"Aniołowie, aniołowie biali, na coście to tak u żłobka czekali?"

0

Z okazji zbliżających się Narodzin Jezusa Chrystusa, pulchny brodacz napije się Coca-Coli, kierując całą kolumną czerwonych ciężarówek, świątynie handlu zanotują 20-30 procentowe zyski w skali roku, a zewsząd dobiegnie echo piosenki „Last Christmas”. Miejsca pod choinką, jak i na stole, zostaną zapełnione promowanymi zewsząd produktami. I nasuwa się pytanie -mieć czy być?  Czy, aby wciąż obchodzimy Święto Bożego Narodzenia?

Sklepowe witryny, reklamy w mediach, zewsząd przypominają o nadejściu „magii świąt”. Jakimi symbolami próbują dotrzeć do swoich odbiorców? Święty Mikołaj, to oczywiste, pierwsze skojarzenie. Nie każdy ma świadomość, że to właśnie Coca-Cola pierwsza wyprowadziła siwego, grubszego pana w czerwonym stroju, jako symbol reklamujący firmowy specjał – gazowany napój o czarnym zabarwieniu. Teraźniejsza wszechobecność Mikołaja (lub Santa Claussa, jak kto woli) najlepiej obrazuje sukces marketingowy amerykańskiego koncernu, ale oczywiście stanowi źródło potężnych dochodów dla zdecydowanej większości firm na świecie.

Przekaz jest prosty: pojawia się podobizna człowieka rozdającego prezenty, więc czas się rozejrzeć za podarunkami dla swoich bliskich. Jako, że nie każdy konsument bierze się do zakupów od razu, należy świąteczną gorączkę rozciągnąć w czasie, aby mieć pewność, że uzyska się maksymalną sprzedaż towarów. Nie należy się więc dziwić, że pierwsze choinki, mikołajowe twarze, czy renifery, zaczynają pojawiać się na ulicach, w sklepach, już na początku listopada. Tylko ok. 30% ludzi dokonuje świątecznych zakupów na ostatnią chwilę – reszta rusza z otwartymi portfelami do centrów handlowych już kilkadziesiąt dni przed Bożym Narodzeniem. A powinno być taj ja pisał W. Szekspir:

„Święta dlatego w takiej u nas cenie,
Że są nieliczne w różnych dni bezliku,
Jak te kosztowne, najgrubsze kamienie,
Z rzadka dzielące perły w naszyjniku”,

Autor powyższego sonetu z pewnością nie miał na myśli dóbr materialnych…
Wynik zastąpienia symboli religijnych prostymi ZNAKAMI handlowymi? W 2009 roku Święta zapewniły sprzedawcom w Polsce 2 mld złotych zysku. Rok 2010 dał z kolei 584 mld dolarów przychodu w USA. W najbliższe Święta wydamy o 13% więcej pieniędzy, niż rok temu, czyli średnio 1,160 złotych. Banki, fabryki, giełdy i galerie handlowe zarabiają krocie na propagowanym zewsząd obrazie Świąt Bożego Narodzenia. Nie miałoby to racji bytu, gdyby ludzie nie zaczęli wierzyć w ten podsuwany, wyidealizowany schemat. Instytucje religijne również obserwują potężny odpływ wiernych, którzy zamienili Jezusa Chrystusa na celebrytę: znanego Pana w czerwonym kostiumie. W niedzielę tylko o. 40% wyznawców bierze udział we mszy świętej. Nowo budujące się Kościoły, powstają na wzór właśnie banków, fabryk i giełd – kilkadziesiąt lat temu ta relacja przebiegała odwrotnie.

Oczywiście w tym całym zamieszaniu, gloryfikującym ludzi próżnych i bogatych, najmocniej obrywa się tym, którzy nie chcą lub nie mogą uczestniczyć w masowej grze konsumpcji. Dziennik Zachodni opublikował komentarz prof. dr hab. Grzegorza Maciejewskiego (kierownika Katedry Rynku i Konsumpcji Uniwersytetu Ekonomicznego w Katowicach), dotyczący przekazu piętnującego mniej zamożnych:
„Jak to! Własnemu dziecku nie kupisz prezentu? Co z ciebie za rodzic? Nie masz pieniędzy, mi ci pomożemy – pożyczymy” – brzmi zdaniem profesora przekaz banków i parabanków, które walczą o klientów swoich ofert pożyczkowo – kredytowych. Wyraźnie widać tutaj całkowite zatracenie idei wspólnego spędzania czasu w gronie najbliższych osób. Dobre Święta, to bogate święta, które posiadają w sobie nowe ozdoby, nowe potrawy, nowe prezenty, itd. Obchodzenie obrządku Narodzenia Pańskiego bez przepychu, nie jest obchodzeniem ich w ogóle. Oczywiście jest to szczególnie uderzające w czasie wszechobecnego bezrobocia i kryzysu gospodarczego.
Pytanie brzmi, jakie konkretnie obrządki tradycyjno-religijne zostają wyparte przez propagandę mediową? Dokładnie tak, jak w przypadku dnia Św. Andrzeja, potrafią zaskoczyć swoim zapomnianym pięknem.

