Ciekawostki

0

Kto tak naprawdę ma się lepiej?

Jest to temat, którego charakter jest niezmiennie ten sam dla krajów, w których edukacja to przywilej dla ludzi zasobnego portfela. Jeszcze kilka dekad temu, radość ze studiowania mogli czerpać tylko nieliczni, gdyż wstęp na wyższe uczelnie były miejscem zarezerwowanym dla elit finansowych. W jakim stopniu – i czy w ogóle – ten stan rzeczy uległ obecnie zmianom?

Wielka Brytania może stanowić doskonały przykład przemian zachodzących na przestrzeni kilkudziesięciu minionych lat. Mimo iż elitarny system selekcji cały czas funkcjonuje, studenci w Szkocji mogą już odetchnąć spokojnie, nie myśląc o konieczności spłaty niebotycznych sum, które wiążą się z latami studiowania. Podobnie ma się rzecz niemal całej Europie. Dlatego też studenci z Ameryki Północnej często wybierają studia właśnie na Starym Kontynencie, gdyż za przypuszczalnie tą samą jakość nauczania, przychodzi im płacić znacząco mniejsze czesne. Jak ten problem rozwiązywany jest właśnie w USA?

Sprawa okazuje się mieć jednak drugie dno. Wedle informacji opisanych w jednym z poczytnych magazynów amerykańskich, mamy do czynienia z niezwykle dynamiczną sytuacją. Do niedawna funkcjonował jeszcze system udzielania pomocy finansowej oferujący wyższe stypendia dla biedniejszej młodzieży, ale w limitowanej ilości. Obecnie, uczelniom bardziej opłaca się przyznawanie większej ilości grantów, ale w mniejszej kwocie. Czy podczas zakupów w sklepie nie skusimy się na dany produkt tylko dlatego, że jest na niego mały rabat? Ano właśnie. Nawet jeśli pojawia się możliwość uzyskania niewielkiej zniżki na czesne, potencjalnie większa część studentów zadeklaruje chęć studiowania na danej uczelni. Mimo iż na Wyspach system jest nieco inny, bezspornie niższe czesne każdego roku przyciąga rzesze żaków z drugiej strony Oceanu. Tymczasem ruch w drugą stronę – podróży za Oceanu w celach edukacyjnych – jest na razie mało atrakcyjny dla studentów z Kontynentu.

 

Street Food – smaki ulicy

Lato w pełni. Na Wyspach aż roi się od festiwali różnej maści. W samym tylko Edynburgu podczas jednego miesiąca słynnego Fringe, można nacieszyć oko wyjątkową mieszanką kultury z różnych dziedzin. Szaleństwa ulicznych spektakli, studyjnych produkcji teatralnych, a ostatnio, coraz częściej związanych z jedzeniem. I to ulicznym. Wielka Brytania to kraj, w którym w setki tysięcy idzie liczba budek sprzedających jedzenie na wynos. Wiąże się to m.in. z wzrostem liczby festiwali muzycznych. W 2007 roku było ich 496. W 2014 jest już prawie 1000. Na każdym z nich budki z jedzeniem na wynos to reguła. Jak sprawa wygląda z punktu widzenia właścicieli takich mobilnych interesów? Ciężka praca, poświęcenie czasu na rozkręcenie biznesu oraz dobranie ekipy, która rozumie, że bez pracy nie ma kołaczy. Jak podają niektóre źródła, jeden punkt z burgerami, frytkami czy hotdogami może w szczytowym okresie sezonu zarobić nawet 21 tys. funtów brutto.

 

Gdzie spotykamy rodaków?

Polacy to wyjątkowo mobilny naród. Nasz język da się słyszeć we wszystkich krajach Unii, a wizy i tym podobne zapory roboty papierkowej nie są nam straszne. Co zatem działa przyciągająco dla rodaka w wybranych stolicach europejskich?

