Jedziemy na Euro z nadziejami i głodni sukcesu.

0
euro 2016, Polska, piłka nożna, Francja, reprezentacja, repka, mistrzostwa europy,
euro 2016, Polska, piłka nożna, Francja, reprezentacja, repka, mistrzostwa europy,

Kibice nie mają wątpliwości, co stanowi najważniejsze wydarzenie sportowe tego roku. Od pierwszego gwizdka sędziego na Euro 2016 dzieli nas już niewiele ponad sto dni. Do Francji jedziemy z dużymi apetytami. I choć na razie trochę boimy się o nich głośno mówić, pomni rozdętego przed czterema laty balona oczekiwań i spektakularnej klapy, której następnie byliśmy świadkami, to po cichu liczymy, że uda się nam odegrać rolę „czarnego konia” piłkarskich Mistrzostw Europy.

Udane dla nas eliminacje, historyczna wygrana z Niemcami i Robert Lewandowski w składzie sprawiają, że niejeden fan futbolu wierzy w miłą niespodziankę zapytując sam siebie „jeśli nie teraz, to kiedy?”. Wszak od naszego ostatniego piłkarskiego sukcesu na arenie międzynarodowej – srebrnego medalu olimpijskiego w Barcelonie – minęło już niemal ćwierć wieku (zdobywane przez drużyny Kazimierza Górskiego i Antoniego Piechniczka medale Mistrzostw Świata to już wręcz prehistoria), więc coś by się nam w końcu należało. Przede wszystkim wyjście z grupy, a potem… Potem się zobaczy. Sęk w tym, że głodnych sukcesu drużyn z aspiracjami, potencjałem i wspaniałą przeszłością jest więcej. I one również będą chciały przełamać złą passę i coś w końcu osiągnąć.

Lwy Albionu czekają na medal już niemal pół wieku

Gdyby nie srogie baty, jakie na przestrzeni ostatnich 30 lat regularnie serwowali nam Anglicy, to chyba wypadałoby się nad nimi ulitować i życzyć im wszystkiego najlepszego podczas Euro 2016. Chyba nie ma na świecie zespołu o takich możliwościach (przynajmniej w teorii) i tak mizernych osiągnięciach. Dość powiedzieć, że ostatnie duże międzynarodowe sukcesy Wyspiarze osiągnęli niemal pół wieku temu. W roku 1966 wykorzystali atut własnych boisk i zdobyli Mistrzostwo Świata, pokonując w finałowym meczu na stadionie Wembley Niemców 4:2, aczkolwiek do dziś dnia trwają spory o to, czy najważniejsza bramka tamtego meczu (na 3:2 dla Anglii) faktycznie padła. Dwa lata później Wyspiarze zdobyli jeszcze brąz na Mistrzostwach Europy we Włoszech, ale od tego czasu Anglikom nic już się nie udawało. Owszem, 20 lat temu, podczas Euro 1996, zajęli wspólnie z Francją trzecie miejsce, ale złośliwie można powiedzieć, iż stało się tak tylko dlatego, że mecz o brązowy medal nie był już wówczas rozgrywany, więc nie dostali szansy, aby go przegrać. Jak to się dzieje, że mając taką ligę, tyle osiągnięć w rozgrywkach klubowych i takich piłkarzy jak Gary Lineker, Michael Owen, David Beckham, Steven Gerrard, czy Wayne Rooney Wyspiarze przez niemal 50 lat przedwcześnie kończą swój udział w wielkich piłkarskich imprezach (o ile w ogóle do nich awansują, bo i to nie zawsze się zdarza) pozostaje tajemnicą na miarę istnienia lub nieistnienia legendarnej Atlantydy. O dramatycznych, przegranych nieszczęśliwie, bądź frajersko i na „własne życzenie” meczach synów Albionu można by napisać książkę (poczesne miejsce w niej zajęły by pewnie fatalnie pudłowane rzuty karne oraz czerwona kartka dla Davida Beckhama w spotkaniu z Argentyną w 1998 roku).

Ostatnia szansa dla CR7. Wielki sukces teraz albo nigdy

Cristiano Ronaldo można lubić, bądź nie, ale jedno trzeba mu przyznać – zna się na swojej robocie jak mało kto. Mając takiego zawodnika w składzie aż się prosi, by sięgać po najwyższe laury. Czemu więc reprezentacja Portugalii tego nie czyni? Ot, kolejna tajemnica futbolowego świata. Najbliżej szczęścia Portugalczycy byli w roku 2004, gdy we własnym kraju organizowali Mistrzostwa Europy i – zgodnie z planem – zameldowali się w finale tej imprezy. By sięgnąć po złoto pozostawało im tylko pokonać grających tyleż szpetny, co do bólu konsekwentny i skuteczny futbol Greków. Cały piłkarski świat trzymał kciuki za Portugalczyków (a przynajmniej przeciwko Grekom), lecz 4 lipca 2004 roku los nie był łaskawy dla Luisa Figo, Cristiano Ronaldo i spółki. Nie zdołali sforsować żelaznej obrony Greków, a tymczasem ci po rzucie rożnym zdołali raz trafić do bramki gospodarzy turnieju. Owszem, srebro na Mistrzostwach Europy to także wielka rzecz, ale wówczas miało ono dla Portugalczyków smak gorzkiej porażki. To nie tak się miało zakończyć. Trzy razy rodacy CR7 kończyli Euro na miejscu trzecim (w roku 1984, 2000 i 2012), lecz nigdy nie stoczyli o nie bezpośredniego pojedynku, więc trudno powiedzieć, że je zdobyli. Raczej należy stwierdzić, że przypadło im w udziale po przegranym półfinale. Zresztą nawet w czasach legendarnego Eusebio zespół z Półwyspu Iberyjskiego nie sięgnął po żadne złoto w międzynarodowych rozgrywkach (szczytem było trzecie miejsce na Mistrzostwach Świata w Anglii w 1966 roku) . I jeśli niczego nie osiągnie także teraz, to za cztery lata będzie jeszcze trudniej. Ronaldo będzie miał już wtedy 35 lat i nie będzie tak łatwo jak dziś wyprzedzał obrońców rywali w pojedynkach biegowych.

