Z ziemi greckiej do Polski, czyli jak kiedyś przyjmowaliśmy uchodźców

0

Wiadomość o (nieco wymuszonej) zgodzie na przyjęcie przez Polskę dwóch tysięcy uchodźców wywołała nad Wisłą prawdziwą burzę. Bo najzwyczajniej ich tu nie chcemy. A przynajmniej nie chcą ich ci, którzy na internetowych forach lub na swych facebookowych profilach rozdzierają szaty nad tym, że oto gdy nie ma pracy dla Polaków, to my utrzymywać będziemy muzułmańskich przybyszy z dalekiej Afryki.

Parafrazując słynne słowa Winstona Churchilla można by powiedzieć, że jeszcze nigdy tak wielu nie powiedziało tak wiele o tak niewielu. Bo przecież dwa tysiące uchodźców z Bliskiego Wschodu to garstka wobec ok. 30 tysięcy mieszkających w Polsce Ukraińców (to dane dotyczą osób przebywających legalnie, bo szacunki dotyczące nielegalnych imigrantów mówią o setkach tysięcy), czy 20 – 40 tysięcy Wietnamczyków (w tym przypadku również dane są bardzo rozbieżne).
Co więc stanowi o wyjątkowości tej sytuacji? Wyznanie nowych emigrantów? Ich kolor skóry? Różnice kulturowe? Obawa przed mogącymi ukrywać się wśród nich terrorystami, czy niechęć do ponoszenia przez budżet państwa kosztów ich pobytu? A może fakt, że zjawią się u nas tak nagle, zwartą grupą, a nie będą przenikać pojedynczo jak to od wielu już czynią Ukraińcy, czy Wietnamczycy? Choć to akurat również nie powinno być dla nas nowym doświadczeniem – ponad pół wieku temu przerabialiśmy już podobną falę zorganizowanych migracji do Polski. Wówczas będący naprawdę w ruinie kraj przyjął kilkanaście tysięcy greckich i macedońskich uchodźców.

W tajemnicy przed światem azyl znaleźli partyzanci i ich rodziny

– My polskiego ani w ząb, nauczyciele też ani w ząb (…) słowników nie było tak jak teraz, jeśli był angielski, niemiecki, to było wszystko. Ale grecko – polski, o takich to mowy nie było! I przyszliśmy do klasy i teraz ten nauczyciel kazał nam alfabetu się uczyć. No to nauczyliśmy się alfabetu. Pisaliśmy alfabet, litery po grecku potem. A potem chodził po klasie i mówił „okno” – aha – to napisaliśmy „okno”. Z boku napisaliśmy po grecku, takie słowniki myśmy tworzyli – tak po latach początki swego pobytu w Polsce wspominał Wangel Durlow, Macedończyk ewakuowany jako dziecko na Dolny Śląsk z Grecji (relację tę można znaleźć w opracowaniu Anny Kurpiel na łamach Wrocławskiego Rocznika Historii Mówionej).
Był rok 1949. Nad Wisłą i Odrą korzystający z sowieckiego „parasola” komuniści budowali nową Polskę. Tymczasem w położonej po drugiej stronie „żelaznej kurtyny” Grecji dobiegała końca trwająca od 1946 roku wojna domowa. Wspierane przez Wielką Brytanię oraz USA siły rządowe rozbijały niedobitki komunistycznej partyzantki. Jej żołnierze wraz z rodzinami w obawie przed prześladowaniami masowo uciekali za granice (wyjazdy dzieci rozpoczęły się jeszcze w roku 1947), szukając azylu w krajach „demokracji ludowej”. W sumie wyemigrowało wówczas ok. 80 tysięcy Greków i Macedończyków. Większość z nich osiedliła się w Jugosławii, Albanii, bądź Bułgarii. Około kilkunastu tysięcy (dane nie są precyzyjne, mówi się, że było to od 13 do 15 tysięcy uchodźców) trafiło do Polski – pierwsze dzieci już jesienią 1948 roku, dorośli pojawili się rok później.
Dla rannych partyzantów utworzono olbrzymi szpital na wyspie Wolin, dzieci z kolei umieszczano w ośrodkach wypoczynkowych, skąd później przewożono je do domów dziecka (wiele z tych malców wojna rozdzieliła od rodziców, nieraz na zawsze). Operacja prowadzona była przez Ministerstwo Obrony Narodowej i opatrzona klauzulą tajności. Opiekujący się dziećmi lekarze i pielęgniarki zostali zobowiązani do zachowania tajemnicy na temat pochodzenia i liczebności powierzonych sobie wychowanków. Sprzyjał temu zresztą fakt, że uchodźców osiedlano na opustoszałych po roku 1945 tzw. Ziemiach Odzyskanych – głównie na Dolnym Śląsku, w rejonie Wrocławia, Zgorzelca, Jeleniej Góry, Legnicy, Bielawy i Lubawy – bądź równie odludnych w owym czasie okolicach Ustrzyk Dolnych w Bieszczadach.
– W prasie praktycznie się o tym nie mówiło, więc Polacy nawet nie podejrzewali, że to są Grecy. Mówiło się, że to Cyganie. Znacznie głośniej było natomiast na forum międzynarodowym. Polskę oskarżano wręcz o porwanie greckich dzieci. Grecki rząd na tą okoliczność wypuścił nawet kilka znaczków – relacjonuje dr Mieczysław Wojecki, geograf i regionalista, który przez całe lata badał losy greckich i macedońskich uchodźców w Polsce.