Na pierwszy rzut idzie Genewa. Nieco elegancka baza, ale klimat nie do pokonania. Wyjątkowo kontynentalne, ciepłe lato to jeszcze lepsza alternatywa aniżeli nasz sielsko-anielski okres czerwiec-sierpień. Okres zimowy nigdy nie zasłuży sobie na to, aby na niego psioczyć – nieco łagodne, choć śnieżne zimy w dolinie Jeziora Genewskiego to namiastka szaleństwa na nartach i snowboardzie, jakie czekają śmiałków na pobliskich, alpejskich stokach. Ponadto pociechy nie będą musiały chodzić na dodatkowe lekcje z języków – Szwajcaria jest krajem, w którym obowiązują 3 oficjalne, w samej Genewie ta liczba (choć nieoficjalnie) wzrasta do 5 – ciu. Z takim asem w rękawie pracy można szukać bez ograniczeń.

Kolejnym, drugim przykładem może być Wiedeń. Już sam Sobieski wiedział, że warto to urokliwe miejsce zachować dla dobra Europy. Kurczaki w panierce, placki ziemniaczane, skwarki ze smalcem; ponadto jabłka z cynamonem oraz powidła śliwkowe. Znajome smaki? Otóż to dania typowe dla Austrii! Któż by pozwolił, aby ustąpiły one miejsca jakimś zawijankom z liści winogron?! Strzeż się Turcjo!

Jeśli zatem przyjdzie nam latem wieszać psy po chociażby takim nieco chaotycznym Londynie, smaganym odwiecznym wiatrem Edynburgu, czy też przemoczonym do suchej nitki Glasgow, może Europa kontynentalna cały czas pozostaje do odkrycia? Zarówno w Genewie jak i Wiedniu język polski cały czas da się słyszeć na ulicy, nie jest to zatem totalnie nieznany teren. Czy potrzeba większej zachęty?

 

Demencja – kogo czeka?

Sprawdza się to, co to zasugerował w swej zagadce mitologiczny Sfinks. Człowieka na starość czeka lekka zmiana spowodowana wiekiem. Jednak w czasach współczesnych przychodzi nam borykać się nie tylko z potrzebą podpory (laska lub silne ramię bliskiej nam osoby), ale przede wszystkim z chorobami wieku podeszłego, które atakują nas od wewnątrz. Demencja starcza, czyli otępienie umysłu lub Alzheimer to tylko nieliczne z przykładów zmian zachodzących w naszym mózgu. Jak do nich dochodzi?

Przyczyny należy szukać niekoniecznie w tym, że starzejemy się, ale w jaki sposób upływa nam życie. I tu, paradoksalnie jednym z czynników wpływających na nasze zdrowie są… udogodnienia współczesnego życia. Zakupy, nawet te codzienne przez internet, dowożone pod drzwi domu. Gotowe, pełno daniowe posiłki w paczkach, wszech obecna dostępność rzeczy i produktów, która nie wymagają od nas większej aktywności. No właśnie. Brak ruchu powoli i nieuchronnie sprawia, że tracimy sprawność fizyczną. Ta z kolei powoduje coraz to zwiększony poziom glukozy we krwi. Stąd blisko do cukrzycy i podwyższonego poziomu cholesterolu. Tymczasem nawet minimalna aktywność fizyczna przyczynia się do produkcji endorfiny, hormonu szczęścia. To dlatego po lekkiej przebieżce lub jeździe na rowerze wydaje się nam, że nie tylko cera zyskała na wyglądzie, ale i sami czujemy się bardziej „fit”. Jeśli dodać, że najnowsze badania u osób ze zdiagnozowaną demencją wykazały jej związek z wysokim spożyciem alkoholu, brakiem ruchu oraz wyjątkowo niezdrową dietą, tym bardziej zastanowimy się nad prostą kwestią. Czy lepiej iść na spacer – jeśli mamy taką możliwość – po zakupy, czy też zobowiązać do ich dowiezienia… Tesco.

 

Autor tekstu:

Kasia Sebastionwicz