Kibice Francji i Czech nie chcą jedynie wspominać triumfów sprzed lat

W przeciwieństwie do Anglików oraz Portugalczyków zawodnicy Francji i Czech wiedzą jak smakuje triumf na Mistrzostwach Europy. Choć od razu należałoby dodać, że ów smak znają wyłącznie… byli piłkarze tych drużyn. Od czasu, gdy sięgały one bowiem po to trofeum minęło już sporo czasu – 16 lat w przypadku Francji (wcześniej „trójkolorowi” wygrali też ME w roku 1984) i aż 40 lat w przypadku Czech (gwoli rzetelności wypada jednak zaznaczyć, że złoto w roku 1976 wywalczyła drużyna Czechosłowacji). Lista międzynarodowych osiągnięć obu tych zespołów jest zresztą znacznie dłuższa – Francuzi mają w dorobku m.in. dwa tytuły mistrzów świata, zaś Czechosłowacja dwa razy przywoziła z tej imprezy srebro. Tyle, że znów trzeba powtórzyć – to już historia. W obu przypadkach międzynarodowe sukcesy zakończyły się w połowie minionej dekady – Czesi ostatni raz przywieźli medal z ME w roku 2004 (choć trzeba dodać, że był to brąz, a zatem meczu nie rozegrano, czyli trudno mówić, że go wywalczyli w bezpośrednim starciu), zaś Francuzi dwa lata później po słynnym finale Mistrzostw Świata (słynnym głównie za sprawą starcia Zinedine’a Zidane’a z Marco Materazzim) na otarcie łez dostali srebro. Można powiedzieć, że te kilkanaście lat – na tle niemal pół wieku przeżywanej przez Anglików posuchy – to pryszcz. Tyle, że to w praktyce jedno piłkarskie pokolenie. Stracone – można by rzec – pokolenie. A i kibice z tych krajów zapewne chcieliby czegoś więcej niźli tylko rozpamiętywanie sukcesów sprzed lat.

(Nie tylko) „Czerwone diabły” chciałyby do raju

To samo zresztą można powiedzieć o sympatykach Belgii i Chorwacji. Chyba już tylko historycy futbolu pamiętają o tym, że drużyna „czerwonych diabłów” dwa razy stawała na podium Mistrzostw Europy. Po raz pierwszy w roku 1972, gdy zdobyła brąz (tak, zdobyła, bo wówczas jeszcze rozgrywano mecze o trzecie miejsce), natomiast po drugi w roku 1980, gdy Belgowi wrócili ze srebrem. Eliminacje do Euro 2016 Belgowie przeszli jak burza, zdecydowanie wygrywając swoją grupę (bilans podopiecznych Marca Wilmotsa to 7 zwycięstw i 23 punkty, dla porównania drużyna Adama Nawałki zdobyła 21 punktów i wygrała 6 meczów) rozbudzając apetyty swych kibiców. Młodzi, utalentowani i głodni sukcesu – tak o nowej generacji „czerwonych diabłów” mówią dziennikarze. Podobnie mówili w czerwcu 2014 roku, gdy rozpoczynał się mundial w Brazylii. Belgia typowana była wówczas do roli „czarnego konia” tej imprezy, a zakończyła swój udział w ćwierćfinale i choć do domu odesłał ją późniejszy wicemistrz świata, czyli Argentyna, to dla wielu występ drużyny Wilmotsa był rozczarowaniem. Czy ten zimny prysznic czegoś ją nauczył? Przekonamy się 13 czerwca, gdy Belgowie zmierzą się z aktualnym wicemistrzem Europy, czyli drużyną Włoch. Dzień wcześniej na paryskim Parc des Princes zmierzą się Chorwaci i Turcy. Obie te drużyny miały swoje wielkie chwile kilkanaście lat temu, gdy zdobyły brąz na Mundialu (Chorwaci w roku 1998, gdy najpierw w ćwierćfinale z kwitkiem odprawili Niemców, a potem w meczu o trzecie miejsce pokonali Holendrów; natomiast Turcy cztery lata później, gdy w Korei wyszarpali miejsce na podium gospodarzom turnieju). Później jeszcze Turcy doszli do trzeciego miejsca na Euro 2008 w Austrii (po drodze, w ćwierćfinale wyeliminowali… Chorwatów), ale to chyba ciut za mało jak na aspiracje ich fanatycznych kibiców.

Jak widać drużyn, które podczas Euro 2016 będą chciały coś udowodnić jest sporo. Nie jesteśmy żadnym szczególnym przypadkiem. Na dobrą sprawę co trzeci startujący w tej imprezie zespół ma potencjał i bazujące na dokonaniach z przeszłości aspiracje do tego, by wmieszać się do rywalizacji takich pewniaków jak Niemcy, Włochy, czy Hiszpania. Dlatego lepiej nie oczekiwać zbyt wiele od biało – czerwonych. Lepiej dać się pozytywnie zaskoczyć.