Eleni, Milo Kurtis, Lakis – to potomkowie greckich emigrantów

Przez pierwszych kilka lat po przyjeździe do Polski emigranci z Bałkanów sądzili, że jest to sytuacja tymczasowa i że nie zagrzeją oni nad Wisłą zbyt długo miejsca.
– Mówiono im, że jeszcze kiedyś wrócą do Grecji jako wyzwoliciele – tłumaczy dr Wojecki.
Gdy jednak z biegiem lat prawicowe rządy w Grecji nie upadały, stało się jasnym, że dla przybyszy (zwłaszcza Greków, bo Macedończycy po przemianach roku 1956 zaczęli wyjeżdżać do rządzonej przez Tito Jugosławii) nową ojczyzną będzie właśnie Polska. Rozpoczął się stopniowy proces ich asymilacji. Zaczęły pojawiać się mieszane małżeństwa. Przybysze musieli nauczyć się języka i przyzwyczaić do tutejszego, znacznie mniej gościnnego klimatu. Trudno powiedzieć, co było dla nich trudniejsze.
– Gdy pierwsza grupa skierowana w Bieszczady zobaczyła pagórkowaty teren w okolicy Krościenka, to wielu było bardzo zadowolonych z takiej lokalizacji. Czar prysł jednak następnego dnia, gdy… spadł śnieg – śmieje się dr Wojecki, choć od razu dodaje, że mimo tego typu „niespodzianek” goście z Bałkanów dobrze się odnaleźli w bieszczadzkich realiach i stworzyli w Krościenku najlepiej prosperującą spółdzielnię produkcyjną.
Przybyli do Polski Grecy to w zdecydowanej większości byli bardzo prości ludzie. Często niewykształceni pasterze (można usłyszeć jak to niektórzy z nich próbowali w domach, pasterskim zwyczajem, rozpalać ogniska na podłodze). Ale już ich dzieci i wnuki zdecydowanie postawiły na naukę, czemu zresztą mocno sekundowały także polskie władze oświatowe.
– I dlatego dziś to są ludzie bardzo dobrze wykształceni. Piszą, tworzą, muzykują – wylicza dr Wojecki. W rzeczy samej jak na stosunkowo niewielką grecką diasporę w Polsce artystów jest w niej naprawdę sporo. Ograniczając się wyłącznie do świata muzyki można wymienić tak znaczące dla polskiej sceny postacie jak Jorgos Skolias (współpracował z „Osjanem”, „Krzakiem”, Tomaszem Stańko i Zbigniewem Namysłowskim), Antymos Apostolis, czyli po prostu „Lakis” z legendarnego zespołu SBB, Milo Kurtis (współzałożyciel Maanamu oraz Izraela), czy Eleni – jedna z najbardziej popularnych piosenkarek. Wszyscy oni są właśnie potomkami greckich uchodźców, którzy znaleźli w Polsce nowy dom.

Prawie cztery tysiące „polskich Greków”. Większość czuje się Polakami

Z przyjętych po II wojnie światowej greckich i macedońskich uchodźców znaczna część wróciła w latach 70-tych na Bałkany – Macedończycy do Jugosławii, zaś Grecy – po w roku 1975 upadku dyktatury „czarnych pułkowników” – do domu. Choć te powroty wcale nie były łatwe. Rdzenni mieszkańcy Hellady nie zawsze z otwartymi ramionami witali bowiem przyjeżdżających z Polski rodaków.
– W Grecji tych wracających nazywano „polskimi Grekami”. Bywały przypadki, że po jakimś czasie spędzonym w Grecji niektórzy na powrót wyjeżdżali do Polski – opowiada dr Wojecki.
Dziś w Polsce do greckich korzeni przyznaje się niespełna cztery tysiące osób (dane za Narodowym Spisem Powszechnym w roku 2011), przy czym zdecydowana większość z nich deklaruje równocześnie narodowość polską. Językiem greckim w domu posługuje się nieco ponad 1600 osób, czyli mniej niż połowa z tych, którzy poczuwają się do bycia Grekami. Jako ojczysty wskazało go już zaledwie niespełna tysiąc.