jeszcze nie był koniec afrykańskiej sagi Zumbacha. W drugiej połowie lat 60-tych podobne zadanie (przerzut samolotów, ich uzbrojenie i loty bojowe) wykonał też dla Biafry, ogarniętej rewoltą prowincji Nigerii. Ustatkował się dopiero po 50-tce, osiadając na stałe we Francji.

Królowa łamie protokół. Z powodu Polaka

Legendarny dywizjon 303 rozwiązano 27 listopada 1946 roku. Ostatni rozkaz odczytał Witold Łokuciewski. On – w przeciwieństwie do Jana Zumbacha – zdecydował się wrócić do Polski. Początki w nowej rzeczywistości nie były łatwe, ale potem było jeszcze gorzej. Nie dość, że wojsko w nowej „ludowej” Polsce nie kwapiło się, by skorzystać z jego umiejętności, to jeszcze został odsunięty od szkolenia młodzieży w aeroklubie, czym zajmował się przez pierwsze miesiące po powrocie. Okazało się, że weteran bitwy o Anglię – jako „politycznie niepewny” – ma się trzymać z daleka od wszelkich lotnisk. – Wszędzie okazywało się, że nie ma dla mnie pracy. Personalnicy witali mnie jak zadżumionego – wspominał po latach Łokuciewski. Były myśliwiec z musu chwytał się różnych zajęć – pomagał teściowi w prowadzeniu kancelarii adwokackiej, pracował jako akwizytor w zakładzie fotograficznym, czy przy produkcji wapna. Sytuacja zmieniła się dopiero po „odwilży” 1956. O losie zapomnianego lotnika masowo zaczęły rozpisywać media, zaczęto organizować z nim otwarte spotkania aż wreszcie propozycję służby złożyło mu Ludowe Wojsko Polskie. Powołano go do Dowództwa Wojsk Lotniczych. Przez pewien czas dawny dowódca Dywizjonu 303 był oblatywaczem, zdarzyło mu się nawet wystąpić w roli konsultanta filmowego. Ostatni raz zasiadł za sterami samolotu mając 52 lata i stopień pułkownika. Po rozstaniu z lataniem Łokuciewski trafił do… Londynu. Tym razem jako attaché wojskowy ambasady Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Przy okazji tradycyjnego złożenia brytyjskiej monarchini listów uwierzytelniających doszło do niecodziennego zdarzenia, będącego naruszeniem protokołu. I to z „winy” królowej. Widząc na mundurze Polaka odznakę RAF-u Jej Wysokość zaczęła dopytywać o to z jakiego powodu się tam znalazł. I tak oto „po nitce do kłębka” ustaliła, że nowy dyplomata jest jednym z pilotów słynnych myśliwców. Królowa podeszła wówczas do Polaka i odpięła mu górny guzik od munduru, nawiązując w ten sposób do tradycji z czasów wojny, kiedy to pilotom dywizjonów myśliwskich przysługiwał ten właśnie przywilej, że mogli mieć odpięty górny guzik przy swoim mundurze.

Taksówkarz, piekarz, kontroler biur – taki był los dowódców

Piętnaście pewnych zestrzeleń samolotów Luftwaffe – z takim wynikiem bitwę o Anglię zakończył Witold

Urbanowicz, od 7 września 1940 r. dowódca dywizjonu 303. W kolejnych latach wojny dopisał do tej listy jeszcze 11 japońskich samolotów zniszczonych w walkach na Dalekim Wschodzie, gdzie walczył w szeregach amerykańskich „Latających Tygrysów”. Za swe dokonania odznaczony został polskim Krzyżem Walecznych i Virtuti Militari, brytyjskim Distinguished Flying Cross, amerykańskim Air Medal i chińskim Krzyżem Lotniczym. Po zakończeniu II wojny światowej Urbanowicz zamieszkał w USA, otrzymując po pewnym czasie tamtejsze obywatelstwo. Przez kolejne kilkadziesiąt lat pracował w liniach lotniczych – najpierw jako statystyk w departamencie planowania i marketingu American Overseas Airlines, potem przez kilka miesięcy jako kontroler biur w Eastern Airlines (z obu tych firm został zwolniony, skutkiem czego czasowo został bezrobotnym) aż wreszcie w Republic Aviation Corporation jako specjalista ds. produkcji. Po przejściu na emeryturę dalej współpracował z branżą lotniczą jako konsultant. Latem 1947 r. przyjechał do Polski, ale nie zagrzał w niej długo miejsca. W ciągu kilku miesięcy czterokrotnie był zatrzymywany przez komunistyczną służbę bezpieczeństwa (w nowszych opracowaniach można znaleźć informację, że aby ponownie wyjechać na Zachód Urbanowicz zgodził się na współpracę z UB, lecz już będąc w USA szybko zerwał kontakty z bezpieką). Kolejny raz w Polsce pojawił się dopiero u schyłku życia, w latach 90-tych XX wieku. O ile Urbanowicz po zakończeniu wojny pozostawał związany z lotnictwem, to definitywnie pożegnał się z tą branżą jego poprzednik na stanowisku dowódcy dywizjonu 303 – Zdzisław Krasnodębski (kierował jednostką do momentu zestrzelenia nad Londynem, skutkiem czego został ciężko poparzony). Po zakończeniu wojny Krasnodębski najpierw wyjechał do Afryki Południowej, gdzie był taksówkarzem, a następnie do Kanady, gdzie pracował jako technik radiowo – telewizyjny. Na brytyjskiej ziemi pozostał natomiast Mieczysław Mümler, w czasie Bitwy o Anglię dowódca bliźniaczego dywizjonu 302. Po odejściu z lotnictwa myśliwiec przekwalifikował się na… piekarza.

Podczas przygotowywania artykułu korzystałem z następujących opracowań:

  1. Matusiak, Powojenne losy elity polskiego lotnictwa
  2. Zumbach, Ostatnia walka
  3. Gostkowska, Tolo. Muszkieter z dywizjonu 303
  4. Ares, 303 wzloty i upadki. Awanturnicze losy bohaterów bitwy o Anglię

Autor: Krzysztof Kruk