Dla Polaków wciąż jasne są takie symbole, jak 12 wigilijnych potraw, uroczyste dzielenie się opłatkiem z bliźnimi, czy wspólne śpiewanie kolęd (niestety obecnie bardzo rzadko spotykane). Polska tradycja upada, ale wciąż jasnym jest fundamentalny przekaz rodzinnej atmosfery (mimo, że nie zawsze praktykowany). Wynika to z historii ostatnich dziesięcioleci, kiedy to rodzinne współegzystowanie stwarzało atmosferę wolności i bezpieczeństwa, przed „zewnętrznymi” zagrożeniami, które były wyraźnie odczuwalne na co dzień. Poza tym, warto brać przykład z wielu polskich rodzin mieszkających na obczyźnie, ponieważ one rzeczywiście celebrują święta, nie tylko poprzez zamówionego w polskim sklepie karpia, ale przede wszystkim ciesząc się sobą nawzajem. Często pozostając z dala od najbliższych, emigranci wychodzą wręcz ze skóry, aby przy wigilijnym stole zasiadła rodzina w komplecie. To ważne o tyle, że te nasze polskie tradycje nie tylko te świąteczne, będą potem kultywować kolejne pokolenia, oczywiście należy o to zadbać już teraz.  Zupełnie inaczej sprawa wygląda w Szkocji, gdzie dopiero odbudowuje się ta tradycja, po niemal 400-letniej cenzurze obyczajowej. Dopiero w latach 60-tych ubiegłego wieku można było zaobserwować powolne osłabianie tendencji wykluczających Bożonarodzeniowe obrządki. Z kolei w latach 70-tych tego samego wieku wprowadzono „Christmas Day” (lub „Yuletide”), jako dzień wolny od pracy.

Do obrządków Wigilijnych, nieznanych Polakom, a obchodzonych w Stolicy Whisky, zalicza się bardzo wiele ciekawych rytuałów. Jednym z nich jest palenie gałęzi jarzębiny w kominku, co ma zniszczyć wszelkie złe emocje względem krewnych. Niegdysiejsze spalanie świątecznego pnia („Yule Log”), zastąpiono wyrabianiem ciast w jego kształcie. Ten zabieg miał ochronić domowników przed złymi duchami. Oczywiście domy i mieszkania przyozdabia się zielonymi roślinami, takimi jak: jałowiec, ostrokrzew, czy jemioła, która stanowi powszechnie znany pretekst do wymieniania pod nią całusów. Co ciekawe, zwyczaj całowania pochodzi z nielubianej przez Szkotów Anglii, co nie przeszkodziło im w żywiołowym przyjęciu go. Jak łatwi się domyślić, potrawy polewa się znaczną ilością whisky, którą popija się również bez dodatków. Innym popularnym napojem tego czasu jest „Wassail”, czyli piwo przyprawiane na różne sposoby (np. goździkami, imbirem, gałką muszkatołową, jajkami, śmietaną…), ale zawsze łączone z jabłkami lub whisky. Do zajadania zostaje przygotowany tradycyjne chleb owsiany. Pieczyste potrawy zazwyczaj mają swoją podstawę w gęsi lub indyku, oczywiście z sosem (nierzadko zakrapianym whisky). Warzywa i pieczone ziemniaki, stanowią smaczny dodatek, tak samo jak mięsne placki, czy paszteciki.
Aby tradycja zachowała swoją formę i wartość, należy ją kultywować. To względnie oczywiste stwierdzenie jest powszechnie znane, ale czy rozumiane? Czy jeszcze zostawiamy puste miejsce przy wigilijnym stole dla zbłąkanego wędrowca? I czy gdyby jakaś nieznajoma osoba zapukała tego wieczora do naszych drzwi, faktycznie zaprosilibyśmy ją do rodzinnego grona? Czas Świąt, to dobry moment do refleksji i odpoczynku od zmartwień. Warto podejść do nich inaczej, niż w kategorii „długiego weekendu” przyozdobionego drogimi, zbędnymi dodatkami.

Autor tekstu: Mateusz Śmigielski